Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Państwowy Instytut Wydawniczy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

Niepodobna było tego dnia wyjść na spacer [Charlotte Brontë „Dziwne losy Jane Eyre”]

Jane Eyre to narratorka powieści „Dziwne losy Jane Eyre” autorstwa Charlotte Brontë. Poznajemy ją, gdy zwierza się Czytelnikowi, że nie lubi spacerów, zwłaszcza z przewyższającymi ją zdolnościami fizycznymi kuzynami. Jane jest bowiem sierotą wychowywaną przez ciotkę panią Reed, która nie przepada za swoją podopieczną, ale za to świata nie widzi poza swoimi dziećmi: rozpuszczonym Johnem, upartą i samolubną Elizą oraz kapryśną Georgianą. Jane okazała się jednak najgorsza z nich wszystkich, ponieważ czytała książki z rodzinnej biblioteczki i raczyła porównać Johna do rozbójnika i rzymskich cesarzy.

Źródło ilustracji: http://www.vivarium.com.pl/k/93510/Dziwne-losy-Jane-Eyre.
Pani Reed postanawia pozbyć się niewdzięcznej wychowanki i oddać ją do katolickiej szkoły w Lowood, w której Jane spędza osiem lat - ostatnie dwa już jako nauczycielka. Po osiągnięciu dorosłości podejmuje decyzję o rozpoczęciu pracy jako guwernantka. Na jej ogłoszenie w gazecie odpowiada pani Fairfax, gospodyni majątku Thornfield, w którym rozegra się to, co stanowi swoiste clou całej powieści. W Thornfield Jane poznaje pana Rochestera, rozpoczyna samodzielne życie, buduje swoje pierwsze poważne relacje z innymi ludźmi niż kuzynostwo, współpracownicy i dzieci oraz styka się z tajemnicą, której inni zdają się nie dostrzegać, by w końcu...

Jane szybko ujawnia się jako narratorka tej powieści, od początku przemawia w pierwszej osobie, a czasami wyraźnie zaznacza, że kieruje swe słowa do Czytelnika, a nie notesu. Swoją historię snuje już jako dojrzała kobieta, a więc wydarzenia ze swojego życia ocenia z perspektywy czasu, choć robi wiele by nie oddać tego w tekście. Styl pisania stara się dostosowywać do opisywanej sytuacji oraz wieku, w jakim ówcześnie była. Bardzo ważną cechą jej twórczości jest oddanie charakteru postaci poprzez język, jakim się posługuje. Pan Rochester wyraża się więc niczym wyrafinowany dandys, Adelka, podopieczna Jane, mówi jak większość dziewczynek w jej wieku - emocjonalnie i dużo, a St. John tak jak przystało na człowieka o wielkim umyśle. Styl całej powieści można opisać jako wysublimowany i dopracowany, jakby z wielką dokładnością utkany z koronki.

Jane Eyre jest modelem nowoczesnej kobiety swoich czasów, projektem Charlotte Bronte, która nie zgadzała się z realiami swojej epoki, ale też nie odrzucała ich w całości. Wątki społeczno-obyczajowe są kluczowe dla zrozumienia twórczości Charlotte i przewijają się przez całą jej sztandarową powieść. Panna Eyre już jako dziewczynka śmiało protestowała przeciwko wysokiej pozycji Johna w Gateshead i krzyczała: „Pana! Jakim sposobem on jest moim panem? Czyż ja jestem jego służącą?”[str,11]. Był to pierwszy komentarz Charlotte dotyczący wiktoriańskiej obyczajowości. Problem oceniania ludzi według majątku i urodzenia jest kluczowy dla całej tej powieści; to on jest praprzyczyną występowania wielu innych reguł, którym pisarka otwarcie się sprzeciwia: zawieraniu małżeństw z ludźmi z odpowiedniego stanu, katolickim obłudnikom i ich wątpliwej dobroczynności i wielu innym podobnym kwestiom. Jednocześnie Charlotte wydaje się odnajdywać w rzeczywistości jasne jej strony. Kierownikowi szkoły w Lowood panu Brocklehurstowi przeciwstawia szlachetnego St. Johna. Swawolnej, chcącej bawić się życiem Georgianę samą Jane, która, choć stawiana jako pewien wzór, jest spokojna, rozważna i, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, świadoma zajmowanego przez siebie miejsca w hierarchii społecznej.

