Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura podróżnicza. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2014

Ameryka na nowo odkryta [Charles Dickens ,,Notatki z podróży do Ameryki"]

W XIX wieku sytuacja polityczna Stanów Zjednoczonych była już w miarę ustabilizowana i rozległe połacie tego kraju zaczęły stanowić cel podróży wielu ludzi pochodzących ze Starego Świata. Szczególne zainteresowanie kraj ten budził wśród Brytyjczyków, dla których wciąż pozostawał ,,zbuntowanym bratem", nawet jeśli nie do końca się do tego przyznawali. Najprościej było poznać Amerykę poprzez podróż do niej, to oczywiste. Z tego założenia co tysiące jego rodaków wyszedł i Charles Dickens, który pierwszy raz postawił stopę na tym kontynencie w 1842 roku. Efektem jego podróży są ,,Notatki z podróży po Ameryce" wydane kilka miesięcy po powrocie pisarza do Anglii.

Charles Dickens,
Notatki z podróży do Ameryki,
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 1978,
stron 330.
Dzieło Dickensa łączy w sobie elementy pamiętnika i reportażu. Tekst podzielony jest na osiemnaście rozdziałów, każdy dotyczy osiągania przez Charles'a i Kate Dickensów kolejnych celów podróży. Wyjątkiem są dwa ostatnie rozdziały, z których pierwszy w całości poświęcony jest problemowi niewolnictwa, a drugi zawiera wnioski końcowe. Pisarz słusznie przewidywał, że jego ,,Notatki..." wzbudzą w Ameryce niemały skandal i zachowawczo wyjaśnił wszystkie kwestie, które mogły stać się jego zaczątkiem. Oczywiście, Dickens nie płaszczy się przed swoimi amerykańskimi czytelnikami, a jedynie podsumowuje krótko swoją podróż, opisując przy tym wady i zalety narodu amerykańskiego. Moim zdaniem żadne tłumaczenia nie były potrzebne. Pisarz przez cały czas stara się zachować obiektywizm: pisze zarówno o tym, co godne jest pochwały, jak i o tym, nad czym Amerykanie powinni jeszcze popracować. Problemem byłoby, gdyby świadomie ,,przechylał się" na jedną ze stron.

,,Notatki z podróży po Ameryce" są widocznie, choć najprawdopodobniej nieświadomie, podzielone, na dwie części. Pierwsza z nich opisuje to, co Dickensa najbardziej interesowało podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych: zakłady dla obłąkanych, więzienia i szpitale. Nieproporcjonalnie dużo miejsca pisarz poświęcił historii Laury Bridgman, głuchoniemej dziewczynki, która w jednym z ośrodków została nauczona komunikowania się ze światem zewnętrznym za pomocą alfabetu palcowego. Dickens zwraca się do chorych i więźniów z galanterią godną angielskiego dżentelmena, którym niewątpliwie był, dyskutuje z nimi i żywo przejmuje się ich losem. Wiele zakładów stawia swoim rodakom za wzór, czego nie możne powiedzieć o więzieniach. W drugiej części swojego tekstu pisarz-podróżnik skupia się głównie na opisie przyrody odwiedzanego kraju oraz jego mieszkańców. Co zaskakujące, natura Stanów Zjednoczonych nie robi na Dickensie dobrego wrażenia, czasami wręcz go przygnębia. O samych Amerykanach ma raczej dobre zdanie, często wspomina o ich zaradności i życzliwości, ale nie waha się wspomnieć o ich licznych przywarach, z których za najważniejszą uważa plucie tytoniem w miejscach publicznych. Oczywiście nie jest tak, że w pierwszej części pisarz pisze jedynie o sprawach społecznych, a w drugiej tylko o swoich wrażeniach dotyczących zastanej kultury, jednak wspomniany podział jest dość wyraźny, choć uważam, że raczej niezamierzony.

Od ostatniej podróży Dickensa do Ameryki minęły sto siedemdziesiąt dwa lata - warto sprawdzić, jak tak potężny kraj jak Stany Zjednoczone prezentował się blisko dwieście lat temu. Przyznam się, że ja byłam zaskoczona tym, co Dickens pisał o Ameryce, ponieważ jego relacja wskazuje na to, że w ciągu tych lat Amerykanie przeszli niezwykłą przemianę z dość gnuśnego, choć i życzliwego narodu do obrońców świata z raczej luźnym podejściem do życia. ,,Notatki z podróży do Ameryki" to rewelacyjny reprezentant XIX-wiecznej literatury podróżniczej. Szczegółowość opisu oraz poczucie humoru i ironia, z którą Dickens przytacza swoje przeżycia oraz przemyślenia sprawiają, że jest to lektura, na której nikt nie powinien się zawieść. Ja zaliczam ją do swojej listy ,,absolutnie ulubionych książek, o których długo nie zapomnę".

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 9 maja 2014

,,Pamięci mojego ojca, który marzył"*

Komunizm ostatecznie upadł... w którym roku? Podczas Jesieni Narodów w 1989 roku, a może trzy lata później, gdy rozpadł się największy nowotwór wszech czasów - ZSRR? A może to ustrojstwo trwa nadal? Korea Północna i Chiny są tego najlepszym przykładem. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, kiedy i czy w ogóle, ta ideologia przeszła do historii. Pewnym jest jednak, że największym ciosem wymierzonym komunizmowi jest właśnie upadek ZSRR, kolebki sprawdzania tej teorii w praktyce. Upadek tego zlepku narodów zaczął się o wiele wcześniej, niż się powszechnie uważa. Efektem wieloletnich starań opozycji radzieckiej był pucz Janajewa, który wprawił w popłoch ówczesne władze Związku Radzieckiego. Przełomowe wydarzenie było niezwykłą szansą dla tysięcy dziennikarzy, którzy akurat wtedy byli w Moskwie, lub którym udało im się na czas do niej dotrzeć. W takim razie co powinien zrobić dziennikarz, który w tym czasie żeglował na statku Propagandista wzdłuż rosyjsko-chińskiej granicy?  Za wszelką cenę próbować dostać się do Moskwy, czy wykorzystać sytuację i opisać to, w jaki sposób ludzie mieszkający na radzieckiej prowincji przyjęli upadek ZSRR i koniec komunizmu. Czy to przełomowe wydarzenie miało dla nich jakiekolwiek znaczenie?

Tiziano Terzani to znany włoski dziennikarz, reporter i publicysta. Jestem wielką wielbicielką jego talentu pisarskiego, zmysłu obserwacji i inteligencji odkąd przeczytałam jego Listy przeciwko wojnie, za pomocą których wdał się w polemikę z Orianą Falacci . Dobranoc, panie Lenin kupiłam sobie jako nagrodę za świeżo zakończony maraton i maturalny i... Boże, dlaczego jak tak późno zaczęłam ją czytać?!

