Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Rasa to sposób życia [Charlie LeDuff „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”]

Według Charliego LeDuffa Detroit jest miastem, które wytyczyło szlak, którym powoli podąża reszta Ameryki. Mityczne już pięć dolarów za godzinę pracy, które oferował Henry Ford, pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń, które doprowadziły miasto do zagłady. LeDuff nie chce określać stanu Detroit inaczej. Opisuje go tak, jakby miasto miało było w stanie agonalnym - miasto, którego mieszkańcy przyznają, że ich życie przypomina wegetację. Wyrwać się z niej można tylko w jeden sposób - umrzeć i czekać, aż ktoś znajdzie wystające spod pokrywy lodowej obute stopy.  
Charlie LeDuff,
„Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”,
tłum. Iga Noszczyk,
Wołowiec 2015,
stron 296. 

LeDuff wychował się w Detroit w typowej dla tego miasta rodzinie - kochająca matka była uzależniona od kolejnych mężów, bracia nie mieli na siebie pomysłu lub zajmowali się tym, co i tak nie miało przyszłości, a siostra... siostra szybko zrujnowała życie sobie i pośrednio swojej córce. Charlie jest „jedynym, któremu się udało”, wyjechał i zdobył pracę w „The New York Timesie”. Po latach zdecydował się wrócić do korzeni i przekazać światu prawdę o Detroit. 

Biografia autora jest istotną częścią tego reportażu. Jest on specyficznym reprezentantem swojego gatunku, ponieważ nie można jednoznacznie stwierdzić, co jest jgo głównym tematem: upadek Detroit czy obecność LeDuffa w Detroit w ostatecznej fazie jego upadku i to jaki wpływ miejsce jego urodzenia miało wpływ na jego życie. Reporter wyrusza wgłąb Detroit i wgłąb siebie i historii swojej rodziny. 

Wiele rozdziałów rozdziałów tej książki przypomina pamiętnik reportera, a nie efekt jego pracy. Styl jest bardzo potoczny, momentami wulgarny i bardzo amerykański. Nie mam nic do zarzucenia tłumaczce, bo to nie jej wina, ale uważam, że „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” jest na tyle obliczona na amerykańskiego odbiorcę, że w innych kulturach wypada sztucznie. Szczególnie widoczne jest to, jak już wspomniałam, w języku, jakim posługuje się autor - wiele z powiedzonek jego i jego bohaterów brzmi naturalnie w hollywoodzkich filmach, ale w naszej rzeczywistości już nie (vide: liczba i miejsce występowania przekleństw). Reporter cały czas balansuje na granicy między dosłownością i kiczem.

Praca LeDuffa jest bardzo upolitycznionym reportażem, jednymi z jego najważniejszych bohaterów są różnej maści politycy, którzy potwierdzają wszystko, co powszechnie sądzi się o ich profesji. Reporter daje im gorzką, także dla siebie, lekcję lokalnego patriotyzmu. Jego książka jest też ciekawym studium tego, jak bardzo zaangażowanie dziennikarza wzrasta wraz z czasem przebywania poza (korpo)redakcją i poza światem białych kołnierzyków.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
\Franca

niedziela, 24 stycznia 2016

Nie oceniaj książki po okładce [R.J. Palacio „Cud chłopak”]

„Gdybym znalazł czarodziejską lampę i mógł wypowiedzieć jedno życzenie, chciałbym mieć normalną twarz, na którą nikt nigdy nie rzuci okiem. Kiedy idę ulicą, wolałbym, żeby przechodnie nie spoglądali na mnie i nie odwracali głów. Moim zdaniem sprawa przedstawia się tak: nie jestem zwykłym dzieckiem tylko dlatego, że nikt nie patrzy na mnie jak na zwykłe dziecko.”*

R.J. Palacio,
„Cud chłopak”,
Wydawnictwo Albatros,
2014,
stron 411.
Dziesięcioletni August urodził się z wadą, która zdeterminowała całe jego życie. August jest bowiem odrażający. Biologia postanowiła zdeformować jego twarz w potworny sposób, co sprawiło, że chłopiec nie miał szans na normalne życie. Nadszedł jednak moment, gdy mama Augusta postanowiła przewrócić życie syna do góry nogami i posłać go do szkoły, w której chłopiec miał się uczyć wraz z rówieśnikami, „normalnymi”dziećmi, które, jak wiadomo, zazwyczaj są brutalnie szczere. 

Na okładce tej książki widnieje zarys twarzy chłopca oraz dokładniej narysowane jedno jego oko. Jest to rewelacyjna zapowiedź fabuły powieści, która opiera się na mechanizmie zagadki. Przez kilkadziesiąt pierwszych stron nie wiadomo, jak wygląda August, wiadomo tylko, że jego twarz jest odrażająca. Ciekawość czytelnika jest podsycana ciągłym wspominaniem o brzydocie Augusta. Jest bardzo ważny element tej książki, ponieważ jest ona skierowana do dzieci. Zanim dowiedzą się, jak w rzeczywistości wygląda bohater, będą już na tyle zafascynowani jego historią, że nie będą chcieli przerwać lektury.

Powieść napisana jest w pierwszej osobie, choć ma kilku narratorów: Augusta, znajomych chłopca, jego siostrę oraz jej chłopaka  i przyjaciółkę.. Brakuje mi narracji jednego z rodziców Augusta, choć biorąc pod uwagę wymowę tej książki, przyznaję, że nie jest ona konieczna. R.J. Palacio ukazuje życie chłopca, którego życie naznaczone jest piętnem wyjątkowej brzydoty, ukazuje je z kilku perspektyw i czyni to po to, by młodzi czytelnicy mogli sami ocenić postępowanie każdego z bohaterów i na tej podstawie zdecydować, jak oni zachowywaliby się, gdyby w ich szkole pojawił się August.  Narracja rodziców nie jest konieczna z tego powodu, że nie jest to książka dla dorosłych, a dzieci mogłyby nie zrozumieć, z czym borykają się rodzice tak niezwykłego dziecka.

Wbrew dość poważnej tematyce, jest to zabawna i bardzo życiowa książka, przedstawiająca życie i problemy, przed którymi stoją współczesne dzieci. August interesuje się uniwersum „Gwiezdnych wojen”, jest bystrym chłopcem pozbawionym naiwnie przypisywanej tak skrzywdzonym dzieciom aniołkowatej dobroci. Jest to dzieciak z padawańskim warkoczykiem, który chce znaleźć przyjaciół i, ponieważ jest bardzo amerykańska powieść, oczywiście mu się to...

Na marginesie. Jest to pierwsza od lat przeczytana przeze mnie powieść przeznaczona dla dzieci i młodzieży. Po jej lekturze wiem, że w przyszłości chętnie będę sięgała po powieści dziecięce i młodzieżowe, nie tylko te klasyczne. Przekonałam się do tego gatunku i za to R.J. Palacio serdecznie dziękuję. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

*R.J. Palacio, „Cud chłopak”, 2014, s. 11. 

piątek, 20 marca 2015

Patrzcie! Cycki! ==>> (.Y.) [Andy Weir „Marsjanin”]

Z powodu silnej burzy piaskowej załoga misji Ares 3 musi ewakuować się z powierzchni Marsa już w szóstym solu swojego pobytu na tej planecie. Niestety, jeden z jej członków, biolog i zarazem inżynier-mechanik Mark Watney, zostaje odcięty od reszty, przez co nie udaje mu się na czas dotrzeć do MAV-u. Zarówno jego niedawni towarzysze, jak i NASA uznają go za martwego, a co za tym idzie, nie mają zamiaru organizować misji ratunkowej. Mark jednak żyje i robi wszystko, by jego marsjańska przygoda nie skończyła się tragicznie wraz z pierwszą usterką systemu podtrzymującego życie. W dramatycznej walce o przetrwanie towarzyszy mu dziennik, sprzęt-który-nie-wiadomo-czy-działa oraz muzyka disco z lat 70. pozostawiona na Marsie przez komandor porucznik Lewis.
Andy Weir,
 „Marsjanin”,
Wydawnictwo Akurat,
stron 382.

„Marsjanin” to książka z gatunku science fiction, która w zeszłym roku szturmem wdarła się na listy bestsellerów na całym świecie. Jej sukces nie polega jednak na tym, że sięgnęli po nią miłośnicy gatunku, ale na tym, że przypadła ona do gustu także tym czytelnikom, którzy w przyszłość wybiegają co najwyżej do najbliższego urlopu. Jej autor, Andy Weir, postanowił stworzyć fikcję, która w kwestii merytoryczności naukowej nie będzie ustępowała jego dotychczasowej pracy. Weir bowiem od piętnastego roku życia pracuje jako programista i, jak możemy przeczytać na jego stronie internetowej: „he is also a lifelong space nerd and a devoted hobbyist of subjects like relativistic physics, orbital mechanics, and the history of manned spaceflight”. Poświęcenie tak dużej uwagi naukowej stronie poczynań swojego bohatera nie powinno przysporzyć Weirdowi czytelników, a jednak stało się wręcz odwrotnie. Czyżby amerykański programista odkrył sposób na szybkie i bezbolesne zainteresowanie  tysięcy ludzi nauką?
„[12.04] JPL: (...) Proszę, uważaj na swój język. Wszystko, co napiszesz, nadajemy na żywo na cały świat.[12.15] WATNEY: Patrzcie! Cycki! ==>> (.Y.)”[s.137]
Na podstawie powyższego cytatu można łatwo scharakteryzować dwie najważniejsze, czy też po prostu najbardziej rzucające się w oczy cechy tej książki. Pierwszą jest wspomniana wyżej skrupulatność w opisie naukowo-technicznych podstaw wszystkich poczynań bohaterów, zaś drugą jest humor, czasami dość prymitywny (patrz wyżej), ale raczej nie wulgarny. Humor ma wielkie zasługi w tym, że mnogość rozbudowanych opisów działania różnych urządzeń nie przytłacza czytelnika, a wtłacza się w narrację, stając się ważną jej częścią. To ważne, ponieważ te opisy stanowią zauważalną część książki. Zanim Mark nawiązał połączenie z JPL (Laboratorium Napędu Odrzutowego) musiał dotrzeć do innej marsjańskiej bazy, zadbać o swoją plantację ziemniaków, zmodyfikować urządzenie umożliwiające mu skomunikowanie się z Ziemią itp. Każdy jego krok jest dokładnie zaplanowany i czytelnik jest informowany o tym, dlaczego Mark zrobił to co zrobił. Na tej postawie można zaryzykować stwierdzenie, że „Marsjanin” jest efektem zamiłowania Weira do współczesnej kosmonautyki.