Najstarsza z sióstr Brontë równie zawzięcie protestowała przeciwko wiktoriańskiej obłudzie, co broniła pewnych standardów. Jej twórczość jest równie dualistyczna: z jednej strony czerpiąca z romantyzmu to, co w nim najlepsze, z drugiej zakorzeniona w klasycznej angielskiej poetyce. Typowo romantyczne są wątki gotyckie reprezentowane m.in. przez thornfieldowską tajemnicę, której rozwiązanie wpłynie na losy tytułowej bohaterki oraz symbolika natury i miejsca w ogóle. W twórczości Charlotte natura nie jest tylko tłem, a materiałem symbolicznym, niosącym ze sobą pewien sens, zaś miejsce, rozumiane jako dowolnej wielkości przestrzeń, wymaga wystąpienia pewnego typu postaci, czy określonych zachowań (Gateshead Hall jako typowy szlachecki angielski dworek i rodzina Reed, oddalone od dużych skupisk ludzkich Marsh End/Morr House i spokojny żywot jego mieszkańców).

„Dziwne losy Jane Eyre” są wielowymiarową powieścią, którą czytać, i o której pisać i mówić można bez końca. Można tę książkę po prostu przeczytać, śledząc jedynie losy głównych bohaterów, a można studiować ją pod względem chrześcijańskiej filozofii głównej bohaterki czy feministycznej postawy pisarki. Każdy z nich będzie dobry i każdy udowodni nam, że mamy do czynienia z arcydziełem najwyższej próby.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

środa, 8 października 2014

Ameryka na nowo odkryta [Charles Dickens ,,Notatki z podróży do Ameryki"]

W XIX wieku sytuacja polityczna Stanów Zjednoczonych była już w miarę ustabilizowana i rozległe połacie tego kraju zaczęły stanowić cel podróży wielu ludzi pochodzących ze Starego Świata. Szczególne zainteresowanie kraj ten budził wśród Brytyjczyków, dla których wciąż pozostawał ,,zbuntowanym bratem", nawet jeśli nie do końca się do tego przyznawali. Najprościej było poznać Amerykę poprzez podróż do niej, to oczywiste. Z tego założenia co tysiące jego rodaków wyszedł i Charles Dickens, który pierwszy raz postawił stopę na tym kontynencie w 1842 roku. Efektem jego podróży są ,,Notatki z podróży po Ameryce" wydane kilka miesięcy po powrocie pisarza do Anglii.

Charles Dickens,
Notatki z podróży do Ameryki,
Państwowy Instytut Wydawniczy,
Warszawa 1978,
stron 330.
Dzieło Dickensa łączy w sobie elementy pamiętnika i reportażu. Tekst podzielony jest na osiemnaście rozdziałów, każdy dotyczy osiągania przez Charles'a i Kate Dickensów kolejnych celów podróży. Wyjątkiem są dwa ostatnie rozdziały, z których pierwszy w całości poświęcony jest problemowi niewolnictwa, a drugi zawiera wnioski końcowe. Pisarz słusznie przewidywał, że jego ,,Notatki..." wzbudzą w Ameryce niemały skandal i zachowawczo wyjaśnił wszystkie kwestie, które mogły stać się jego zaczątkiem. Oczywiście, Dickens nie płaszczy się przed swoimi amerykańskimi czytelnikami, a jedynie podsumowuje krótko swoją podróż, opisując przy tym wady i zalety narodu amerykańskiego. Moim zdaniem żadne tłumaczenia nie były potrzebne. Pisarz przez cały czas stara się zachować obiektywizm: pisze zarówno o tym, co godne jest pochwały, jak i o tym, nad czym Amerykanie powinni jeszcze popracować. Problemem byłoby, gdyby świadomie ,,przechylał się" na jedną ze stron.

,,Notatki z podróży po Ameryce" są widocznie, choć najprawdopodobniej nieświadomie, podzielone, na dwie części. Pierwsza z nich opisuje to, co Dickensa najbardziej interesowało podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych: zakłady dla obłąkanych, więzienia i szpitale. Nieproporcjonalnie dużo miejsca pisarz poświęcił historii Laury Bridgman, głuchoniemej dziewczynki, która w jednym z ośrodków została nauczona komunikowania się ze światem zewnętrznym za pomocą alfabetu palcowego. Dickens zwraca się do chorych i więźniów z galanterią godną angielskiego dżentelmena, którym niewątpliwie był, dyskutuje z nimi i żywo przejmuje się ich losem. Wiele zakładów stawia swoim rodakom za wzór, czego nie możne powiedzieć o więzieniach. W drugiej części swojego tekstu pisarz-podróżnik skupia się głównie na opisie przyrody odwiedzanego kraju oraz jego mieszkańców. Co zaskakujące, natura Stanów Zjednoczonych nie robi na Dickensie dobrego wrażenia, czasami wręcz go przygnębia. O samych Amerykanach ma raczej dobre zdanie, często wspomina o ich zaradności i życzliwości, ale nie waha się wspomnieć o ich licznych przywarach, z których za najważniejszą uważa plucie tytoniem w miejscach publicznych. Oczywiście nie jest tak, że w pierwszej części pisarz pisze jedynie o sprawach społecznych, a w drugiej tylko o swoich wrażeniach dotyczących zastanej kultury, jednak wspomniany podział jest dość wyraźny, choć uważam, że raczej niezamierzony.