Ta książka może pochwalić się wszystkim tym, czym powinien charakteryzować się rewelacyjny reportaż. Zacznijmy od tego, że Terzani rzeczywiście miał o czym pisać. Na początku lat 90. wszyscy wiedzieli, że coś się w ZSRR szykuje, ale nikt nie przepuszczał, że kryzys wybuchnie tak nagle. Terzani również. Dlatego właśnie, zamiast rezydować w Moskwie i czekać na rozwój wydarzeń, wybrał się w podróż na drugi koniec Związku Radzieckiego. Wiadomość o puczu zaskoczyła go 16 sierpnia 1991 roku w Chabarowsku. Reporter postanowił nie dołączać do zgrai dziennikarzy, których w Moskwie było już na pęczki, ale opisać upadek kolosa od tej najmniej docenianej jego strony. Z Chabarowska Terzani udał się na Syberię, do Kazachstanu, Kirgizji, Uzbekistanu, Tadżykistanu, Turkmenii, Azerbejdżanu, Gruzji oraz Armenii, aby podróż swą zakończyć w symbolicznym miejscu - w Mauzoleum Lenina.

Terzaniego nie interesują rozgrywki na górze, przedmiotem jego opisu jest reakcja maluczkich na wieść o puczu i jego konsekwencjach. Okazuje się jednak, że większość z nich nie wykazuje ani rozpaczy, ani radości, ani zaskoczenia tą informacją. W ich życiu bowiem nie zmieni się zbyt wiele. Komuniści zaczną nazywać się socjaldemokratami, ot cała zmiana. Problem pojawia się jedynie w momencie, gdy trzeba określić swoją narodowość. ZSRR rozpadł się na kilkanaście mniejszych lub większych republik, które dotąd, pomimo czasami olbrzymich, choć nieco już zatartych różnic kulturowych, były jednym państwem.

Problem narodowościowy to tylko jeden z wielu wątków poruszanych w tej książce. Składają się na nią notatki prowadzone przez włoskiego dziennikarza w czasie jego podróży po rubieżach ZSRR. Dzięki temu obok uwag o kondycji Związku Radzieckiego, znajdziemy fragmenty o urodzinach autora w Samarkandzie, użeraniu się z hotelowymi portierkami czy  kłopotliwym towarzystwie komunistycznych dygnitarzy. Mnogość miejsc odwiedzanych przez Terzaniego sprawia, że nie powiela on raz poruszonych tematów, a książkę czyta się dzięki temu dosłownie w kilka chwil.


Wielkie brawa należą się również wydawnictwu Zysk i S-ka, które wydało tę książkę na rynku polskim. Oprawa graficzna jest fenomenalna i doskonale oddaje treść tego reportażu. Dodatkowo zachwyciła mnie grzbiet tej książki, który nawet nie zagiął się nawet wtedy, gdy to ponad pięciuset stronicowe tomisko musiałam otwierać w taki sposób, że większość wydań bardzo straciłoby przez to na urodzie.

Czytam tę recenzję i czytam i jestem coraz bardziej pewna, że kompletnie nie udało mi się oddać piękna tej książki. Dobranoc, panie Lenin to książka rewelacyjna, doskonała i ponadczasowa. Od niedawna również jedna z moich absolutnie ulubionych. Polecam Wam ją z całego serca!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy i Nie tylko literatura piękna
*Terzani Tiziano, Dobranoc, panie Lenin, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2011, s. 5.

środa, 2 kwietnia 2014

,,Bartek zły, mamrocze coś o babie i motorze..."

Współczesne książki podróżnicze zwykłam dzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należą publikacje, których autorzy żyją z podróżowania; do drugiej teksty, których autorzy pewnego dnia postanowili wstać od biurek i - jak mawia Wojciech Cejrowski - sprzedać lodówkę i ruszyć w dal. Przedstawicielami tego drugiego rodzaju są Marta Owczarek i Bartek Skowroński, prawniczka i fotograf, którzy postanowili zmienić swoje życie i wyruszyć w podróż dookoła świata. Po powrocie do kraju, świeżo upieczeni podróżnicy napisali książkę Byle dalej. W 888 dni dookoła świata, która odniosła wielki sukces na naszym rynku wydawniczym.  

Jak wskazuje tytuł tej książki, podróż Marty i Bartka trwała dokładnie 888 dni. Zaczęła się w Mongolii, gdzie początkujący podróżnicy wybrali się razem z grupą przyjaciół, by obserwować zaćmienie słońca. Dalej musieli radzić sobie sami, a przed nimi były Chiny, prawdziwe wyzwanie dla niewprawionych w boju wędrowców. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. Aż do pierwszego złamania nogi...

O podróży opisanej w tej książce można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest banalna. Marta i Bartek jak ognia unikali potężnych aglomeracji miejskich, zatłoczonych miejsc i wszelkich opcji wypoczynku all-inclusive. Z Byle dalej nie dowiecie się, która peruwiańska restauracja serwuje najlepsze świnki morskie, ale zachęci Was do sięgnięcia po te przygotowywane przez ulicznych kucharzy w tzw. zapadłej dziurze gdzieś na zachodzie Peru. Jeśli odpowiada Wam ten sposób podróżowania i chcecie o nim czytać, polecam Wam tę książkę.

Bartek i Marta odwiedzili wszystkie kontynenty świata (poza Afryką i Antarktydą), spróbowali najdziwniejszych potraw, zwiedzili najbardziej znane zabytki, poznali wyjątkowych ludzi, przeżyli przygodę życia... No, właśnie. Słowo ,,przygoda" w ich książce zostało odmienione przez wszystkie przypadki, co daje czytelnikowi jasny komunikat: ,,my nie podróżujemy, by odkryć nieznane i potem się tym szczycić, my chcemy się bawić". Doskonale uwidocznia się to w stylu pisania autorów. Czytając ich relację z odwiedzin kolejnych fascynujących miejsc, mamy wrażenie, że opowiada nam ją para dobrych, bardzo sympatycznych i inteligentnych przyjaciół. Podobnie jest ze zdjęciami, które nie przypominają stereotypowych fotografii z książek podróżniczych. Te, zamieszczone w Byle dalej są  nad wyraz zabawne i urocze. Takie, jakie pokazuje się tylko bliskim znajomym. Brak dystansu między autorami a czytelnikami odczuwa się w każdym kolejnym akapicie, co sprawia, że czujemy się towarzyszami podróży Bartka i Marty (przez co ośmielam się nazywać autorów, dość niegrzecznie, po imieniu).

Jedynym minusem tej książki jest skupianie się jej autorów jedynie na dobrych stronach podróży. Wszelkie trudniejsze momenty, takie jak problemy z  noclegiem, złamana noga, zagubienie się, zostały sprowadzone do  roli nic nieznaczących wpadek. Trudno się jednak temu dziwić ponieważ nie przeczy to profilowi tej książki. Porównując ją do Utraconego serca Azji Colina Thubrona, nie możemy znaleźć pomiędzy tymi książkami praktycznie żadnych cech wspólnych i to pomimo tego, że obie te publikacje zaliczają się do szeroko rozumianej literatury podróżniczej. Byle dalej jest książką podróżniczą w wersji light, w zdecydowanej większości pozbawioną waloru dydaktycznego, a nastawioną na zabawę. W tej funkcji, książka Marty i Bartka sprawdza się idealnie.