Większą część akcji tej książki poznajemy z relacji samego Marka, który dzieli się z nami swoimi zapiskami z dziennika. Ten rodzaj narracji towarzyszy nam przez ponad sto pierwszych stron, potem pojawia się narrator auktorialny („wszechwiedzący”), który zapoznaje nas z tym, co dzieje się w siedzibie JPL-u, na konferencjach prasowych i na statku niedawnych towarzyszy tytułowego Marsjanina. Wprowadzenie innego rodzaju narracji znacznie uatrakcyjniło tę historię, gdyż relacja Marka była monotematyczna i po kilkudziesięciu pierwszych stronach zaczynała nużyć. Niestety, Weir nie wydobył z niej tego, co jest jej największą zaletą - możliwości dokładnego przedstawienia uczuć bohatera. Mark jest sam na obcej planecie, jego rodzina i przyjaciele myślą, że nie żyje, więc wydaje się, że analiza jego psychiki powinna stanowić ważną część tej książki. Cóż, wydaje się. Główny bohater rzadko wspomina swoje życie na Ziemi, ważniejsze jest dla niego tu i teraz. Już po lekturze kilku pierwszych rozdziałów można zauważyć, że taka właśnie jest konwencja, którą przyjął Weir - przede wszystkim akcja, uczucia bohatera można sprowadzić do tego, że raz jest mniej, a raz bardziej dumny z kolejnego swojego dzieła.

Początkującemu pisarzowi i zarazem doświadczonemu programiście opłaciło się przyjąć takie założenie, ponieważ pomogło ono odnieść jego książce gigantyczny komercyjny sukces, którego potwierdzeniem jest to, że Ridley Scott kręci na jej podstawie film. Wydawnictwo nie omieszkało umieścić tej informacji na okładce „Marsjanina”, przez co dało czytelnikom podpowiedź, czego można się spodziewać po tej książce. A spodziewać się można solidnej podstawy pod scenariusz filmu science-fiction okraszonej typowo jankeskim humorem i mnóstwem informacji naukowo-technicznych, której lektura zajmuje maksymalnie dwa wieczory.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca  

czwartek, 12 lutego 2015

Jak daleko się posuniesz, aby stworzyć siebie? [Jeffrey Eugenides „Intryga małżeńska”]

„Najpierw rzut oka na jej książki. Były tam powieści Edith Wharton, ułożone nie według tytułów, lecz chronologicznie według daty wydania; były wszystkie dzieła Henry'ego Jamesa z serii Modern Library, prezent od ojca na dwudzieste pierwsze urodziny; studenckie lektury w miękkich oprawach, z pozaginanymi stronami, sporo Dickensa, odrobina Trollope'a, a także solidne porcje Jane Austen, George Eliot i znamienitych sióstr Bronte. Całe mnóstwo czarno-białych broszurowych wydań z serii New Directions, głównie poezja takich twórców jak H.D. lub Denise Levertow. Były też powieści Colette, które czytała po kryjomu.[1]
Jeffrey Eugenides,
Intryga małżeńska,
wydawnictwo Znak,
stron 491. 
Tak z czytelnikami swojej najnowszej książki zatytułowanej „Intryga małżeńska” wita się Jeffrey Eugenides. Wspomniana „ona” to Madeleine, którą poznajemy w ostatnim dniu jej studiów na Uniwersytecie Browna, ale dzięki lubującemu się w przeskokach fabularnych narratorowi mamy okazję towarzyszyć jej również podczas pisania pracy licencjackiej czy uczestniczenia w kursie „Semiotyka 211”. Oprócz kursu prowadzonego przez Michaela Zippersteina, Madeleine swego czasu uczęszczała też na kurs „Intryga małżeńska ─ wybrane powieści Austen, Eliot i Jamesa”. Te dwa szkolenia nie tylko wpłynęły na jej literacką wrażliwość oraz temat pracy licencjackiej, ale stanowią też ważny element książki, której skromna dziewczyna jest bohaterką. 

Intryga małżeńska to bodajże najważniejszy fabularny składnik klasycznej XIX-wiecznej powieści. Najważniejszą powinnością każdej damy było ówcześnie odpowiednie zamążpójście. Po ślubie jej postać znikała, nie miała prawa się rozwijać, ponieważ bohaterka stawała się żoną, zamkniętą księgą. Jeden z profesorów Madeleine sformułował tezę, że „forma powieści osiągnęła apogeum wraz z rozwojem intrygi małżeńskiej i nigdy się nie podniosła po jej zaniku”[2]. Eugenides sprawdza tę teorię i bawi się nią, każąc swoim bohaterom grać jej składnikami. Pisarz stworzył trójkąt miłosny, zmuszając Madeleine do wyboru pomiędzy genialnym lekkoduchem Leonardem a nieśmiałym, uduchowionym Mitchellem. W pewnym momencie bohaterka wiąże się z jednym z nich, a nawet wychodzi za niego za mąż. Historia wydaje się zakończona. Tylko dlaczego do końca książki zostało kilkaset stron? 

Eugenides polemizuje i z teoretykami „French studies” (to czytelnik nadaje książkom treść i znaczenie) i ze schematem XIX-wiecznej powieści obyczajowej. Miłosne dylematy Madeleine nie są fabularnym celem samym w sobie, lecz pretekstem do ukazania skomplikowanych relacji młodego człowieka z innym młodym człowiekiem, który zmaga się z chorobą psychiczną, która jest na tyle poważna, że nie można przejść nad nią do porządku dziennego i zarazem na tyle lekka, że cierpiących na nią nie można nazwać wariatami i zamknąć w ośrodku. Umieszczenie w powieści naturalistycznych opisów stanu chorego jest jawnym złamaniem konwenansów tak ważnych dla literatury oraz rzeczywistości lat 1801-1900. 

Akcja „Intrygi małżeńskiej” rozgrywa się we wczesnych latach 80. Tło społeczno-obyczajowe tych czasów nie jest tak ważne, jak chociażby literackie wybory najważniejszych postaci, więc nie doczekamy się opisów początku prezydencji Ronalda Reagana. Pewne smaczki obyczajowe możemy dostrzec w przedstawieniach wybranych postaci. Ojciec Mad Alton w połowie lat 60. był rektorem jednego z uniwersytetów w czasie, gdy studenci buntowali się przeciwko wszystkim i wszystkiemu, a starsza siostra dziewczyny jest zgorzkniałą żoną i matką, ponieważ, jak twierdzi Madeleine, dorastała w latach 60. i nie oszczędzono jej „wstrząsu spowodowanego tym, że w jednej chwili jest się maoistką, a w następnej gospodynią domową na przedmieściach Beverly w stanie Massachusetts[3]”. W niektórych przypadkach stosunek postaci do zastanej rzeczywistości czy najnowszych mód jest jedynym elementem ich charakterystyki. Mimo to, są one tak dopracowane, jak tylko być mogą, podobnie jak cała ta książka. Zaręczam, że jeśli lubicie czytać, „Intryga małżeńska” z pewnością przypadnie Wam do gustu, zaś jeśli kochacie literaturę, pokochacie i tę powieść.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

[1] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 11.
[2] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 33.
[3] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 229. 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Panie, pisz pan horrory! [Stephen King ,,Pan Mercedes"]

Stephen King jest uważany za króla powieści grozy. Nie mogę napisać, czy zgadzam się z tą powszechnie obowiązującą opinią, ponieważ nie czytałam żadnego horroru jego autorstwa. Lekturę jego książek zaczęłam od kryminału, zresztą pierwszego w jego dorobku. ,,Pan Mercedes" to blisko kilkusetstronicowy literacki zapis gry prowadzonej przez szaleńca i śledczego oraz wszystkich towarzyszących jej okoliczności. Nie jest to jednak kryminał w skandynawskim stylu, którego autor tkałby zbrodniczą koronkę, a ,,powieść popowa" w całkiem dobrym stylu. Całkiem. 

Stephen King,
,,Pan Mercedes",
Wydawnictwo Albratros,
stron 576. 
Wszystko zaczęło się na Środkowym Zachodzie. Pierwsze Doroczne Targi Pracy w 2009 roku zakończyły się tragicznie zanim na dobre się zaczęły. Szaleniec wjechał w tłum bezrobotnych rozpędzonym mercedesem, zabijając osiem osób, w tym niemowlę. By pojmać sprawcę tej zbrodni, policja zmobilizowała wszystkich swoich najlepszych funkcjonariuszy, w tym zespół Billa Hodgesa. Pomimo wysiłków policji i szumu medialnego nie udało się pojąć zbrodniarza, którego prasa ochrzciła mianem Mordercy z mercedesa. Brady Hartsfield pozostawał nieuchwytny, nikt nie podejrzewał miłego chłopaka z sąsiedztwa o dokonanie takiego czynu. Po pewnym czasie sprawa ucichła, a policja zaklasyfikowała ją do kategorii zbrodni ,,do wyjaśnienia w przypadku pojawienia się nowych dowodów". Nowe dowody pojawiły się, jednak nie na komisariacie, a w skrzynce na listy emerytowanego już Hodgesa. 

,,Pan Mercedes" zaczyna się trzęsieniem ziemi. Augiego Odenkirka, Janice i Patti Cray oraz kilka innych osób poznajemy tylko po to, by szybko rozstać się z nimi makabryczny, a zarazem spektakularny sposób. Skoro jesteśmy już przy makabrze, to należy wspomnieć, że w tej książce jest jej jak na lekarstwo - King wprowadza ją półsłówkami i aluzjami. Jako przykład mogę podać wspomniane już trzęsienie ziemi, czyli zmiażdżenie ośmiorga bezrobotnych rozpędzonym mercedesem sedanem. King oszczędził nam opisu ,,flaków", ale w liście Brady'ego do Hodgesa wspomniał o wiele mówiącym ,,dżemie truskawkowym w śpiworze". Biorąc pod uwagę to, z czego powstał ów dżem, ten krótki fragment śmiało można nazwać potwornym. Po dwudziestej pierwszej stronie, ostatniej pierwszego rozdziału, zaczyna się zabawa Brady'ego z Hodgesem. Na początku jej prowodyrem jest Hartsfield, potem przewagę zyskuje były detektyw, a potem znowu Hartsfield. I tak w kółko. W międzyczasie żegnamy się z kilkoma postaciami, niezbyt wieloma jak na zasłyszane umiejętności i upodobania Kinga i zmierzamy do kolejnej katastrofy. To, czy dojdzie ona do skutku, zależy od tego, kto na ostatniej prostej zdobędzie przewagę nad swoim przeciwnikiem: zbrodniarz czy emerytowany stróż prawa. 