Od ostatniej podróży Dickensa do Ameryki minęły sto siedemdziesiąt dwa lata - warto sprawdzić, jak tak potężny kraj jak Stany Zjednoczone prezentował się blisko dwieście lat temu. Przyznam się, że ja byłam zaskoczona tym, co Dickens pisał o Ameryce, ponieważ jego relacja wskazuje na to, że w ciągu tych lat Amerykanie przeszli niezwykłą przemianę z dość gnuśnego, choć i życzliwego narodu do obrońców świata z raczej luźnym podejściem do życia. ,,Notatki z podróży do Ameryki" to rewelacyjny reprezentant XIX-wiecznej literatury podróżniczej. Szczegółowość opisu oraz poczucie humoru i ironia, z którą Dickens przytacza swoje przeżycia oraz przemyślenia sprawiają, że jest to lektura, na której nikt nie powinien się zawieść. Ja zaliczam ją do swojej listy ,,absolutnie ulubionych książek, o których długo nie zapomnę".

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

niedziela, 22 grudnia 2013

Co to jest Zielony Przylądek?

,,Co to jest Zielony Przylądek? - zżymał się Karol II, kiedy domagano się od niego założenia nowej spółki angielskiej dla handlu z Gwineą - śmierdząca dziura"


Śmierdząca dziura z zabiedzonymi dziećmi cierpiącymi głód, niedolę i nie mającymi żadnych perspektyw, a czasami nawet dowodu osobistego. Co i rusz jesteśmy zalewani zdjęciami i reportażami z najbiedniejszych rejonów Afryki. Wiemy, że Ci ludzie są tacy jak my, ale jednak nie wyobrażamy sobie, by ci mieszkańcy słomianych lepianek mieli za sobą jakąkolwiek kulturę. Wielu wydaje się, że Afryka do połowy poprzedniego millenium kołysała się na drzewach, a jej część do tej pory się tam znajduje. Basil Davidson, ceniony brytyjski historyk i afrykanista w swoich książkach, między innymi w ,,Starej Afryce na nowo odkrytej" udowadniał, że to brednie.

Afryka jest celem wielu współczesnych podróży, głównie tych za jeden uśmiech. W związku z tym, miłośnicy tego kontynentu preferujący zwiedzanie świata z perspektywy własnej sofy, nie mają powodów do narzekań na brak literatury pozwalający im zapoznać się z kulturą tej części świata. Uwielbiam literaturę podróżniczą i interesuję się wszystkim, co ma jakikolwiek związek z Afryką, więc często sięgam po tego typu pozycje. Niestety, większość z nich podaje tylko ogólnikowe informacje na temat historii Czarnego Lądu. 
Jeśli interesują Was podstawowe informacje na ten temat to ,,Stara Afryka..." nie jest książką dla Was.
Davidson bardzo rzetelnie podszedł do swojej pracy, którą najprawdopodobniej traktował jako misję przekazania laikom w tej dziedzinie wiedzy na temat historii starożytnej kotła kulturalnego zwanego Afryką.

Książka podzielona jest na rozdziały. Każdy rozdział traktuje o dziejach jednej z części tego kontynentu i jest podzielony na mniejsze, zazwyczaj bardzo krótkie, podrozdziały. Co mi się bardzo spodobało, na początku każdej kolejnej części tekstu znajduje się niewielka grafika przedstawiająca konturową mapkę Afryki z zacieniowanym jej fragmentem, o którym będzie opowiadał dany ustęp. Dzięki temu nieznający się na geografii czytelnicy mogą umiejscowić omawiany region na mapie kontynentu, co bardzo ułatwia nam zrozumienie tekstu i opisywanych w nim wydarzeń.