Czas na krótką rekomendację. Jeśli macie ochotę na lekturę lekkiej książki opowiadających o podróżach, napisanej przez ludzi obdarzonych niesamowitym poczuciem humoru oraz odwagą do spełniania własnych marzeń, polecam Wam Byle dalej. Satysfakcja z lektury gwarantowana.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytania i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Polacy nie gęsiZ literą w tle oraz Nie tylko literatura piękna.  

niedziela, 9 marca 2014

,,Biały człowiek poczuł tchnienie Czarnego Lądu"*

Pamięci dostojnej Doroty Tennant lady Stanley
z głęboką czcią
książkę tę poświęca
Autor*

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, aby książka została uznana za wartościową, jej autor musiał posługiwać się pięknym, charakterystycznym tylko dla jego jedynego językiem. Obecnie język większości pisarzy możemy scharakteryzować jako prosty, wulgarny lub stylizowany. To niewiele. Znaczenie warstwy językowej książek zostało sprowadzone do tego, by czytany tekst nie był zbyt trudny w odbiorze. Każde słowo odmienione w nietypowy (choć jak najbardziej poprawny) sposób wybija większość czytelników z rytmu lektury. Zdarza się, że pisarz przenosi akcję swojego utworu do przeszłości i aby uwiarygodnić tę podróż w czasie ,,wciska" w usta bohaterów kilka archaizmów i wydaje mu się, że wypełnił swoje zadanie. Niestety, zazwyczaj ten zabieg jest zwyczajnie nieudany i, przynajmniej w moim mniemaniu, niezwykle irytujący. Jedynym dla mnie ratunkiem jest sięganie po książki pisarzy, którzy nie wydadzą już nic nowego, co zmusza mnie do ostrożnego dawkowania sobie ich dzieł. Jednym z takich artystów jest Antoni Ferdynand Ossendowski, obecnie niemalże zapomniany polski podróżnik, pisarz, biolog, chemik, etnolog, szpieg... Ciekawy człowiek.

Ossendowski żył w latach 1876-1945. Pochodził ze szlacheckiej rodziny o tatarskich korzeniach. Studiował chemię i fizykę jednak całe swoje życie poświęcił swej największej pasji - podróżom, które potrafił fantastycznie opisać. Uważa się, że stworzył on nowy gatunek literacki zwany ,,romansem podróżniczym". Światową (tak, tak - światową) sławę przyniosła mu książka Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów opisująca jego ucieczkę przed bolszewikami, której trasa prowadziła przez Syberię, Mongolię i Chiny. W  czasie dwudziestolecia międzywojennego Ossendowski był drugim, tuż po Henryku Sienkiewiczu, najpopularniejszym polskim pisarzem, jego książki przetłumaczono na 19 języków. Dlaczego tak dużo miejsca poświęcam jego biografii? Ponieważ Ossendowski jest obecnie całkowicie zapomniany. trzydziestych wydał beletryzowaną biografię Lenina, w której bezpardonowo wyraził swoje zdanie dotyczące bolszewików. Lenin stał się książką-legendą, a Ossendowski na zawsze trafił na czarną listę komunistów. Do 1989 roku wydawanie jego książek było nielegalne, a propaganda skutecznie wymazała tę niezwykłą postać z głów Polaków.

Ja zapoznałam się z twórczością Ossendowskiego dzięki dzięki Podróżom Retro - serii wydawniczej wydawnictwa Zysk i S-ka. Nie licząc wartościowych tytułów, seria ta wyróżnia się dopracowanymi okładkami, pięknymi ilustracjami, porządną czcionką oraz świetnym papierem. Z pewnością można powiedzieć, że jest to szlagier tej oficyny. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś zgromadzić wszystkie książki z tej serii na swojej półce. Jako pierwsza trafiła na nią książka zatytułowana Niewolnicy słońca.

Źródło
Niewolnicy słońca to zapis podróży, a właściwie ekspedycji państwa Ossendowskich i ich towarzyszy, która odbyła się w latach 1925-1926. Podróżnicy odwiedzili niemalże wszystkie kolonie francuskie w Afryce. Pomimo tego, że ich ekspedycja zatrzymywała się głównie w posiadłościach Europejczyków, nie oni są głównymi bohaterami tej książki. Są nimi zazwyczaj bezimienni Afrykanie, członkowie różnych szczepów budzących szczere zainteresowanie Ossendowskiego, który był szczególnie wyczulony na plemienne mity i opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenie. Co najciekawsze, w olbrzymiej większości, pisarz w nie wierzy. Pomimo swojego przywiązania do religii chrześcijańskiej, do wierzeń afrykańskich podchodzi z szacunkiem. Stara się analizować zachowania Afrykanów i porównywać je ze zwyczajami ludów, które spotkał w czasie innych swoich podróży, zwłaszcza po Syberii. Lektura Niewolników słońca jest świetną okazją do porównania tego, jak wyglądał kolonializm na początku wieku XX z tym z wieku XVIII i stuleci wcześniejszych. Informacje podane przez Ossendowskiego są jak najbardziej wiarygodne, choć nie da się ukryć, że do wszystkiego, co francuskie pisarz odczuwał co najmniej sentyment.

Tym, co jest w tej książce szczerze piękne są opisy. Bez względu na to, co właśnie jest opisywane: dom europejskich kolonistów, dźwięki wytwarzane przez soko i karenderu, twarze mniej lub bardziej urodziwych Afrykanek, są to opisy bardzo plastyczne. Ossendowski potrafił oddać jednocześnie nie tylko dokładną deskrypcję czegoś, ale też swoje odnośnie do niego odczucia. To niesamowite, że ten pisarz potrafił zachować wobec swoich przygód zdrowy dystans zarazem ekscytując się nimi jak dziecko. To wszystko oddane jest w języku za pomocą bogatego słownictwa i swobody, z jaką Ossendowski się nim posługuje. Magia!

W książkach podróżniczych najczęściej szwankuje narracja. Pisarz-podróżnik w czasie swoich wojaży zobaczył tak wiele, że nie do końca wie, w jakiej kolejności ma to opisać, by jego dzieło nie zniknęło wśród dziesiątek podobnych książek. Antoni Ferdynand Ossendowski tka swoją opowieść za pomocą mnóstwa epizodycznych historii, które łączy pewna nić fabularna przez co nie gubimy się w tej wielowątkowej historii. 

Nieco rozkoszne jest zafascynowanie pisarza szczepem Fulanów, królewskich pasterzy, którzy co kilkanaście stron pojawiają się na kartach tej książki. Ze względu na upływ czasu i przeprowadzone badania, niektóre informacje dotyczące pewnych kwestii zawarte w tym tekście są nieaktualne, ale w żaden sposób nie wpływa to na odbiór tej książki. 