,,Pan Mercedes" ma jedną zasadniczą wadę - schematyczność. Pomimo tego, że czyta się tę książkę szybko i przyjemnie, nie można pozbyć się wrażenia, że ,,to już było". Najprawdopodobniej gdyby nie nazwisko autora, ta książka przeszłaby bez echa, o ile w ogóle zostałaby przetłumaczona na język polski. King nie odkrywa w niej niczego nowego, nie zaskakuje językiem (wyjątkiem są liczne ironiczne wstawki takie jak, np. opis programu przywodzącego na myśl ,,Potyczki Jerryego Springera" czy ,,trolli" zaczepiających dziecko). Inteligentny, skrzywdzony przez los i pozostający w chorym erotycznym związku z matką złoczyńca i podstarzały, walczący z depresją śledczy są typami postaci, które często występują na kartach kryminałów. W ,,Panu Mercedesie" znajduje się wiele podobnych szablonów, między innymi w licznych rozwiązaniach fabularnych (jako przykład mogą służyć kontakty Hodgesa z kolegami z policji). 

Po przeczytaniu tej książki, zanotowałam, że muszę wspomnieć w jej recenzji o rozczarowującym zakończeniu. Teraz nie jestem pewna, czy mogę określić je tym przymiotnikiem, ponieważ dowiedziałam się, że ,,Pan Mercedes" jest pierwszą częścią trylogii. Ten fakt znacząco wpływa na odbiór ostatnich rozdziałów tego kryminału. Rozczarowaniem bez względu na okoliczności mogę określić lekturę tej książki jako moje pierwsze spotkanie z prozą Stephena Kinga. ,,Pan Mercedes" jest kryminałem, który nie wymaga od czytelnika wytężonego wysiłku intelektualnego, jest dobrą ,,książką odstresowującą". Spodziewałam się czegoś więcej.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca 

środa, 19 listopada 2014

,,Zamknijcie jej usta (...), muchy włażą"* [Katherine Boo ,,Zawsze piękne"]

,,Na Zachodzie i wśród części elit indyjskich słowo ,,korupcja" wywoływało jednoznacznie negatywne skojarzenia, ponieważ zjawisko to było postrzegane jako przeszkoda na drodze rozwoju i postępu. Jednak w przeżartym przez korupcję państwie właśnie łapówkarstwo i krętactwo stanowiły jedną z niewielu prawdziwych szans dla biednych" 
Indie dopiero od niedawna zaczęły kojarzyć się raczej z biedą, niż z Bollywood i mistycznymi aśramami. Okazało się, że podobno barwny, podobno uduchowiony kraj ma więcej problemów, niż można sobie wyobrazić. Tym samym zaczął on interesować reporterów, dla których ubóstwo i nierówność społeczna to idealne tematy do stworzenia wielkiego reportażu. W 2007 roku do podobnego wniosku doszła Katherine Boo, amerykańska dziennikarka, laureatka Pulitzera w kategorii ,,służba publiczna". Śmiem twierdzić, że jej motywacja była bardziej szlachetna, wskazuje na to jej zaangażowanie w sprawę i doświadczenie zawodowe. Swoją wizję Indii, Boo zaprezentowała w wydanej w Polsce w 2013 roku książce o zaskakującym tytule ,,Zawsze piękne". Co w Indiach jest tak pięknego?

Katherine Boo,
,,Zawsze piękne",
wydawnictwo Znak,
stron 348.
Odpowiedź brzmi: włoskie kafelki. Najpiękniejsze w Indiach są włoskie kafelki. Trochę wyolbrzymiam, ponieważ przedmiotem działań Boo nie jest cały kraj, a najbiedniejsza dzielnica Bombaju - zachwycająca egzotyczną nazwą Annawadi. Reporterka spędziła w niej trzy lata, wtapiając się w rzeczywistość żebraków, śmieciarzy i kobiet, które starają się znaleźć sobie miejsce w prężnie rozwijającym się państwie, które o nich nie dba. Dziennikarka przyznaje, że przez pierwsze miesiące była lokalną atrakcją: biała kobieta, Amerykanka (!) przybywa do jednej z dzielnic biedy, by wypytywać jej mieszkańców o ich życie. Trudno jest zbierać materiał w takich okolicznościach. O tym Boo pisze w kilkunastostronicowej części ,,Od autorki". Poza tym rozdziałem autorka w książce nie istnieje, nie poznajemy jej sądów, ani przeżyć, przez co gdyby obedrzeć tę pozycję z okładki, wspomnianej części oraz podziękowań, można by czytać ją jako solidnie osadzoną w indyjskiej rzeczywistości powieść. Ten zabieg sprawia, że pomimo dużego ładunku emocjonalnego, ,,Zawsze piękne" są idealną pozycją dla osób, które chciałaby zaznajomić się z gatunkiem jakim jest reportaż. 

Ma to też swoje złe strony. Beletryzacja reportażu automatycznie obniża jego wartość faktograficzną, głównie poprzez ,,wpychanie" w usta bohaterów słów, których oni nigdy nie wypowiedzieli. Boo sama przyznaje, że pomimo tego, że nagrała większość swoich rozmów z mieszkańcami Annawadi, parafrazowała ich wypowiedzi, by uniknąć powtórzeń oraz by ,,pomóc im dokładniej oddać ich myśli". Nie ma sensu oskarżać dziennikarki o nieuczciwość skoro o tym wspomniała, ale każdy potencjalny czytelnik jej książki musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy odpowiada mu taka forma reportażu.

Większość bohaterów ,,Zawsze pięknych" jest dobrze scharakteryzowana, ale nie jest trudno zauważyć, że są oni, po pierwsze - oczywiście sobą, po drugie - typami ludzi, których najłatwiej spotkać w Indiach. Ich problemy i biografia są charakterystyczne dla mas biedaków zamieszkujących slumsy, co Boo podkreśla przeplatając opisy ich problemów z fragmentami wyrażającymi uniwersalne prawdy, takimi jak ten, który zamieściłam u góry tej recenzji.

,,Zawsze piękne" to książka wstrząsająca i odwołująca się do empatii i poczucia sprawiedliwości odbiorcy. Mam wobec niej tylko jeden zarzut - jest ona zbyt dosłowna. Boo zarzuca czytelnika kolejnymi okropieństwami w taki sposób, jakby nie potrafił on samodzielnie myśleć i należałby mu nachalnie podsuwać pod nos kolejne odrażające obrazki. Jest to dość irytujące, ale nie na tyle, by móc uznać to za wadę dewaluującą całą pracę Boo.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

*Boo Katherine, Zawsze piękne, Kraków 2013, s. 168.
*Boo Katherine, Zawsze piękne, Kraków 2013, s. 59-60.

niedziela, 6 lipca 2014

Jedna fotografia, jedno spojrzenie

Stało się. Pierwszy raz w życiu przeczytałam powieść sensacyjną (a właściwie sensacyjno-detektywistyczną). Żadnemu innemu gatunkowi nie opierałam się tak długo. Nie lubię wydumanych afer, arcygenialnych, doskonale wyszkolonych złoczyńców o lodowatym spojrzeniu, smętnych pokrzywdzonych, tajemnic z przeszłości, a właśnie tak wyobrażałam sobie powieść sensacyjną. Bardzo stereotypowo, prawda?

Moje niepoparte żadnymi argumentami wyobrażenia i rozwiał, i potwierdził Harlan Coben w swojej książce zatytułowanej ,,Tylko jedno spojrzenie". Sama nie wiem, co sprawiło, że zdecydowałam się ją przeczytać. Chyba potrzeba sięgnięcia po coś zupełnie nowego, innego. Tego właśnie oczekiwałam od tej powieści: interesującego rozwinięcia wątku kryminalnego, niespodziewanych zwrotów akcji i przede wszystkim wiarygodności. 

Wbrew temu, co sugeruje tytuł tej książki, ustabilizowanego życia Grace Lawson nie zmieniło jedno spojrzenie, a fotografia znaleziona wśród odbitek odebranych z zakładu fotograficznego. Przedstawia ona młodego Jacka, męża bohaterki, oraz trzy inne kobiety, twarz jednej jest przekreślona. Zdjęcie zostało zrobione przed laty, najprawdopodobniej za szalonych czasów studenckich Jacka. Tylko dlaczego tuż po pokazaniu mu tej fotografii wychodzi on z domu razem z tą fotografią i już nie wraca? Grace rozpoczyna poszukiwania męża i niemalże tuż po tym ktoś zaczyna grozić jej oraz jej dzieciom. Kobieta jest coraz bardziej zagubiona. Im więcej zdobywa poszlak, tym mniej wie. Wszystkie tropy prowadzą jednak do bostońskiej masakry, w wyniku której zginęło osiemnaścioro nastolatków, a sama Grace cudem uszła z niej z życiem.

,,Megagwiazda współczesnego thrillera" nie zdobyła mojego uznania za mrożące krew w żyłach szczegóły zbrodni, ani dopracowane portrety psychologiczne bohaterów. Coben wygrał wiarygodnością. Każdą sytuację opisał w taki sposób, że miałam wrażenie, że właśnie ją obserwuję. Wielu pisarzy, opisując wydarzenia rozgrywające się w ich książkach, popada ze skrajności w skrajność, on nie. Coben musi być rewelacyjnym obserwatorem, ponieważ opisał poczynania swoich postaci w taki sposób, że nie musiał już zajmować się ich psychiką. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim.