,,Stara Afryka..." zawiera konkretne informacje, bez ,,uromantyczniania" treści. Pomimo tego, Davidsonowi udało się uniknąć efektu znudzenia czytelnika nadmiarem faktów. Autor operuje bardzo swobodnym, zazwyczaj prostym językiem. Powtarzam jednak, że jest to pozycja skierowana głównie do osób zainteresowanych przemianami historyczno-kulturowymi tego kontynentu, choć Davidson nie zapomniał o miłośnikach literatury pięknej wstawiając do książki króciutkie kilkunastozdaniowe narracyjne fragmenty opowiadające o jakimś odkryciu, przemyśleniach lub życiu podróżników, badaczy, historyków zajmujących się tą częścią świata. Polecam zainteresowanym tematem jak i tym poszukującym nowego odłamu literatury, którym mogliby się zainteresować. Ja tymczasem wyruszam na wyprawę po stronach internetowych antykwariatów w celu kupienia sobie kolejnych książek tego autora.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

poniedziałek, 4 listopada 2013

Walka kapitału i pracy

Już dawno nie byłam tak poruszona żadną książką. Emil Zola to klasyk, z którego twórczością jednak do tej pory nie przyszło mi się zapoznać. Wiedziałam o nim tyle, że był on prekursorem, a zarazem mistrzem naturalizmu i napisał ,,Nanę". Gdy tylko usłyszałam o tej książce (niestety, od razu zdradzono mi zakończenie) bardzo chciałam ją przeczytać, ale jakoś nie było nam po drodze. Za to ostatnio udało mi się dostać ,,Germinal" tego autora i zachęcona pozytywnymi recenzjami znalezionymi w internecie natychmiast zaczęłam ją czytać.

Mam taki nawyk, że przed rozpoczęciem lektury dowolnej książki, muszę przeczytać jej ostatnie zdanie. W przypadku ,,Germinalu" brzmiało ono: ,,Wzrastała czarna armia mścicieli, w głębokich bruzdach kiełkował wolno posiew, aby rozerwawszy skorupę ziemi przynieść plon w nadchodzącym stuleciu.". Zdanie to jest dla mnie wyjątkowe z trzech powodów. Po pierwsze, jest ono świetnie napisane, zapisałam je sobie w notesie. Po drugie, zapowiada rewolucję społeczną, która nastąpi w XX wieku (pamiętajmy, że ,,Germinal" powstaje w 1885 roku). I w końcu po trzecie, stanowi doskonałe uwieńczenie jednej z lepszych książek, jakie miałam przyjemność przeczytać.

Pewnego mroźnego dnia Stefan Lantier, bezrobotny maszynista przybywa w poszukiwaniu pracy do kopalni le Voreux, gdzie udaje mu się znaleźć zatrudnienie. Mężczyzna pomieszkuje w biednej, ale poczciwej rodzinie górniczej Maheu. Stefan szybko orientuje się, że górnicy są wykorzystywani przez Towarzystwo, cierpią głód i niedolę nie mając żadnych szans na poprawę swojego losu. Postanawia to zmienić i organizuje w mieście filię Międzynarodówki zajmującej się poprawą sytuacji robotników na całym świecie. W le Voreux dochodzi do strajku, na czele którego staje Stefan. Początkowo wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku, jednak po pewnym czasie górnikom zaczyna doskwierać głód, który prowokuje ich do gwałtownych działań. Górnicy zaczynają niszczyć kopalnie i atakować swoich przełożonych, a Stefan traci kontrolę nad sytuacją. Sprawy zaczynają przybierać coraz bardziej dramatyczny obrót, aż w końcu dochodzi do tego, że żandarmi decydują się otworzyć ogień do protestujących.

Ulotka zapowiadająca publikację ,,Germinala"
Tej książce nie brakuje niczego, co uważane jest za wyznacznik dobrej powieści. Nie licząc elementów fabuły, o których wspomniałam powyżej w książce spotykamy interesujący i niebanalny trójkąt miłosny, w kolejnych rozdziałach ścierają się racje robotników i burżujów i nic nie okazuje się być takie, jakim się wydaje. Żadna postać występujące w książce nie jest czarna, ani biała (no, może poza panią Hannebou, ale to już jest przypadek wrodzony burżuazyjnej głupoty i ignorancji). Żadna postawa wobec problemu walki kapitału i pracy nie została pominięta, a na szczególną uwagę zasługuje to, w jaki sposób Zola przedstawił nędzę górników. Naturalizm jednoznacznie kojarzy nam się z epatowaniem naturalnością rozumianą jako okrutna dosadność. ,,Germinal" jest jednak tak napisany, że żadna sytuacja nie wydaje się nam przesadzona ani sztuczna. Mistrzostwo!