Niewolnicy słońca to utwór iście magiczny. Każde słowo jest w nim istotne, każdy przecinek jest ważny. Erudycja pisarza przebija z każdego zdania tej książki nie czyniąc jej jednak trudną w odbiorze. Szczerze? To jeden z najlepszych (i najpiękniejszych!) tytułów jakie kiedykolwiek miałam w rękach i na półce.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


*Ossendowski A.F., Niewolnicy słońca, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2011, s.11.
*Ossendowski A.F., Niewolnicy słońca, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2011, s.5.

poniedziałek, 24 lutego 2014

,,Cegiełka po cegiełce budował wieżę dogmatów na pustyni własnej niewiedzy..."

,,Ojczyzna to przede wszystkim naród, a potem państwo"
~Roman Dmowski

Zamieszczone wyżej słowa Romana Dmowskiego wydają się mądre i światłe: wręcz stworzone do powtarzania ich na pogadankach dotyczących patriotyzmu. Wynika z nich jeden wniosek: poczucie wspólnoty narodowej jest ważniejsze niż prawnie usankcjonowane istnienie państwa. My, Polacy, z pewnością zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem z racji tego, że nasi przodkowie przez 123 lata musieli podtrzymać naszą świadomość narodową w nadziei, że Polska wróci kiedyś na mapy Europy. Z nieco innymi problemami musieli radzić sobie Uzbecy, Tadżycy oraz mieszkańcy pozostałych państw Azji Środkowej, które przed 1991 rokiem należały do ZSRR. Ich świadomość narodowa dopiero kiełkuje, na dodatek z wielkimi problemami i wątpliwościami. Do jednej postaci historycznej przyznaje się kilka państw, a młodzi ludzie są zagubieni. Jeśli matka pewnego chłopca pochodzi z Kirgistanu, ojciec z Rosji, a on sam mieszka teraz w Tadżykistanie to kim on jest? Rosjaninem? Tadżykiem? Kim?

Problemy społeczne tego regionu świata były jednym z powodów ściągania do niego hord turystów i podróżników, zwłaszcza tuż po rozpadzie ZSRR. Jednym z nich jest Colin Thubron, niezwykle ceniony brytyjski pisarz zajmujący się głównie literaturą podróżniczą. W 2008 roku magazyn The Times zaliczył go do grona pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich. Już od bardzo dawna chciałam zapoznać się z twórczością tego prozaika. Udało mi się to za sprawą jednej z jego książek o znaczącym tytule - Utracone serce Azji.

 Utracone serce Azji to relacja Thubrona z jego podróży po państwach Azji Środkowej. Książka jest częścią serii wydawniczej Orient Express Wydawnictwa Czarnego, która kusi wspaniałymi i niezwykle klimatycznymi okładkami. Fotografia mężczyzny na koniu strzegącym swojego nędznego dobytku na pustkowiu jest udaną zapowiedzią tego, co czeka potencjalnego czytelnika, gdy ten zdecyduje się przeczytać tę książkę. 

Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan to jedne z przystanków, w których w trakcie swojej podróży zatrzymał się Thubron. Państwa te mają ze sobą wiele wspólnego. Tyle samo je różni, więc opisanie ich jest wyzwaniem dla każdego podróżnika-pisarza. Thubron skupił się na scharakteryzowaniu społeczeństw tych państw, nie zaś na obiektach turystycznych czy lichych ciekawostkach. Największe piętno na mieszkańcach tych krajów odcisnął ZSRR i jego polityka. Po rozpadzie tego sztucznego państwa ludzie, zarówno młodzi jak i ci starsi, często weterani II wojny światowej, czują się zagubieni i oszukani. Thubron nie spotkał na swojej drodze ani jednego człowieka, który bez problemów radziłby sobie w nowym świecie. 

Ważnym elementem Utraconego serca Azji jest historia. Ta najdawniejsza, której przedstawicielami są brutalne hordy Czyngis-hana i ta nowsza, której reliktami są szczątki niezliczonych pomników Lenina. Dla osób niezainteresowanych tematem taki natłok informacji może być przytłaczający, ale ja, czytając je, byłam w swoim żywiole.

Utracone serce Azji to kawał porządnej literatury podróżniczej. Nie przebrniecie przez tę książkę w jeden wieczór. Polecam ją czytelnikom, których nie odstraszają suche opisy, natłok faktów i nie najłatwiejsze do przełknięcia historie. Azja Środkowa wymaga poważnego podejścia do tematu, co Thubron zrozumiał i do czego w swej książce się dostosował. Jeśli lubicie tego typu książki, śmiało sięgajcie po ten tytuł, natomiast jeśli macie ochotę na chwilę zapomnienia przy lekkiej lekturze, Utracone serce Azji nie jest tytułem, po który powinniście sięgnąć, chyba że lubicie wyzwania. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


sobota, 16 listopada 2013

Odnaleźć samego siebie

Może zdarzyć się, że z dnia na dzień zawali się cały nasz świat. Możemy stracić kogoś bliskiego, czymś się rozczarować etc. Czasami wystarczy sama, wydawałoby się pospolita rzecz - zdrada.
Robert Maciąg w ramach osobistej terapii postanowił zjechać kawał Azji i w swojej książce ,,Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę" całą tę podróż opisać.


Robert Maciąg to znany podróżnik, wielbiciel pokonywania tysięcy kilometrów na rowerze. Miałam już okazję przeczytać inną jego książkę ,,Tysiąc szklanek herbaty" i bardzo miło wspominam tę lekturę. Prowadzi stronę ku-sloncu.org, na której możecie dowiedzieć się o krajach odwiedzonych przez Maciąga, warsztatach dla dzieci i spotkaniach z pisarzem. Polecam. Mnie szczególnie zainteresował artykuł zatytułowany: ,,Syria-był kiedyś taki kraj".


Jak autor sam przyznaje, ta nieoczekiwana rowerowa podróż była jedynie pretekstem do wejrzenia w samego siebie. Przy okazji odwiedzania kolejnych miejscowości Maciąg opisuje zastanych ludzi i ich kulturę, ale nie pomija też swoich własnych przeżyć. Da się zauważyć, że autor wciąż nie pogodził się ze swoim nagłym rozwodem. Opisy stricte podróżnicze przeplatają się z opisami przeżyć wewnętrznych. Myślę, że dzięki temu książka spodoba się zarówno miłośnikom literatury podróżniczej jak i nieco bardziej wrażliwym na uczucia ludzkie czytelnikom. Dużo tu uczuć, sporo urywanych zdań, sporo racji.

,,Kambodża jest kolejnym przykładem na to, że wielcy tego świata nie traktują podręczników historii jako przestrogi. Traktują je raczej jako skarbnice pomysłów".