Akcja ,,Tylko jednego spojrzenia" prowadzona jest dynamicznie, autor co jakiś czas przenosi ją na inne plany fabularne, co akurat jest bardzo częstym zabiegiem w tego typu książkach. Ciężko jest przewidzieć, co stanie się na następnej stronie. Cobenowi bardzo zależy na tym, żeby czytelnik nie domyślił się, co dzieje się z Jackiem i kto oprócz niego znajduje się na podrzuconej fotografii. Zakończenia książki nie sposób przewidzieć. Pomijając to, że jest ono całkowicie zaskakujące, to dodatkowo Coben rzuca wcześniej tyle fałszywych tropów, że nie sposób wybrać wśród nich tego właściwego. Zakończenie nieco mnie rozczarowało tylko z jednego powodu. Nie spodziewałam się tego, że wszystkie tragedie opisane w tej książce miały swoje źródło w naprawdę błahej sprawie. Spodziewałam się, że wszystko zaczęło się od odrobinę mniej prozaicznych powodów.

Z czystym sumieniem polecam Wam tę książkę. Myślę, że nie rozczarują się nią nawet ci, którzy nie przepadają za gatunkiem, który ona reprezentuje. Wszystko, poczynając od bohaterów, poprzez akcję, aż do napięcia budowanego już od pierwszych stron, jest autentyczne. Każda postać ma tej książce swoje, zręcznie wplecione w wątek główny, pięć minut. Co najważniejsze, absolutnie nie można nazwać tej powieści schematyczną. Wszystko ma w niej swój początek i koniec, a przy tym jest nieprzewidywalne i mylące czytelnika. Teraz już wiem, że jeśli znowu będę miała ochotę przeczytać jakiś porządny thriller, Coben będzie na mnie czekał.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

wtorek, 25 marca 2014

,,Dno musi być usłane ludźmi"*

Dziwne książki zawsze zostawiają ślad w naszej pamięci, a Dom nad jeziorem smutku z pewnością jest książką dziwną i do tego kompletnie nieprzewidywalną. Marilynne Robinson, amerykańska powieściopisarka, otrzymała za tę powieść Nagrodę Fundacji Hemingwaya, jednego z moich ulubionych pisarzy, więc miałam wobec jej dzieła dość duże wymagania. Opis fabuły był zgoła interesujący, więc postanowiłam zaryzykować i sięgnąć po tę pozycję, zwłaszcza że jedna z opinii zamieszczonych na tyle jej okładki, autorstwa Doris Lessing, była wyjątkowo zachęcająca, sami przeczytajcie:
,,Zdałam sobie sprawę, że czytam tę powieść wolno, coraz wolniej - nie jest to rzecz do szybkiej lektury, gdyż każde zdanie wprawia w zachwyt" 
Nic nie potrafi tak dobrze zachęcić mnie do lektury jakiejkolwiek publikacji jak interesujący język, którym posługuje się jej autor toteż powyższa jednozdaniowa opinia Lessing ostatecznie skłoniła mnie do sięgnięcia po tę książkę.

Polodowcowe jezioro położone u stóp miasta Fingerbone skrywa wiele tajemnic i równie dużo ludzkich historii i szczątków. Pierwszą opisaną w Domie nad jeziorem smutku ofiarą tegoż jeziora był dziadek Ruth i Lucille, który wpadł  do niego razem z pociągiem, w którym pracował. Kilka lat później, mama dziewczynek wyszła z domu ,,na chwilkę" po czym rozpędzonym samochodem wjechała wprost do jeziorzyska. Siostry trafiły pod opiekę swojej babci, która niedługo po tym zmarła, w związku z czym Ruth i Lucille zajęły się ich podstarzałe ciotki, których jedynym zajęciem było zgadzanie się ze sobą. Dorastające dziewczyny były dla nich zbyt dużym wyzwaniem wychowawczym, więc znalazły dla nich idealną opiekunkę zastępczą, siostrę ich matki - ekscentryczną Sylvie. Każda z opiekunek wywarła na siostrach będących właśnie w trudnym okresie dojrzewania i wybierania swojej drogi życiowej, wielki wpływ. To, jak poradziły sobie z nim Ruth i Lucille stanowi przedmiot tej historii.

Zgadzam się z Lessing, tę książkę należy czytać bardzo wolno i uważnie. W przeciwnym wypadku, nie będziemy w stanie zrozumieć tej powieści. Dom nad jeziorem smutku jest bardzo liryczną opowieścią o samotności i wszystkim tym, co może z niej wyniknąć. Każda z bohaterek radzi sobie z nią na różne sposoby. Jedna z nich stara się ,,wyjść na ludzi",  kolejne dwie z dnia na dzień dziwaczeją coraz bardziej, dla kolejnych dwóch nie ma już ratunku. Podstarzałe ciotki tak bardzo zamknęły się w swoim elitarnym, dwuosobowym gronie, że nie potrafią dopuścić do siebie nawet członków swojej rodziny. Tęsknota za nieznanym dobija je wszystkie. W ich historii pełno jest zagadek, które nigdy nie zostaną rozwiązane. Nawet zakończenie tej książki nie wyjaśnia choćby połowy z nich. Czytelnik musi pogodzić się z niewiadomym.

,,Krótko po ślubie babcia doszła do wniosku, że miłość jest jedną wielką tęsknotą, której nie może złagodzić posiadanie jakiegokolwiek przedmiotu"*

Dom nad jeziorem smutku jest bardzo specyficzną książką. Jej bohaterowie, a właściwie bohaterki są ciężkie do zrozumienia do samego końca tej historii. Właściwie nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć Wam na temat tej powieści ponieważ wszystko jest w niej jakby zasnute mgłą. Efekt ten został wywołany za pomocą nietypowej, bardzo lirycznej narracji, przez którą nieuważny czytelnik mógłby zgubić się podczas lektury tej książki. Sama kilka razy musiałam cofać się nawet o kilka stron, by ,,złapać" zgubiony wątek. Chwilami odnosiłam wrażenie, że każdy spadający z drzewa listek, każda smuga księżycowego światła jest dla Robinson ważniejsza niż losy bohaterów. Polecam tę powieść koneserom tego typu literatury, a mniej nią zainteresowanych zachęcam do zaryzykowania i sięgnięcia  po tę książkę. Myślę, że wielu z Was znajdzie w niej coś dla siebie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytam książki wydane przed 1990 rokiem, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy.

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.


*Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, Wydawnictwo M, Kraków 2014, s.165.
*Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, Wydawnictwo M, Kraków 2014, s. 15.

poniedziałek, 3 marca 2014

,,Ja właściwie urodziłam się dorosła"*

Nigdy nie lubiłam róż. Zawsze były one dla mnie oznaką kiczu i pretensjonalności. O wiele bardziej podobały mi się tulipany, konwalie i kaczeńce. Mimo mojej niechęci do tego gatunku kwiatów, tytuł właśnie recenzowanej przeze mnie książki wydał mi się niezwykle intrygujący. I całe szczęście ponieważ dzięki temu udało mu się przyćmić niezbyt reprezentatywną okładkę. 

Sztuka uprawiania róż Margaret Dilloway to niezwykle popularna książka. W ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytałam około dwudziestu jej recenzji, w ogromnej większości pozytywnych. Miałam więc w stosunku do tej książki bardzo wysokie wymagania, zwłaszcza że zazwyczaj bardzo nieufnie podchodzę do współczesnych powieści obyczajowych.

Galilee Garner to trzydziestosześcioletnia nauczycielka biologii z żelaznymi zasadami dotyczącymi swojej pracy. Jej największą pasją są róże. Galilee przerobiła swój ogród na wielką szklarnię, w której hoduje te niezwykle delikatne kwiaty. Marzy o tym, że pewnego dnia jej najnowsze ,,dziecko" - G42 - zdobędzie nagrodę na wystawie, a jeśli wszystko dobrze pójdzie, zostanie przyjęta do ogrodów testowych Amerykańskiego Towarzystwa Różanego. Niestety, Gal nie może poświęcić różom całego swojego czasu wolnego ponieważ zabiera go jej choroba, która jest nieodłączną towarzyszką jej życia już od dzieciństwa. Tylko transplantacja nerki jest w stanie jej pomóc. 
Mimo to, życie Gal jest wyjątkowo uporządkowane: śniadanie, podlewanie roślin, szkoła, sprawdzanie klasówek, zajmowanie się roślinami, kolacja, pogaduchy z przyjaciółką, obchód po szklarni, kolacja, sen itd. Pewnego dnia Gal dostaje telefon. Okazało się, że jej siostra niekoniecznie pilnie musi wyjechać do Hongkongu i planuje podrzucić komuś swoją nastoletnią córkę, Riley. Idealną kandydatką na opiekunkę wydaje się być Gal. 

Tym, co najbardziej spodobało mi się w tej książce jest pewna powtarzalność, która ujawnia się między innymi w opisie charakterów bohaterów, pewnych ich zachowaniach, opisie uczniów, ogrodu itp. Dzięki temu postacie są bardzo wiarygodne, nie przechodzą rewolucyjnych metamorfoz kilka razy na przestrzeni kilkudziesięciu stron. Są wiarygodni. Gal występująca na ostatnich stronach tej książki jest tą samą Gal, którą poznaliśmy na jej początku. I to pomimo tego, że akurat ta postać przeszła dość znaczącą przemianę.
Cała historia opisana w tej powieści jest jak najbardziej wiarygodna. Niestety, przy okazji jest też nieco przewidywalna. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale w przypadku tej książki jest to w pewien sposób... urocze.

Margaret Dilloway za pośrednictwem swojej Sztuki uprawiania róż z kolcami w bardzo prosty sposób przekazuje czytelnikom najważniejsze prawdy życiowe dotyczące miłości, przyjaźni i celu życia. Bardzo mi się podoba takie nienachalne przekazywanie pewnych wzorców, bez moralizatorstwa i wielkich, zazwyczaj całkowicie zbędnych, słów. 

Powieść Margaret Dilloway nie jest arcydziełem. Jest to bardzo dobra powieść obyczajowa, która z pewnością umili Wam parę wolnych chwil. Pod przykrywką lekkiej powieści Sztuka uprawiania róż z kolcami skrywa naprawdę wartościową zawartość i ważne przesłanie. Polecam i życzę miłej lektury.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania tej książki dziękuję Wydawnictwu M

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy.