Na koniec chciałabym wspomnieć o tym, że nie warto bać się tej powieści. Jasne, że porusza ona poważne tematy, ale została napisany w sposób, który nie utrudni lektury nawet wielbicielom lekkich książek na jeden wieczór. Zaręczam, że każdy znajdzie w ,,Germinalu" coś dla siebie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle i Czytam książki wydane przed 1990 rokiem.

wtorek, 30 lipca 2013

Pieśń straconego pokolenia

Był Hugo, teraz jest Hemingway. Czas gigantów nadszedł.

Bałam się tej recenzji. Nazwisko autora zdążyło już obrosnąć w mit, stać się symbolem... sama nie nie wiem, czego. Pewnego stylu życia? Niepokorności? Literackiego, niewymuszonego geniuszu? Afer i kontrowersji? Pewnie wszystkiego po trochu. Tak, czy siak zawsze podziwiałam styl Hemingwaya i to pomimo tego, że czytałam tylko kilka jego tekstów. Pierwsza jego poważna publikacja, po którą sięgnęłam to ,,Słońce też wschodzi", które teraz mam przyjemność dla Was recenzować. 


Wydanie, które czytałam kupiłam na stoisku antykwarycznym podczas IV Warszawskich Targów Książki za całe cztery złote. Książka pochodzi z 1966 roku, została wydana przez Państwowy Instytut Wydawniczy z i wydrukowana przez Łódzką Drukarnię Działową z siedzibą przy ulicy Rewolucji 1905 roku. Ot, ponury znak czasów. Okładkę zdobi dziwaczne i na swój sposób piękne dzieło Pabla Picassa. Zawsze zazdrościłam artystom modernizmu specyficznej bohemy, w której się skupiali. Piękne czasy dla sztuki współczesnej.


O fabule tej książki można powiedzieć w skrócie, że jest to powieść o niczym. Są takie i dobrze wiecie, że nie zawsze stanowi to zarzut w stosunku do danego dzieła. Głównym bohaterem jest Jake (możemy podejrzewać, że pierwowzorem tej postaci był sam autor), który pije. Mężczyzna jest dziennikarzem, oraz ma kilkoro przyjaciół, którzy piją razem z nim. Dodatkowo z wzajemnością kocha się w Lady Brett Ashley, ale nie może związać się z nią na stałe ponieważ podczas wojny ,,poświęcił ojczyźnie coś więcej niż życie". W pewnym momencie wszyscy postanawiają wyjechać do hiszpańskiej Pampeluny by wziąć udział w tradycyjnej fieście, której nieodłączną częścią są gonitwy byków oraz... picie.

,,To dlatego, że (...) nigdy nie słyszałem z jego ust zdania, które wyróżniałoby go spośród innych ludzi"

Uprzedzałam, w książce brak jest jakiegokolwiek punktu kulminacyjnego lub zwrotu akcji. Nie oczekujcie na to. Hemingway jest głównym przedstawicielem tzw. straconego pokolenia, czyli ludzi urodzonych w ostatnich latach XIX wieku, którzy mają za sobą udział w I wojnie światowej. Wyrazem poczucia bezsensu autora jest właśnie ,,Słońce też wschodzi". Bohaterowie bawią się, a tak naprawdę ich życie, ich rozmowy są puste. Żaden z nich nie ma w życiu jakiegokolwiek celu. Trzydziestoczteroletnia Brett zachowuje się jak nastolatka, rozkochuje w sobie mężczyzn, których następnie bez słowa odrzuca.Samą siebie nazywa per dziwką, ale nie ma zamiaru zmienić swojego zachowania. Anglik Harris, który pojawia się w książce na dosłownie kilku stronach jest cieniem człowieka i zaledwie kilkudniowy kontakt z Jake'm i Billem traktuje jak wybawienie. Wszyscy bohaterowie tej książki muszą uczyć się żyć na nowo, tęsknią za czasami sprzed wojny, gdy wszystko było jeszcze zwyczajne i normalne.

Od razu zaznaczam, że książka nie spodoba się wszystkim. Zanim przystąpiłam do napisania tej recenzji przeczytałam mnóstwo negatywnych opinii na temat tej powieści. W ogóle mam wrażenie, że popularność Hemingwaya przechodzi ostatnio kryzys, a samego pisarza ocenia się głównie przez pryzmat jego zamiłowania do polowań i corridy. Myślę, że to błąd. Hemingway operuje językiem i stylem, obok  którego nie da się przemknąć obojętnie, przynajmniej mi się to nie udało. ,,Słońce też wschodzi" to oprócz ciągu zdarzeń składających się na fabułę niezwykle skrupulatny opis obyczajów oraz świadectwo epoki współczesnej autorowi. Warto sięgnąć po tę książkę, uwierzcie mi i zaryzykujcie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Z literą w tle oraz Czytam książki wydane przed 1990 rokiem.