,,Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę" to bardzo krótka książka, większość jej objętości zajmują zdjęcia. Takie, jakie każdy z nas mógłby znaleźć w swoim albumie. To dla mnie wielki plus ponieważ nie lubię ,,podrasowanych" fotografii, które z rzeczywistością nie mają zbyt wiele wspólnego. Większość zdjęć podzielono na liczne bloki tematyczne takie jak na przykład: chiński rower, mgła, chińskie śmieci, Angkor. Dla każdego, coś dobrego.

Siedem tysięcy kilometrów w pięć tygodni. To musiała być niezwykła podróż, z pewnością warta opisania. Myślę, że warto poświęcić kilka godzin na lekturę tej książki opisującej podróż do Azji i w głąb samego siebie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 24 września 2013

,,To nie jest czas na sentymentalne wspomnienia."

Wyobraźcie sobie, że Bronisław Komorowski postanowił osuszyć jezioro Śniardwy po to by, powiedzmy, na jego miejscu umieścić pola kukurydzy. Pytacie się - jak to? po co? No właśnie po to, byśmy mieli więcej pól kukurydzy. Absurd? Absurd! I to na dodatek, taki, który już się wydarzył, i to na znacznie większą skalę.

W latach 60. XX wieku Jezioro Aralskie było czwartym co do wielkości jeziorem świata. Niestety, z biegiem czasu jego powierzchnia zmniejszyła się o 55 tys. km². Wody z Amu-darii i Syr-darii zamiast zasilać wody jeziora były sztucznie odprowadzane do wadliwie poprowadzonych kanałów irygacyjnych. Jezioro (nazywane przez niektórych morzem) Aralskie zostało wysuszone ponieważ władze ZSRR postanowiły uczynić ze swojego kraju potęgę w światowej produkcji bawełny, jednej z najbardziej wodochłonnych roślin na świecie.
Zanik jeziora nikogo poza tysiącami ,,zwykłych ludzi" (a jak powszechnie wiadomo, oni głosu nie mają) jakoś szczególnie nie zaniepokoił, gdyż uznano, że jest ono ,,oczywistą pomyłką natury". 

Bartek Sabela, architekt, miłośnik wspinaczki i autor książki o przewrotnym tytule ,,Może (morze) wróci" w pewnym momencie swojego życia zainteresował się historią Jeziora Aralskiego i postanowił sprawdzić, jak obecnie wygląda ten akwen i jak radzą sobie ludzie, dla których był on całym życiem.

Pomimo tego, że książka reklamowana jest jako reportaż o zaniku Jeziora Aralskiego to jego historia stała się również pretekstem do podróży autora do Uzbekistanu, którego to opis zajął większą część publikacji. Jeśli kiedykolwiek chcielibyście wybrać się do tego kraju, polecam Wam lekturę tej książki. Wiele rzeczy dzięki niej stanie się łatwiejsze. Formalnie rzecz biorąc, Uzbekistan jest republiką rządzoną przez prezydenta Isloma Karimova, który wprowadził w swym kraju autorytarne rządy. We wszystkich wyborach Karimov zdobywa co najmniej... 90% wszystkich głosów.

Poza praktycznymi informacjami i zwykłymi ciekawostkami na temat Uzbekistanu dużą część książki zajmują wspomnienia ludzi, którym Jezioro Aralskie dawało zatrudnienie, możliwość przeżycia i wspominania. Dla wielu Jezioro było całym życiem dlatego jego stopniowe zanikanie i i towarzysząca temu bezradność było dla nich życiową tragedią i porażką. Miasto Munjak, którego istnienie uzależnione było od położenia Jeziora Aralskiego w latach 60. było jednym z lepiej rozwiniętych miast ZSRR a obecnie jest praktycznie wymarłe.

Symboliczna okładka książki, której jedyną ozdobą są zanikające litery oraz przewrotny tytuł tej publikacji jest najlepszą zapowiedzią tego, co możecie zastać jeśli zdecydujecie się przeczytać ten reportaż. Polecam go wszystkim tym, którzy interesują się absurdalną historią byłego ZSRR. Książkę czyta się bardzo szybko, a liczne zdjęcia dodatkowo uprzyjemniają lekturę. Nie zawiedziecie się na tej pozycji.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 23 lipca 2013

Chiny widziane z okien samochodu

Co wiemy o Chinach? Jest to jeden z największych krajów świata i, od niedawna, jeden z najbogatszych. Nauka i technika stoją tam na wysokim poziomie, język jest kompletnie niezrozumiały dla tzw.reszty świata, a  kultura, w tym także kulinarna inspiruje ludzi na całym świecie. Co jeszcze? No tak, Chińczycy od lat przodują w produkcji różnego rodzaju badziewia, które koniec końców przyniosło krajowi miliardowe zyski. I do tego historia. Prastare dynastie Zhou, Qin, Han oraz te nowsze jak Ming czy Qing stworzyły wizerunek Chin jako uroczego ,,końca świata" gdzie żyją prawdziwi geniusze zdolni do wynalezienia papieru, prochu oraz wydania na świat chociażby Konfucjusza. Niestety (lub stety, nie bawmy się w politykę) po latach świetności i walk z Mongołami nadeszły czasy komunizmu, Mao Zedonga i polityki ,,wielkiego skoku", który przyniósł plagę głodu i śmierć milionów ludzi (trudno ustalić dokładną liczbę ofiar, zakłada się, że w latach 1958-1962 z głodu zmarło od 10 do 43 milionów ludzi).

Trochę tego jest. Konia z rzędem temu, kto to wszystko ogarnie. Mimo oczywistego trudu w poskładaniu tych wszystkich informacji wciąż zdarzają się straceńcy, ,,którzy próbują". Jednym z nich jest Peter Hessler, który relację ze swojej podróży po Chinach zawarł w książce ,,Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach".


Osią tego reportażu jest blisko ośmioletnia samochodowa podróż autora po Chinach. Słówko ,,samochodowa" ma tutaj kluczowe znaczenie bowiem autor nie poskąpił nam wielostronicowych opowieści o procedurze wyrobienia sobie chińskiego prawa jazdy, ceregieli niezbędnych przy wypożyczaniu auta, analizy rozwoju rynku samochodowego w ,,państwie środka" czy kulturze jazdy w Chinach. Przyznam, że dla osoby niezorientowanej w temacie (na przykład dla mnie) tego typu fragmenty były prawdziwą katorgą. Chwilami zastanawiałam się czy autor nie jest wielbicielem programu Top Gear.

Jeśli już wspominamy o minusach tej książki to nieco złośliwie bowiem nie jest jakieś szczególne utrudnienie przy lekturze tej książki chciałabym jeszcze nadmienić pewną nieścisłość, która w pewnym momencie zwróciła moją uwagę. Mianowicie Hessler w pewnym momencie wspomina, że na całym świecie nie ma ani jednego badacza, który zajmowałby się historią Chińskiego Muru po czym kilkadziesiąt stron dalej wspomina o Davidzie Spinderze, który poświęcił temu zagadnieniu kawał swojego życia.