*Dilloway Margaret, Sztuka uprawiania róż z kolcami, Wydawnictwo M, Kraków, 2012, s. 85.

wtorek, 4 lutego 2014

Po odrodzenie do Egiptu

Przygotowałam sobie na ten miesiąc książki, które planowałam przeczytać już od dawna, a zaczęłam od tej, która pojawiła się na mojej półce niczym królik z kapelusza maga za sprawą wygranej w konkursie Darii Michalkiewicz.
Mowa o Odrodzonej autorstwa Tucker Malarkey. Szczerze mówiąc, mając na uwadze okładkę tej książki, myślałam, że jest to typowy romans. Rzeczywiście, jest to romans, choć z nutką tajemnicy 
i piramidami w tle.

Lata czterdzieste XX wieku dobiegają końca. Gemma Bastian, londyńska pielęgniarka, otrzymuje telegram z informacją, że jej ojciec, przebywający dotąd w Egipcie archeolog, zmarł na zawał serca. Gemma wyrusza więc do kraju faraonów, by pochować ojca. Zatrzymuje się w Kairze, u przyjaciela ojca, gdzie poznaje Michaela, oszpeconego kuternogę - bohatera wojennego, oraz jego brata Anthony'ego. Bracia ewidentnie za sobą nie przepadają, jedynym co ich łączy jest brak przyjacielskich stosunków z ich ojcem oraz zauroczenie Gemmą. Spokój rodziny Lazarów burzy to samo, co nie daje spać śmietance światowych egiptologów, antykwariuszy i miłośników szeroko rozumianych staroci. Zaginione ewangelie Gromu, Filipa, Tosza i Marii Magdaleny. Każdy chce je mieć, za każdą cenę. Okazało się, że śmierć Charles'a Bastiana również miała z nimi wiele wspólnego - ile - tego postanawia dowiedzieć się Gemma. 

Fabuła tej książki jest całkiem ciekawa, zwłaszcza że część opisywanych w niej wydarzeń jest oparta na faktach. Wyraźnie widać w niej inspirację twórczością Dana Browna z tym, że w jego książkach tajemnica i towarzysząca jej zbrodnia jest na pierwszym miejscu. W Odrodzonej, zwłaszcza na początku, najważniejsze są naiwne przemyślenia Gemmy dotyczące rodziny Lazarów oraz jej skomplikowane relacje z Michaelem i Anthony'm. Ewangelie wydają się być tylko tłem napędzającym działania bohaterki, która waha się między przystojnym morfinistą i zamkniętym w sobie archeologiem. Akcja prowadzona jest nieco zbyt szybko, kilka wątków pojawiło się i natychmiast znikło. Również część (tylko część) dialogów jest odrealniona i przeintelektualizowana. Autorka na siłę stara się podkreślić inteligencję i spryt Gemmy, co irytuje czytelnika. 

Skoro zabrałam się już za narzekanie, to dostanie się też okładce, która sama w sobie nie jest taka zła, ale... 
Dziewczyna z rozwianymi włosami i koszulce z cienkimi ramiączkami wpatrująca się w nie wiadomo co raczej nie budzi naszych skojarzeń z zaginionymi ewangeliami, mroczną tajemnicą Kościoła i niebezpiecznym śledztwem. Wydaje mi się, że przez nie najbardziej fortunną okładkę autorce nie udało się dotrzeć do tej grupy docelowej, do której by sobie życzyła. Oczywiście nie jest to jej winą, tym razem zawaliło wydawnictwo. Natknęłam się na inną okładkę tej książki, którą możecie zauważyć obok. Moim zdaniem ta jest o wiele lepsza i nie wprowadza potencjalnych czytelników w błąd. 

Czas na plusy tej książki, których trochę udało mi się zauważyć. Przede wszystkim, Odrodzona została napisana w taki sposób, że historia Gemmy powinna przypaść do gustu zarówno miłośnikom starożytnych tajemnic, jak i wielbicielom niebanalnych powieści obyczajowych. Pod koniec powieści, niemogłam się od niej oderwać (choć samo zakończenie nieco mnie rozczarowało), zainteresowałam się również motywem wojny pojawiającej się co i rusz, zwłaszcza w wspomnieniach Gemmy i Michaela, którego postać jest wyjątkowo mocnym punktem książki. Młody as lotnictwa po wielu wojennych sukcesach pada ofiarą ostrzału i wraz ze swoim samolotem spada na ziemię. Udaje mu się przeżyć, choć jego blizny oraz proteza nogi nie pozwalają mu zapomnieć o tym, co wydarzyło się w powietrzu oraz na jednym z francuskich pól. Michael nie potrafi uporać się z demonami wojny i nikt nie potrafi mu pomóc. 

Polecam tę książką osobom, które pomimo braku wolnego czasu pragną przeczytać powieść, która pobudzi ich ciekawość oraz pozwoli się zrelaksować. Odrodzoną czyta się błyskawicznie. Kto zabił? Kto ukrył? Kto przechował? Kto przeżyje? Kogo wybierze Gemma? Jeśli jesteście zainteresowani odpowiedziami na te pytania, zachęcam Was do lektury tej książki.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy

piątek, 17 stycznia 2014

Powieść dla miłośników obserwowania gwiazd

Po całkiem interesującym ,,Poradniku pozytywnego myślenia" postanowiłam nie przerywać swojej przygody z twórczością Matthew'a Quicka i jak najszybciej przeczytać ,,Niezbędnik obserwatorów gwiazd".
Łatwo można zauważyć, że Quick (albo jego wydawcy) postanowił tytułami swoich książek nawiązywać do publikacji mających sprawić, że nasze życie stanie się lepsze. To całkiem ciekawy zabieg biorąc pod uwagę fabuły powieści tego autora.

Głównym bohaterem ,,Niezbędnika..." jest Finley McManus, uczeń ostatniej klasy szkoły średniej, chłopak Erin i wielki miłośnik koszykówki, dzięki której pragnie dostać się na uniwersytet i uciec z miasta, w którym mieszka. Bellmont jest rządzony przez dwie mafie, żadnej z nich nie warto podpadać. Kiedyś zrobił to dziadek Finleya, przez co teraz musi poruszać się na wózku. Pewnego dnia trener Watts prosi chłopca o nietypową przysługę. Finley musi zaopiekować się Russem, fantastycznym koszykarzem, który po stracie rodziców zaczął uważać, że... pochodzi z kosmosu.

Nie jest to książka z gatunku paranormalnych. Jest to powieść o marzeniach, o wytrwałym dążeniu do celu i układaniu sobie priorytetów. Banał? Jasne, i to w stylu amerykańskim, czyli tym najbardziej tandetnym i wyzutym. Jednak Quickowi udało się przekazać wszystko to, co chciał dzięki zgrabnej fabule i wrodzonemu talentowi do przekazywania rzeczy trudnych w lekki, choć niedeprecjonujący ich sposób.

Po raz kolejny okazało się, że ten pisarz jest fantastycznym twórcą ciekawych postaci. Wszyscy, nawet Russ, są wiarygodni, a zarazem interesujący. Bohaterowie tej książki mają swoje bolączki i próbują znaleźć sposób na to, by je przezwyciężyć. Jedni piją piwo, inni wierzą, że uczciwe życie zawsze procentuje, jeszcze inni skupiają się na marzeniach, ci ostatni postanawiają wstąpić do mafii. Quickowi udało się wiernie oddać to, z czym muszą zmagać się ludzie (nie tylko młodzi) pochodzący z trudnych środowisk. Rzadko się zdarza, by mieli oni jakiś wybór. Przeszłość potrafi się na nich mścić

Nie przepadam za książkami skierowanymi do młodzieży. Zwłaszcza tymi nowszymi. W większości są one nudne i naiwne. Jednak ,,Niezbędnik obserwatorów gwiazd" to chlubny wyjątek wśród tego grona. Ta książka jest wprost idealna dla nastolatków, którzy nie do końca jeszcze wiedzą, co jest w życiu ważne. Zakończenie tej powieści udowodni im, że nie zawsze jesteśmy w stanie wybrać ,,złoty środek", że nie zawsze on w ogóle istnieje. Jeśli choć trochę poczuliście się zainteresowani ,,Poradnikiem pozytywnego myślenia" zachwycicie się i tą powieścią. Polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

niedziela, 12 stycznia 2014

Myśl pozytywnie - życie to film!

Wyjątkowo nieufnie podchodzę do hitów wydawniczych, zwłaszcza tych, których ekranizacje pojawiają się w kinach tuż po premierze książki. ,,Poradnik pozytywnego myślenia" pojawił się znikąd i niemal natychmiast podbił serca sporej części moli książkowych. Długo wzdrygałam się przed lekturą tej powieści. Zniechęcała mnie do niej filmowa okładka polskiego wydania, zdecydowanie nie w moim guście. Na szczęście, ostatnio udało mi się przemóc do debiutu Matthew'a Quicka dzięki czemu ,,załatwiłam sobie" kilka godzin świetnej rozrywki.

Trzydziestoparoletniemu Patowi Peoples'owi dzięki matce udaje się w końcu opuścić ,,niedobre miejsce" i wrócić do domu. Pat jest przekonany, że jego życie to film, który koniecznie musi skończyć się dobrze. Stanie się to gdy bohater będzie regularnie biegał, robił brzuszki, czytał arcydzieła literatury anglosaskiej i robił inne rzeczy, które spodobałyby się jego byłej żonie, Nikki. Pewnego dnia zostaje mu przedstawiona równie zwariowana Tiffany. Kobieta zaczyna go śledzić, biegać za nim i... zmieniać jego życie.

W jednej z recenzji tej książki natknęłam się na stwierdzenie, że jest to nietypowa historia miłosna. Nie zgadzam się z tym. Oczywiście, wątek miłosny (i to nie jeden) występuje w tej książce, ale bohaterowie dochodzą do niego powoli, nieoczywiście. To nie on przyciąga uwagę czytelnika. Najbardziej interesująca jest walka Pata o powrót do normalności, o żonę, dobre relacje z ojcem. Jego relacja z Tiffany rozwija się nieśpiesznie, na oczach czytelnika. I co najważniejsze, autor książki oszczędził nam niesamowitych zbiegów okoliczności, nagłego wybuchu uczuć i innych tego typu cech romansideł, które lansowane są jako niebanalne i warte uwagi.

Nieco rozczarowałam się postacią Tiffany. Jak na osobę dotkniętą depresją i masą innych problemów związanych z nieprzystosowaniem społecznym, wielokrotnie zachowywała się nad wyraz rozsądnie, zwłaszcza w porównaniu z dziecięco naiwnym Patem, którego postać była konsekwentnie prowadzona przez całą książkę. Bałam się, że Pat w cudowny sposób ozdrowieje czy zostanie gwiazdą Orłów... Dodatkowo, Quick stwarza w swojej książkę naprawdę przyjemną atmosferę. Potrafimy wczuć się w sytuację kolejnych bohaterów, ich zachowania nie są dla nas przerysowane. Już dawno nie spotkałam się z tak dopracowanymi portretami psychologicznymi bohaterów.

Słowem, ,,Poradnik pozytywnego myślenia" to naprawdę wartościowa, choć typowo ,,lekka" książka. Problemy osób chorych umysłowo został tutaj spłycone i ,,niedocenione" przez pisarza.
Polecam optymistom i pesymistom, którzy chcieliby się zmienić i uwierzyć w siebie.

Na sam koniec chciałabym ostrzec Was przed czytaniem ,,Poradnika..." przed lekturą ,,Wielkiego Gatsby'ego" i ,,Pożegnania z bronią" (chyba, że obie te książki Was nie interesują). Już na samym początku Quick krótko je analizuje, i co gorsze, zdradza ich zakończenie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2,6 cm)

sobota, 4 stycznia 2014

Squatersi w Sunset Park

Poul Auster to jeden z najgłośniejszych ostatnimi czasy pisarzy. Czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji jego książek, oraz kilka artykułów o nim samym. Dzięki temu, pełna nadziei na świetną lekturę zdecydowałam się przeczytać ,,Sunset Park", który od kilku miesięcy zalegał na mojej półce.
Fabuła książki tyczy się aktualnych trendów społecznych. Bohaterowie tej książki, Milles, Big, Ellen i  Alice to squatersi, czyli ludzie z różnych powodów nielegalnie zajmujący opuszczone budynki. Byłam ciekawa, jak Auster poradzi sobie z opisem ich środowiska. Tymczasem żadnego opisu się nie doczekałam.

Milles Haller to dobrowolny syn marnotrawny. Opuścił swoją rodzinę po tym jak w nieszczęśliwym wypadku zginął jego przyrodni brat, Bobby. Milles z różnych powodów czuł się winny jego śmierci, więc postanowił bez słowa opuścić bliskich, porzucić studia i wyjechać w nieznane. Po kilkuletnim przerzucaniu się z miejsca na miejsce postanawia zatrzymać się na Florydzie, gdzie zakochuje się w nieletniej Pilar. Niestety, chłopak musi chwilowo porzucić ukochaną i wrócić do Nowego Jorku, gdzie zatrzymuje się u swojego przyjaciela ze studiów, Biga Nathana, właśnie squatersa. Milles znajduje u niego pracę, a następnie zapisuje się na studia. Niestety, urzędnicy w końcu zaczynają dopominać się o zajmowaną nieruchomość.

Jakimś cudem udało mi się sklecić ten opis fabuły. Mam wrażenie, że autor albo nie miał pomysłu na tę książkę, albo miał ich za wiele. Akcja książki prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów, ale mam wrażenie, że większość ich relacji jest całkowicie zbędna. Auster starał się nadać każdemu z bohaterów ich indywidualny charakter, ale absolutnie mu się to nie udało. Nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo. Opętana obsesją ludzkiego ciała Ellen jest dla mnie zwykłą miernotą ze sztucznymi problemami, choć jej postać zapowiadała się naprawdę ciekawie. Alice martwi się swoimi zbędnymi kilogramami, ma piękny uśmiech i pisze pracę doktorską. I co z tego? Ta bohaterka moim zdaniem nie wniosła do fabuły absolutnie nic. Mogłabym dłużej wymieniać, ale mam już dosyć. Mogłabym się ,,przyczepić" do każdego bohatera tej książki na czele z Millesem, nieprzeniknionym Millesem, w którym podkochują się wszyscy mieszkańcu opuszczonego domu w Sunset Park.

Kilkadziesiąt stron przed zakończeniem tej książki jej akcja zaczęła się rozwijać i stawała coraz bardziej jednolita. Niestety, sama jej końcówka rozczarowała mnie jeszcze bardziej niż sztuczni bohaterowie.
Środowisko squatersów wydaje mi się świetnym tematem na reportaż lub tematem na powieść ,,o czymś". Niestety, całą fabułę tej książki jednym słowem nazwałabym - jeden wielki zmyślony problem.
Ogromne rozczarowanie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2,3 cm).

sobota, 7 grudnia 2013

Współcześni piraci oczami zakładnika

Naszemu pokoleniu do niedawna pirat jednoznacznie kojarzył się z Jackiem Sparrow'em i jednookimi morskimi bandytami sprzed kilkuset lat. A tu niespodzianka, piraci nie odeszli do lamusa historii, wciąż grasują na wodach, porywają statki z załogami, czekają na okup lub zabijają zakładników. Najważniejsze są jednak dla nich pieniądze, na drugiego człowieka patrzą zazwyczaj jak na zbitek banknotów, a gdy ten człowiek na dodatek jest Amerykaninem? To jak wygrana na loterii.


8 kwietnia 2009 roku somalijscy piraci przechwycili amerykański kontenerowiec ,,Maersk Alabama" dowodzony przez kapitana Richarda Phillipsa. Po błyskawicznym ataku i heroicznej postawie kapitana i większości załogi, piratów udało się wyprzeć ze statku, niestety razem z Philipsem. Wtedy to rozpoczyna się sześciodniowa gehenna człowieka, który postanowił walczyć o siebie z całych sił.

,,Mark Twain powiedział kiedyś, że pływanie po morzu jest jak siedzenie w więzieniu z możliwością utonięcia"

Rok po tym wydarzeniu Phillips wespół ze Stephanem Tylty'm opisał swoją historię w książce ,,Kapitan na służbie" reklamowaną jako ,,rasowy thriller, który bije na głowę powieści sensacyjne, ponieważ wszystko to wydarzyło się naprawdę". Nie przekonała mnie ta reklama, więc dosyć sceptyczne podchodziłam do tej książki. Ot, kolejna powiastka o bohaterskim Amerykaninie, który zbawia świat. Jednak już kilka pierwszych stron tej publikacji sprawiło, że zmieniłam o niej zdanie. 

Dzięki lekturze tej książki jesteśmy w stanie prześledzić kilkadziesiąt najważniejszych dni w życiu Richarda Phillipsa. Od momentu otrzymania zlecenia przetransportowania ładunków z Salali w Omanie do Dżibuti w w Republice Dżibuti i Mombasy w Kenii poprzez atak piratów aż do szczęśliwego zakończenia. Nie oszczędzono nam również elementów biografii bohaterskiego kapitana. Dowiadujemy się między innymi jak poznał swoją przyszłą żonę, jak trafił do Akademii Morskiej, dlaczego został kapitanem i jak obudziła się w nim miłość do morza. Muszę przyznać, że ta część książki zaciekawiła mnie najbardziej. Na ,,Kapitanie na służbie" nie zawiodą się również fani wspomnianych już powieści sensacyjnych gdyż opis przechwycenia statku oraz porwania Philipsa trzyma w napięciu do pierwszej (będącej zarazem ostatnią) wymiany ognia. 
Postępowanie kapitana jest dość kontrowersyjne, jednak trudno je oceniać, gdy nigdy nie było się w takiej sytuacji jak on. Idealizacja i peany na cześć Philipsa w końcu zaczynają nieco drażnić, ale trudno się dziwić, że znalazły się one w książce poświęconej temu człowiekowi. 

Podsumowując już, bardzo pozytywnie zaskoczyłam się tą książką. Spodziewałam się mdłej papki, a dostałam ciekawą książkę z wartką akcją, którą na dodatek czyta się wyjątkowo szybko. Na podstawie tej książki nakręcono film ,,Kapitan Phillips", który od momentu pojawienia się na ekranach kin zbiera bardzo dobre recenzje. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu ,,Nie tylko literatura piękna".

Za możliwość zrecenzowania tej książki dziękuję Wydawnictwu Otwartemu.


poniedziałek, 30 września 2013

Zeldzie - raz jeszcze

Ładnych parę lat temu obejrzałam fragment filmu, którego nie mogę zapomnieć do dziś. Włączyłam go w momencie gdy jakaś kobieta wbiegając na ulicę została potrącona przez nadjeżdżający z dużą prędkością samochód. Obraz jej zmasakrowanego ciała zaniesionego przez świadków wypadku do jednego z okolicznych budynków i złożonego na stole zapadł mi w pamięci jak żaden inny kadr filmowy (nigdy przesadnie nie interesowałam się kinem). Teraz, gdy już skończyłam czytać ,,Wielkiego Gatsby'ego" Francisa Scotta Fitzgeralda dowiedziałam się, że był to kadr z ekranizacji tejże książki. Domyślam się, że ta informacja w żaden sposób nie sprawiła, że Wasze życie zmieniło się nie do poznania (moje również pozostało takie samo), ale miło jest się dowiedzieć, że już kiedyś miałam już do czynienia z tą historią.

 „Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (...) przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.”

I wojna światowa dobiegła końca, miliony amerykańskich chłopców wracają do swych domów. Jednym z nich jest Nick Carraway, który przybywa do Nowego Yorku by robić karierę.W pewnym momencie poznaje niebotycznie bogatego Jaya Gatsby'ego, również weterana I wojny światowej. Mężczyzna wydaje się dość nachalnie zabiegać o jego przyjaźń. Po pewnym czasie okazuje się, że Gatsby'ego łączy coś z Daisy Buchanan, żoną znajomego Nicka ze studiów. 

Jak we wszystkich książkach i w tej istnieje wątek główny, wokół którego toczą się poczynania bohaterów. Mimo to, mam wrażenie, że historia Gatsby'ego jest tylko pretekstem ku temu, by ukazać życie zblazowanych wyższych klas społecznych po I wojnie światowej. Nick Carraway to typowy amerykański dorobkiewicz z dobrego domu, Gatsby jest już zdecydowanie ciekawszą postacią. Wychowany na zachodnim wybrzeżu chłopak od najmłodszych lat musiał zarabiać na swoje utrzymanie. Jego życie diametralnie się zmienia gdy poznaje ekscentrycznego milionera, Dana Cody'ego i wyrusza z nim w podróż.Wtedy właśnie młody Gatsby zauważa, że można żyć inaczej, lepiej. Szczególnie ciekawie opisane są postacie Daisy i Toma Buchanana. Pomimo tego, że byli oni ludźmi, którym miałam ochotę splunąć w twarz, nie zostali oni opisani w sposób przerysowany. Zostali oni przedstawieni jako małżeństwo, które możemy spotkać tuż za rogiem, co powinno nas przerażać gdyż: 
Francis Scott Fitzgerald

,,Tom i Daisy niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli kazali pić innym...".