Trochę się już wyżaliłam, czas na plusy tej publikacji. Reportaż podzielony jest na trzy części zatytułowane kolejno ,,Mur", ,,Wieś" i ,,Fabryka". W pierwszej części autor zdaje czytelnikowi relację ze swojej podróży śladem Wielkiego Muru, przybliża nam jego historię oraz opisuje to, jakie znaczenie ta budowla ma dla okolicznych mieszkańców. Jak się okazuje, dla części z nich jest to po prostu zbiór cegieł, które kiedyś można było bezkarnie kraść. Przy lekturze tej części dowiedziałam się, że w języku chińskim Wielki Mur to Chang cheng. Uwielbiam takie miejscowe ciekawostki, więc musiałam zwrócić uwagę na ten szczegół.

Druga część książki to opowieść o życiu współczesnej chińskiej wsi. Ten rozdział książki zaciekawił mnie najbardziej. Swego czasu autor wraz ze swoją przyjaciółką kupił dom w Sanchy, niewielkiej rolniczej wiosce i zaprzyjaźnił z jedną z okolicznych rodzin. W tej partii tekstu mamy okazję obserwować zwyczaje chińskich rolników, pojawienie się na wsi szeroko rozumianego biznesu oraz moment posłania dziecka do szkoły. Stara, wręcz mityczna chińska wieś jest tym, co tak ,,ciągnie mnie" do tego kraju.

Część trzecia to już panorama ,,przemysłowych" Chin. Wraz z autorem przenosimy się do strefy ekonomicznej Lioshi, gdzie dwóch biznesmenów pragnie zbić majątek produkując... kółka do biustonoszy. Zadziwiające jest to, w jaki sposób przedstawione jest robienie interesów w tym kraju. Kluczowe są łapówki oraz to, jakiego rodzaju papierosy palą okoliczni partnerzy biznesowi. Robotnicy fabryczni przypominają działające mechanicznie trybiki, które naturalnie pozbawione są jakiegokolwiek zabezpieczenia socjalnego. Co więcej, absolutnie im to nie przeszkadza.

Peter Hessler nakreślił spójny obraz nowych, przeobrażających się Chin. Pomimo kilku nieznacznych wpadek książka naprawdę warta jest przeczytania. Polecam wielbicielom podróży, socjologii jak i dobrej, prostej literatury podróżniczej.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle oraz Nie tylko literatura piękna.

czwartek, 4 lipca 2013

O Umbrii i Toskanii słów kilka

Włochy a zwłaszcza południowa część tego kraju od zawsze wzbudzały pozytywne emocje wśród podróżników zwanych teraz turystami. Już w naszej rodzimej epopei narodowej jaką jest mickiewiczowski ,,Pan Tadeusz" tytułowy bohater, patriota sprzecza się z kosmopolitycznym Hrabią o wyższość polskiej ziemi nad ziemią włoską. Ostatnie lata pokazały, że ten region świata nic a nic nie stracił na popularności także wśród pisarzy różnej maści. Jak grzyby po deszczu w księgarniach pojawiają się powieści, których główni bohaterowie (zazwyczaj jednak bohaterki) uciekają z wielkich zachodnich metropolii do magicznej Toskanii, gdzie w końcu odnajdują spokój ducha oraz oczywiście miłość. Tego typu książki oraz sam region nigdy do mnie nie przemawiały, nie interesowałam się nimi. Do momentu gdy otrzymałam propozycję  zrecenzowania książki ,,Toskania i Umbria. Przewodnik subiektywny" autorstwa Anny Marii Goławskiej oraz Grzegorza Lindenberga.


Autorzy książki są wielkimi miłośnikami tych regionów. Ich pierwszym krokiem do podzielenia się ze światem swoją pasją było założenie strony toskania.org.pl, na którą serdecznie zapraszam. Znajdziecie na niej wiele przydatnych informacji na temat wakacji w Toskanii dotyczących chociażby noclegów, atrakcji turystycznych, czy restauracji. W 2007 roku po raz pierwszy ów informacje wydano w formie książki, której rozszerzone i zaktualizowane wydanie trafiło do księgarń w czerwcu tego roku. Pierwsze, co rzuca się w oczy gdy tylko dojrzymy tę książkę to naprawdę śliczna i dopracowana okładka projektu Grzegorza Kalisiaka. Dla wzrokowca, którym niechybnie jestem to już połowa sukcesu.


Już w tytule książki widnieje słowo ,,przewodnik". Jest to nieco mylące gdyż po otwarciu książki nie znajdziemy w niej masy zazwyczaj niepotrzebnych i suchych informacji na temat jakiegoś miejsca napisanych mikroskopijną, niemalże niemożliwą do odczytania czcionką. Wręcz przeciwnie. Książka dzieli się na dwie części zatytułowane odpowiednio ,,Dlaczego Toskania" i ,,Zwiedzanie Toskanii i okolic". W pierwszej z nich znajdziemy wiele praktycznych informacji dotyczących chociażby ruchu samochodowego, zakupów, klimatu, języka, noclegów itp. Bez wątpienia należy przeczytać te rozdziały niezwykle uważnie aby już na miejscu nie dać się zaskoczyć chociażby innym wejściem w gniazdku. Druga część to już gratka dla wielbicieli literatury podróżniczej, w tej części książki autorzy polecają miejsca, które warto odwiedzić. Poza turystycznymi gigantami takimi jak Florencja, Piza czy Siena znajdziemy tutaj ,,drogowskazy" do małomiasteczkowych perełek w stylu Buonconvento czy Monterchi. Niewątpliwie po tę książki powinni zabrać się miłośnicy sztuki gdyż autorzy przy okazji odwiedzania wielu miejsc nie zapominają o opisie arcydzieł klasy światowej autorstwa chociażby Piera della Francesca. Opis subiektywnych odczuć autorów sprawia, że nawet niezainteresowany tematyką laik ma nieodpartą ochotę zobaczyć freski, które na stałe weszły do historii kultury europejskiej.

Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o tym, co sprawia, że nasze podróżnicze serca zaczynają szybciej bić. O zdjęciach. Gdy wpiszemy wyszukiwarkę google słowo ,,Toskania" wyskoczą nam tysiące nienaturalnych zdjęć przesyconych światłem i przypominających obrazy. W książce, którą mam przyjemność teraz recenzować nie znajdziemy takich ,,podrasowanych" w bajecznie drogich programach fotografii lecz naprawdę interesujące zdjęcia, które bez wątpienia mogłyby się znaleźć w naszym rodzinnym albumie.

Gorąco polecam Wam lekturę tej książki. Przyznaję się, że dzięki niej ja, przeciwniczka wszelkich rozkrzyczanych i rozreklamowanych miejsc zakochałam się w Toskanii i Umbrii oczywiście, a to chyba najlepsza rekomendacja.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi oraz Nie tylko literatura piękna.


Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję portalowi:


oraz wydawnictwu:


wtorek, 14 maja 2013

Freespirit


„Myślę, że kiedy zaczniemy się bać jeżdżenia stopem i podróżowania w taki sposób, w jaki podróżujemy, trzeba będzie przestać. Dlatego właśnie robimy to teraz, zanim staniemy się wystarczająco odpowiedzialni, aby nie robić tak lekkomyślnych rzeczy...”


Nigdy nie mam dosyć książek podróżniczych. Niestety, takie przyjemności kosztują, a ja, jak na razie, żadnego banku nie obrabowałam, więc nie mogę kupować sobie tyle książek, ile bym chciała. Tak więc gdy jakiś czas temu stanęłam przed moją ulubioną półką w księgarni, która, nie wiem czemu, nigdy nie jest oblegana, znowu zaczęłam przeżywać katusze, tak bliskie każdemu molowi książkowemu, co więcej - bibliofilowi! Nie wiem czemu ale moja uwaga od pewnego czasu kieruje się na książki z serii Biblioteka Poznaj Świat. Po szybkim przekartkowaniu kilku książek z tego cyklu zdecydowałam się w końcu na Kingę Choszcz i jej ,,Moją Afrykę".
            

Afrykańska przygoda Kingi trwała blisko rok. W tym czasie podróżniczka odwiedziła Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Senegal, Gambię, Mali, Burkina Faso, Niger, Gwineę i Gwineę Bissau, Liberię, Wybrzeże Kości Słoniowej i w końcu Ghanę. Afryka od zawsze była jej ogromnym marzeniem.

Już po lekturze kilku pierwszych stron widać, że Kinga pisała to ,,do i dla siebie". Jasne, że później miała powstać z tego książka. Jednak oryginalnie pisane to było jako krótka, treściwa ale i (troszeczkę) nacechowana emocjami relacja. Niestety, autorka nie zdążyła przeredagować tekstu, ani samodzielnie przygotować go do druku. Zmarła w 2006 roku na malarię mózgową. Część jej prochów wrzucono do oceanu zaś reszta wróciła do Polski i została złożona na Cmentarzu Garnizonowym w Gdańsku.


Kinga była podróżniczką z krwi i kości. Mimo swojej wielkiej miłości do czarnoskórych dzieciaków potrafiła je czasami ignorować, ponieważ nie starczyłoby jej życia i pieniędzy gdyby chciała z każdym porozmawiać, pobawić się lub obdarować prezentem. Smutne ale prawdziwe. Jadąc do rejonów dotkniętych podobnymi problemami trzeba być gotowym na takie decyzje. 



W książce opisanych jest wiele przygód Kingi. Poszukiwanie żyraf, białego (koniecznie!) wielbłąda, uratowanie Kaniego (pieska ocalonego z rąk tzw. małoletnich oprawców) oraz wykupienie z niewoli... ganijskiej dziewczynki, Aquy. Ani Aqua, ani jej ,,opiekunka", ani nikt inny nie wiedział ile dziewczyna miała lat gdy spotkała na swej drodze swoją wyzwolicielkę. Bądź co bądź została uratowana, a jej rodzina w ramach wdzięczności poprosiła Kingę by ta nadała dziewczynce nowe, chrześcijańskie imię. Wybór padł na Malaikę. Dziewczynka została wyposażona w podręczniki, przybory szkolne, ubrania. W sklepie nawet nie spojrzała na zabawki, interesowały za to... ręczniki oraz ubranka dla rodzeństwa. Podobnie piórnik. Wybrała taki, do którego dodana była laleczka, która miała być prezentem dla młodszej siostry.



          Adopcja Malaiki do tej pory budzi w naszym kraju kontrowersje ponieważ dziewczynka po śmierci swojej ,,mamy" została przywieziona do Polski a po kilku miesiącach... z powrotem odesłana do Ghany!
Niemniej czyn ten doskonale podsumował całe życie Kingi. Spełniaj marzenia pomagając przy tym jak największej liczbie ludzi.



Od razu uprzedzam, że jest to lektura dość specyficzna. Jej autorka jest osobą niezwykle inspirującą, ale jej styl pisania nie przypadł mi do gustu. Zdania są albo monstrualnie długie i poprzecinane mnóstwem przecinków, albo lakoniczne i króciutkie. Niestety, ,,Moja Afryka" to jedyna książka Kingi Choszcz, jaką dane mi było przeczytać więc nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to styl pisania autorki, czy po prostu kiepska korekta.



Mimo wszystko, chyba jednak warto zabrać się za tę książkę. Pomimo ponad 350 stron czyta się ją bardzo szybko i w gruncie rzeczy przyjemnie. Przez całą lekturę miałam wrażanie, że Kinga jest moją dobrą koleżanką (nawet piszę o niej jak o znajomej), a to dobra rekomendacja. Jeśli przetrwacie pierwsze strony pełne podziękowań i życzliwości to dalej będzie już dobrze, z każdą kolejną stroną coraz lepiej.


***
Bardzo, bardzo przepraszam Was wszystkich za długą nieobecność na moim blogu, jak i na Waszych stronach. Niestety, life is brutal, a matura to matura. Przepraszam i obiecuję, że nadrobię wszystkie zaległości.

To wszystko na dzisiaj, dziękuję za przeczytania i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi.

wtorek, 19 marca 2013

,,Obyś była matką tysiąca synów"

O Indiach napisano i powiedziano już wiele. Jest to kraj wielokulturowy, do którego tuż po 1950 roku zaczęły ściągać tłumy Europejczyków w poszukiwaniu ,,spokoju i wewnętrznej równowagi". Mahatma Gandhi stał się międzynarodowym autorytetem, obok Luthera Kinga najdoskonalszym przykładem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Mnóstwo osób marzy o podróży do Indii. Niestety, często zamiast Tadż Mahal dane jest im zobaczyć tłumy żebraków, także dzieci oraz brud jakiego nie spotkali nigdzie indziej. Wiele ludzi, którzy odwiedzili ten kraj postanowili nigdy do niego nie powrócić, nie byli w stanie znieść tyle cierpienia na raz (jak to nazwali). Ale czy dla Hindusów również jest to cierpienie? Czy Indie może jednak są rajem na ziemi? Na to pytanie postanowiła odpowiedzieć Paulina Wilk w swojej książce pt. ,,Lalki w ogniu. Opowieści z Indii"

Paulina Wilk przez wiele lat związana była z ,,Rzeczpospolitą", teraz publikuje między innymi w ,,Kontynentach" (gorąco polecam!) oraz ,,Tygodniku Powszechnym". ,,Lalki.." są jej książkowym debiutem   z resztą bardzo udanym. Za ten reportaż otrzymała w 2012 roku nagrodę Bursztynowego Motyla im. Arkadego Fiedlera oraz była nominowana do wielu innych nagród (w tym do Nagrody Nike). 



Książka przedstawia bardzo gorzki obraz Indii. Zdziera z tego kraju kolorowe sari, zmazuje czerwone bindi i pokazuje jego los takim, jaki on jest. Obdarte z pozorów i stereotypów Indie wydają się wybrakowane, smutne i... przeludnione. Pierwszy rozdział skupia się na tym, aby pokazać czytelnikowi jak w opisywanym kraju wygląda ,,proces" narodzin i rytuałów związanych z tym wydarzeniem. 