,,Wielki Gatsby" przypomina mi książkę innego przedstawiciela tzw.straconego pokolenia, Ernesta Hemingwaya i jego ,,Słońce też wschodzi". Pomimo tego, że Fitzgerald nie wziął udziału w I wojnie światowej to w jego prozie również można dostrzec rozgoryczenie rzeczywistością. Fitzgerald obdziera z magii amerykański sen, w który niektórzy wierzą do dzisiaj. Lata dwudzieste, które wciąż uznawane są za ,,niepowtarzalne i piękne" okazały się być okrutne i niewiele warte

Powieść-klasyk, najsłynniejszy tekst Francisa Scotta Fitzgeralda absolutnie mnie nie zawiódł. Tę książkę można czytać na n sposobów. Dowiemy się z niej o wiele więcej niż tylko tego, że pieniądze szczęścia nie dają. Polecam!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


niedziela, 4 sierpnia 2013

O ludziach ,,próbujących schwytać Słońce"

W 1941 roku Japonia zaatakowała Stany Zjednoczone bombardując bazę Pearl Harbor na Hawajach. Oczywistym było, że oznacza to dołączenie Stanów do II wojny światowej oraz rozpoczęcie najbardziej intensywnych w historii walk na Pacyfiku. Japonia cesarza Hirohito okazała się trudnym przeciwnikiem, tysiące młodych amerykańskich chłopców straciło życie podczas działań wojennych, a końca wojny nie było widać. Wtedy, w 1942 roku rząd Stanów Zjednoczonych postanowił rozpocząć prace nad Projektem, który miał zapoczątkować nową erę dziejach współczesnych militariów. Postanowiono wykorzystać zjawisko rozszczepienia jądra atomu odkryte przez Otto Hahna do stworzenia najbardziej przerażającej brani, jaką kiedykolwiek widział świat.

Tak powstało Oak Ridge. Miasto zbudowane niemalże od zera, które zasiedlili przyszli pracownicy Zakładu Technicznego Clinton (CEW). Eksperyment naukowy stał się niemalże równie ważny co socjologiczny aspekt całego przedsięwzięcia. Ludzie z zupełnie rożnych części kraju, różnych warstw społecznych oraz, co ważne, o odmiennych kolorach skóry niejako zostali zmuszeni do tego by od podstaw zbudować oparte na tajemnicach i niedomówieniach społeczeństwo. Oba te doświadczenia stały się kanwą książki Kiernan.

,,Dziewczyny atomowe" to kolejna książka z serii ,,o tym nie dowiecie się na lekcjach historii". I to udana książka. Autorka pracowała nad nią ponad siedem lat i efekty tej pracy są naprawdę wspaniałe. Być może słyszeliście kiedyś o Oak Ridge, ale czy wiecie, w jaki sposób werbowano do nich pracowników?
 Jane Greer to matematyczka z dyplomem w walizce, Toni to córka skromnego farmera, Helen przed tym jak została operatorką kalutronu pracowała w kawiarni połączonej z apteką. Wojna zmieniła życie wszystkich, nawet tych, którzy z bezpośrednią walką nigdy nie mieli nic do czynienia, a Kiernan doskonale udało się to uchwycić. Wydawałoby się, skomplikowane procesy chemiczne zostały w książce przedstawione jako banalne zagadnienia. Dzięki nim nawet chemiczny laik jako tako orientuje się w zasadzie działania bomby atomowej. Całość czyta się niczym dobrą powieść, a samą lekturę dodatkowo uprzyjemnia piękna okładka.

Od momentu, gdy tylko usłyszałam o tej książce, zastanawiałam się, po której stronie stanie Kiernan. Zwolenników, czy przeciwników bomby atomowej. Zazwyczaj, pomimo najszczerszych chęci pisarzowi non-fiction nie udaje się być bezstronnym. Cóż, Kiernan jest wyjątkiem.  Autorka nie zawahała się wspomnieć o zniszczeniach i tragedii ludzkiej spowodowanej przez Little Boy'a i Fat Mana. W podobny sposób uchwyciła nastroje mieszkańców Oak Ridge, którzy, gdy już dowiedzieli się nad czym pracowali przez całe trzy lata. Z jednej strony radość z zakończenia wojny i rychłego powrotu z frontu członków rodziny  mieszała się z grozą i poczuciem winy związanym z moralną odpowiedzialnością za tragedię mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki.

,,Dziewczyny atomowe" powinny trafić w gusta odbiorców o zróżnicowanych wymaganiach dotyczących lektury. Czytelnicy zainteresowani fizyką, socjologią, a nawet feminizmem(!) powinni znaleźć w tej pozycji coś dla siebie. Książka Kiernan niedługo po publikacji stała się w Stanach bestsellerem, u nas również znajduje się wysoko w słupkach sprzedaży. Jeśli zdecydujecie się przeczytać tę pozycję, z pewnością zrozumiecie fenomen ,,Dziewczyn..." Polecam.

Za możliwość zrecenzowania tej książki dziękuję firmie:


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytamy książki historyczneWojna i literatura oraz Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 30 lipca 2013

Pieśń straconego pokolenia

Był Hugo, teraz jest Hemingway. Czas gigantów nadszedł.

Bałam się tej recenzji. Nazwisko autora zdążyło już obrosnąć w mit, stać się symbolem... sama nie nie wiem, czego. Pewnego stylu życia? Niepokorności? Literackiego, niewymuszonego geniuszu? Afer i kontrowersji? Pewnie wszystkiego po trochu. Tak, czy siak zawsze podziwiałam styl Hemingwaya i to pomimo tego, że czytałam tylko kilka jego tekstów. Pierwsza jego poważna publikacja, po którą sięgnęłam to ,,Słońce też wschodzi", które teraz mam przyjemność dla Was recenzować. 


Wydanie, które czytałam kupiłam na stoisku antykwarycznym podczas IV Warszawskich Targów Książki za całe cztery złote. Książka pochodzi z 1966 roku, została wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy z i wydrukowana przez Łódzką Drukarnię Działową z siedzibą przy ulicy Rewolucji 1905 roku. Ot, ponury znak czasów. Okładkę zdobi dziwaczne i na swój sposób piękne dzieło Pabla Picassa. Zawsze zazdrościłam artystom modernizmu specyficznej bohemy, w której się skupiali. Piękne czasy dla sztuki współczesnej.


O fabule tej książki można powiedzieć w skrócie, że jest to powieść o niczym. Są takie i dobrze wiecie, że nie zawsze stanowi to zarzut w stosunku do danego dzieła. Głównym bohaterem jest Jake (możemy podejrzewać, że pierwowzorem tej postaci był sam autor), który pije. Mężczyzna jest dziennikarzem, oraz ma kilkoro przyjaciół, którzy piją razem z nim. Dodatkowo z wzajemnością kocha się w Lady Brett Ashley, ale nie może związać się z nią na stałe ponieważ podczas wojny ,,poświęcił ojczyźnie coś więcej niż życie". W pewnym momencie wszyscy postanawiają wyjechać do hiszpańskiej Pampeluny by wziąć udział w tradycyjnej fieście, której nieodłączną częścią są gonitwy byków oraz... picie.

,,To dlatego, że (...) nigdy nie słyszałem z jego ust zdania, które wyróżniałoby go spośród innych ludzi"

Uprzedzałam, w książce brak jest jakiegokolwiek punktu kulminacyjnego lub zwrotu akcji. Nie oczekujcie na to. Hemingway jest głównym przedstawicielem tzw. straconego pokolenia, czyli ludzi urodzonych w ostatnich latach XIX wieku, którzy mają za sobą udział w I wojnie światowej. Wyrazem poczucia bezsensu autora jest właśnie ,,Słońce też wschodzi". Bohaterowie bawią się, a tak naprawdę ich życie, ich rozmowy są puste. Żaden z nich nie ma w życiu jakiegokolwiek celu. Trzydziestoczteroletnia Brett zachowuje się jak nastolatka, rozkochuje w sobie mężczyzn, których następnie bez słowa odrzuca.Samą siebie nazywa per dziwką, ale nie ma zamiaru zmienić swojego zachowania. Anglik Harris, który pojawia się w książce na dosłownie kilku stronach jest cieniem człowieka i zaledwie kilkudniowy kontakt z Jake'm i Billem traktuje jak wybawienie. Wszyscy bohaterowie tej książki muszą uczyć się żyć na nowo, tęsknią za czasami sprzed wojny, gdy wszystko było jeszcze zwyczajne i normalne.

Od razu zaznaczam, że książka nie spodoba się wszystkim. Zanim przystąpiłam do napisania tej recenzji przeczytałam mnóstwo negatywnych opinii na temat tej powieści. W ogóle mam wrażenie, że popularność Hemingwaya przechodzi ostatnio kryzys, a samego pisarza ocenia się głównie przez pryzmat jego zamiłowania do polowań i corridy. Myślę, że to błąd. Hemingway operuje językiem i stylem, obok  którego nie da się przemknąć obojętnie, przynajmniej mi się to nie udało. ,,Słońce też wschodzi" to oprócz ciągu zdarzeń składających się na fabułę niezwykle skrupulatny opis obyczajów oraz świadectwo epoki współczesnej autorowi. Warto sięgnąć po tę książkę, uwierzcie mi i zaryzykujcie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Z literą w tle oraz Czytam książki wydane przed 1990 rokiem.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Sparks i melodramat z nutką tajemnicy

Ostatnio miałam szansę się przekonać, że wieści szybko idą w świat. O moich czytelniczych zainteresowaniach wiedzą już chyba wszyscy (zwłaszcza wśród krewnych i znajomych oraz krewnych i znajomych moich krewnych i znajomych) i co i rusz pożyczają mi jakieś książki. Kilka dni temu zostałam obdarowana dwiema powieściami, które ze względu na tego samego autora postanowiłam zrecenzować w jednym poście.