,,Urodził się kilka dni temu, a już golą mu głowę"
Wydaje się, że życie w Indiach płynie spokojnie, a ludzie mogą żyć, jak im się tylko podoba. Niestety, tradycja, obyczaje stanowią inaczej. Każdy element życia codziennego Hindusów jest ,,procesem", który musi odbyć się zgodnie z instrukcją. Wybór stroju, kąpiel, śmierć.Wszystko musi odbyć się zgodnie z powszechnie znanym, a nigdzie nie spisanym prawem. Tiziano Terzani w swoich ,,Listach przeciwko wojnie" pisze, że Indie są jedynym krajem, który nie dał odebrać sobie duchowości, nawet jeśli niekiedy utrudnia ona życie (patrz system kastowy). Nawet demokratycznie wybranym władzom Indii nie udało się zmienić zwyczajów panujących w hinduskim społeczeństwie, nawet wśród tzw. klasy wyższej. 

Jedyne, co nieco razi mnie się w tej książce to jej język. Absolutnie nie chcę przez to powiedzieć, że Wilk jest kiepsko warsztatowo, nic w tym rodzaju. ,,Lalki.." napisane są bardzo prostym, dosadnym językiem, chwilami miałam wrażenie, że nie czytam reportażu, a sprawozdanie. Mimo to gorąco zachęcam wszystkich do przeczytania tej książki. Zaręczam, że dowiecie się z niej o Indiach więcej, niż w jakiejkolwiek innej publikacji, nawet profesjonalnym przewodniku. Atmosferę tego kraju wprowadzają do tekstu nieliczne (niestety) zdjęcia oraz klimatyczna okładka, która już sama w sobie zawiera jakieś przesłanie i w pewien sposób oddaje ducha Indii. Pamiętajmy jednak, że ,,nic się jeszcze nie wydarzyło, indyjska opowieść dopiero się zacznie".


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Notka bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę i Reporterskim okiem.

sobota, 16 marca 2013

Napijmy się herbaty

,,Dla kogoś, kto nie podróżuje, świat wydaje się obcy i groźny. Pełen zbrodni. Nic w tym dziwnego, skoro telewizja i prasa karmią nas codziennie obrazami krwi i cierpienia. Skoro opowiadają jedynie o tragediach i przestępstwach. Media wychowały nas tak, że potrafimy zainteresować się tylko złymi informacjami i mało kto interesuje się czymś, co się udało, czymś dobrym, konstruktywnym. Nauczono nas, że dobre wiadomości są nudne i nie warto się nimi interesować. Nie robi się nam od nich gęsia skórka i nie można o nich dyskutować w pracy"

             ~,,Tysiąc szklanek herbaty. Spotkania na Jedwabnym Szlaku" Robert Robb Maciąg



Dlaczego warto podróżować? Odpowiedzi jest kilka. W końcu fajnie jest się pochwalić znajomym zdjęciami z Egiptu, z pięciogwiazdkowego hotelu, z klimatyzowanego samochodu czy eleganckiego samolotu. Super. Zawsze to kawałek świata (gwoli ścisłości, nie ma w takim stylu podróżowania nic złego). Jest tylko jeden problem. Co po takim wypoczynku all-inclusive rzeczywiście jesteśmy w stanie powiedzieć o kraju, w którym wypoczywaliśmy? Powtórzmy wiec: pięciogwiazdkowy hotel, elegancki samolot i dodajmy - palące słońce i świetne drinki.  Uszczypnijcie mnie jeśli się mylę, ale chyba nie na tym rzecz polega. Ludzi myślących podobnie jak ja, jest całkiem sporo. Oni po wylądowaniu w nieznanym kraju idą do zarezerwowanego wcześniej hotelu, rozpakowują się i zaraz po szybkim prysznicu rozpoczynają swój rajd po muzeach, zabytkach czy innych pomnikach. Już lepiej. Istnieje jednak jeszcze jedna grupa podróżników (chciałabym być na tyle odważna, by do niej należeć) - są to ludzie, którzy nie boją świata. Do tej grupy należy m.in. Robert i Ania Maciąg (więcej informacji o autorach możecie znaleźć tu i tu).

,,Tysiąc szklanek..." jest reportażem z ośmiomiesięcznej podróży po krajach Jedwabnego Szlaku (Syrii, Turcji, Iranie, Turkmenistanie, Uzbekistanie, Tadżykistanie i Chinach). Walorem tej książki jest to, że czytając ją, wiemy, że nie mamy w rękach dzieła przyszłego noblisty, ale tekst człowieka, który przede wszystkim jest podróżnikiem, a dopiero potem pisarzem. Niby dlaczego miałoby to być walorem? Ano dlatego, że Maciąg doskonale zdaje sobie z tego sprawę i nie próbuje na siłę udowodnić czytelnikowi, że jest inaczej. Oto dlaczego tę książkę czyta się naprawdę szybko i przyjemnie.

Jedynym minusem tej publikacji są dość monotonne zdjęcia - same portrety. Nie powiem, żeby mi się nie spodobały, wręcz przeciwnie, są całkiem ładne. Sęk w tym, że są one właśnie... monotonne. Nawet kompozycja jest identyczna. Postać jest ukazana od piersi w górę, a za nią widzimy jednolite bądź rozmazane tło. 

Z racji tego, że autor podróżował po ,,krajach zapalnych", z których jeden (Syria) wybuchł z pełną mocą, książka mogła trącić wymuszonym patosem i nieśmiałą propagandą. Nic takiego jednak w niej nie znajdziemy. Wspomniałam o Syrii z racji tego, że opis tego kraju urzekł mnie najbardziej, podobnie jak ludzie opisani w tym rozdziale. Wspomniany wyżej patos nie był potrzebny ponieważ sama myśl o tym, co dzieje się teraz w tym kraju skłania wszystkich do przemyśleń.  Robert Maciąg wolał nam opowiedzieć o pięknie tego kraju z czasów (bardzo nam przecież bliskich), gdy wielka polityka nie wtrącała się jeszcze w jego sprawy, a ludzie mogli swobodnie i bez nerwów parzyć swoją herbatę słuchając dobiegającej z przejeżdżających samochodów ,,Lambady". 

,,Czasem jesteś kimś więcej niż tylko sobą. Czasem reprezentujesz jakąś grupę ludzi, jakieś idee, wartości. Czasem jesteś całym swoim krajem. Inni odbierają Cię tak, jakbyś był uosobieniem swojego kraju i całej jego historii"

Podróżujcie. I to teraz bo ,,później może się okazać, że nic się Wam już nie będzie chciało, a najmniejszą ochotę będziecie mieć, by podróżować po obcych krajach. Później może oznaczać ogródek i telewizor, a przecież szkoda by było Waszych umarłych marzeń i wiecznie żywych wspomnień."

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Notka bierze udział w wyzwaniu: Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.