Te książki to ,,Prawdziwy cud"  oraz ,,Dla ciebie wszystko", obie wyszły spod pióra Nicholasa Sparksa, jednego z najbardziej znanych ,,babskich" pisarzy naszych czasów. Jego książki charakteryzują się niezbyt porywającą fabułą oraz zaskakującym zakończeniem. Przez dwieście stron zazwyczaj nie dzieje się nic, a na sam koniec autor serwuje nam bombę, której wcześniej naprawdę nie daje się przewidzieć.

W ,,Dla ciebie wszystko" było podobnie. Książka opowiada historię Amandy i Dawsona, którzy za młodych lat byli parą, ale nie mogli być razem ze względu na swoje rodziny. Oboje pochodzą bowiem z zupełnie przeciwnych biegunów społecznych. Teraz, po latach spotykają się na pogrzebie ich wspólnego przyjaciela i próbują poradzić sobie z przeszłością. Cytując napis na okładce: ,,Dwoje ludzi, których życie naznaczyła tragedia. Czy potrafią wymazać przeszłość i odnaleźć dawną miłość?". Opis mnie nie zachwycił, ale zauroczył mnie zielonkawy, niezwykle nastrojowy kolor okładki (ci, którzy śledzą mój blog od dłuższego czasu wiedzą, że jestem typowym wzrokowcem) więc postanowiłam zacząć od tej właśnie książki i już po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałam ochotę zrezygnować.

      Przeszkodą niemalże nie do pokonania okazały się być sztuczne dialogi i to, co zauważyłam już na początku mojej ,,przygody" ze Sparksem. Pisarz nie umie wiarygodnie kreować czarnych charakterów. Nagromadzenie wulgaryzmów, które nijak nie pasują do reszty wypowiedzi,  pozorny luz, a tak naprawdę głupota postaci i... rozkładający się trup jelenia przy rozmyślającym przestępcy? Nie, wbrew pozorom zdecydowanie nie tworzy to atmosfery strachu. Za to zakończenie, znowu wszystko wywróciło się do góry nogami i na pierwszy plan wskoczyła postać, która wcześniej pojawiała się tylko w rozmowach oraz rozmyślaniach głównych bohaterów. Książka dla wytrwałych wielbicieli melodramatów i niespełnionych miłości.


,,Prawdziwy cud" zadziwił mnie nieco zaskakującą jak na tego autora fabułą. Dziennikarz śledczy z Nowego Jorku, Jeremy Marsh przyjeżdża do sennego, zapomnianego miasteczka Bone Creek by wyjaśnić tajemnicę niezwykłych świateł pojawiających się co jakiś czas  na opuszczonym cmentarzu. Znaczna część mieszkańców wierzy, że są to duchy nawiedzające okolicę w związku z klątwą rzuconą na to miasto przez niejaką Hattie. Wydawałoby się typowa dla jego pracy sprawa wydaje się Jeremiemu banalna do rozwiązania. Sprawę komplikuje jednak pojawienie się uroczej bibliotekarki, która również interesuje się sprawą świateł i zamierza pomóc Jeremiemu w wyjaśnieniu tej sprawy. Dlaczego komplikuje?Oczywiście, bohaterowie zakochują się w sobie, lecz żadne nie chce się do tego przyznać.


,,Prawdziwy cud" jest książką napisaną o wiele lepiej niż jego poprzedniczka. Jedynym co w niej razi to nachalne powtarzanie słowa ,,toteż". Nie wiem, czy jest to błąd autora, czy może tłumaczki, ale utrudnia to lekturę powieści, a zwłaszcza dialogów, które stają się przez tę skazę odrealnione i przesadnie grzeczne. Mimo to, książkę czyta się o wiele lepiej i szybciej niż ,,Dla ciebie wszystko" z tym, że znowu przez dwieście stron nie dzieje się właściwie nic. Autor ukrył to całkiem zgrabnie zarysowanymi bohaterami (zwłaszcza zapadającą w pamięć postacią burmistrza), ale po pewnym czasie nie możemy doczekać się jakiegoś zwrotu akcji. Sparks wydaje się prowadzić główny wątek tylko po to, by nagle wyciągnąć jakiś epizod, o którym czytelnik zdążył już zapomnieć i niespodziewanie uczynić go kanwą książki. W tym wypadku w miarę zaskakująca końcówka wyjaśnia tytuł książki, który z duchami niewiele ma wspólnego.

W twórczości Nicholasa Sparksa trudno szukać arcydzieł, które na stałe wejdą do kanonu literatury światowej. To pisarz specjalizujący się w lekkich powieściach z niespodziewanym, zazwyczaj tragicznym zakończeniem, które wymaga od bohaterów ułożenia swojego życia na nowo. Tego typu literatura ma swoje plusy i minusy, ja nie jestem jej fanką, ale polecam książki, które dzisiaj zrecenzowałam osobą, które potrzebują wytchnienia po ciężkim dniu/tygodniu lub nie najłatwiejszej lekturze. W tego typu momentach Sparks jest niezastąpiony.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 3 maja 2013

XXI-wieczny król romansu


Na początek chciałabym Was z całego serca przeprosić za to, że piszę o tej książce z perspektywy czasu i w bardzo oszczędny sposób. Niestety, zbliżająca się wielkimi krokami matura chwilowo uniemożliwiła mi czytanie książek innych niż podręczniki, czy wszelkiego rodzaju repetytoria. Mam nadzieję, że mimo to, poniższa recenzja chociaż odrobinę Was zaciekawi. A tymczasem, zgodnie z prośbą Gosiarelli - Nicholas Sparks!

***

Długo nie mogłam przekonać się do tego autora. W gimnazjum wszystkie dziewczyny z mojej klasy czytały Sparksa i wymieniały się jego książkami, a po seansie ,,Szkoły uczuć" napisały list do jednej za stacji telewizynych z prośbą, a właściwie rozkazem powtórzenia emisji filmu. Ja, jak zwykle, postanowiłam zrobić światu na przekór i nie tknęłam żadnej jego książki przez naprawdę długi czas. W końcu jednak, po wielu namowach uległam i sięgnęłam po kilka książek tego autora, ,,Pamiętnik", o którym chcę Wam napisać był bodajże czwarty z kolei. Dostałam tę książkę w prezencie gdy uczęszczałam do  pierwszej klasy liceum i z umiarkowanym entuzjazmem zabrałam się do jej lektury.

Dlaczego z umiarkowanym? Niestety, danym mi było dostać tę książkę z ,,filmową" i bardzo kiczowatą okładką z Rachel McAdams i Ryanem Goslingiem. Nie przepadam za okładkami inspirowanymi ekranizacją książek i zwykle szukam wcześniejszych wydań z mniej nastawioną na zysk oprawą.

Nawiasem mówiąc, już ładnych parę razy zastanawiałam się, ile stron liczyłyby książki Sparksa, gdyby wydano je małą, standardową czcionką. Obecna przywodzi mi na myśl książki dla dzieci.

Słówko o fabule. Książka opowiada historię Noaha i Allie, zakochanych, którzy z różnych względów musieli rozstać się na niemal czternaście lat. W końcu parze udało się pokonać wszystkie przeciwności losu i wziąć ślub. Niestety, to życie jak z bajki było tylko przysłowiową ciszą przed burzą.

Cóż można napisać o tej książce i jej autorze? Umówmy się, Sparks nie jest i nigdy nie będzie literackim geniuszem. Ja ze swojej strony już dawno temu ochrzciłam go czołowym autorem ,,książek odstresowujących".
Nie zawsze przecież mamy ochotę na prozę Sienkiewicza, liryki Puszkina, czy kryminały Roberta Ludluma. Wtedy z pomocą przychodzi nam Nicholas Sparks ze swoimi naiwnymi historiami, dziecięcymi metaforami i raczej lekkim piórem. W tej roli pisarz sprawdza się doskonale.

Nie mogę ani polecić, ani odradzić Wam tej książki. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura ponadczasowa, ale wiem, że choćby dla poprawy humoru sięgnę po następne książki tego autora. To chyba jakiś urok.

To wszytko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


czwartek, 28 marca 2013

Druga szansa

Przed Państwem jedna z najładniejszych okładek jakie kiedykolwiek widziałam na oczy. To właśnie dzięki niej postanowiłam sięgnąć po ,,Villę Mirabellę" Petera Pezzelliego. Co prawda zapowiedź fabuły nie zrobiła na mnie większego wrażenia, jednak zdecydowałam się kupić tę publikację. Czy jestem zawiedziona? Hm...

Głównym bohaterem książki jest młody i ambitny Jason Mirabella, który po skończeniu studiów decyduje się wyrwać z rodzinnego miasteczka i wyruszyć do Los Angeles. Tam wszystko idzie mu jak z płatka. Świetna praca, duże mieszkanie, piękna narzeczona. Jak to zwykle bywa w takich powieściach Jason nagle traci wszystko to, co było dla niego ważne i chcąc nie chcąc musi wrócić do Rhond Island. Rodzina, a zwłaszcza ojciec przyjmują go z otwartymi ramionami i zapraszają do prowadzenia rodzinnego hoteliku, który nie przynosi większych zysków. Jak myślicie, co wydarzy się później?

Pytam o to po to, by zapoznać Was z największym minusem tej powieści, którym jest (pewnie już się domyślacie)... rażąca do bólu przewidywalność. W książce pojawia się kilka wątków, które najprawdopodobniej miały być ,,nagłymi zwrotami akcji", a okazały się banalne, podobnie jak ich rozwiązania i skutki. Cała historia toczy się według znanego wszystkim schematu, którego zalążek stanowi streszczenie fabuły książki zawarte w tym poście.

Nie chciałabym jednak, żebyście myśleli, że ,,Villa Mirabella" to absolutny gniot, po którego nie warto sięgać. Na jej korzyść można powiedzieć, że książka aż bije po oczach sielską, rodzinną atmosferą, a postacie są zbudowane w ten sposób, że po prostu nie da się ich nie lubić. Peter Pezzelli jest autorem bestsellerowej (podobno -  nie wiem, nie czytałam) ,,Kuchni Franceski", która również przesiąknięta jest swojskością i ciepłem rodzinnego domu.

,,Villa Mirabella" należy do tego typu książek, które się albo kocha, albo nienawidzi. Nic poza tym. Dla mnie jest to jedna z książek, które zdarza mi się czytać ,,ku poprawie humoru". Myślę, że najlepiej by było gdyby każdy osobiście przekonał się o wartości tej publikacji.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca