Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2015

Jak daleko się posuniesz, aby stworzyć siebie? [Jeffrey Eugenides „Intryga małżeńska”]

„Najpierw rzut oka na jej książki. Były tam powieści Edith Wharton, ułożone nie według tytułów, lecz chronologicznie według daty wydania; były wszystkie dzieła Henry'ego Jamesa z serii Modern Library, prezent od ojca na dwudzieste pierwsze urodziny; studenckie lektury w miękkich oprawach, z pozaginanymi stronami, sporo Dickensa, odrobina Trollope'a, a także solidne porcje Jane Austen, George Eliot i znamienitych sióstr Bronte. Całe mnóstwo czarno-białych broszurowych wydań z serii New Directions, głównie poezja takich twórców jak H.D. lub Denise Levertow. Były też powieści Colette, które czytała po kryjomu.[1]
Jeffrey Eugenides,
Intryga małżeńska,
wydawnictwo Znak,
stron 491. 
Tak z czytelnikami swojej najnowszej książki zatytułowanej „Intryga małżeńska” wita się Jeffrey Eugenides. Wspomniana „ona” to Madeleine, którą poznajemy w ostatnim dniu jej studiów na Uniwersytecie Browna, ale dzięki lubującemu się w przeskokach fabularnych narratorowi mamy okazję towarzyszyć jej również podczas pisania pracy licencjackiej czy uczestniczenia w kursie „Semiotyka 211”. Oprócz kursu prowadzonego przez Michaela Zippersteina, Madeleine swego czasu uczęszczała też na kurs „Intryga małżeńska ─ wybrane powieści Austen, Eliot i Jamesa”. Te dwa szkolenia nie tylko wpłynęły na jej literacką wrażliwość oraz temat pracy licencjackiej, ale stanowią też ważny element książki, której skromna dziewczyna jest bohaterką. 

Intryga małżeńska to bodajże najważniejszy fabularny składnik klasycznej XIX-wiecznej powieści. Najważniejszą powinnością każdej damy było ówcześnie odpowiednie zamążpójście. Po ślubie jej postać znikała, nie miała prawa się rozwijać, ponieważ bohaterka stawała się żoną, zamkniętą księgą. Jeden z profesorów Madeleine sformułował tezę, że „forma powieści osiągnęła apogeum wraz z rozwojem intrygi małżeńskiej i nigdy się nie podniosła po jej zaniku”[2]. Eugenides sprawdza tę teorię i bawi się nią, każąc swoim bohaterom grać jej składnikami. Pisarz stworzył trójkąt miłosny, zmuszając Madeleine do wyboru pomiędzy genialnym lekkoduchem Leonardem a nieśmiałym, uduchowionym Mitchellem. W pewnym momencie bohaterka wiąże się z jednym z nich, a nawet wychodzi za niego za mąż. Historia wydaje się zakończona. Tylko dlaczego do końca książki zostało kilkaset stron? 

Eugenides polemizuje i z teoretykami „French studies” (to czytelnik nadaje książkom treść i znaczenie) i ze schematem XIX-wiecznej powieści obyczajowej. Miłosne dylematy Madeleine nie są fabularnym celem samym w sobie, lecz pretekstem do ukazania skomplikowanych relacji młodego człowieka z innym młodym człowiekiem, który zmaga się z chorobą psychiczną, która jest na tyle poważna, że nie można przejść nad nią do porządku dziennego i zarazem na tyle lekka, że cierpiących na nią nie można nazwać wariatami i zamknąć w ośrodku. Umieszczenie w powieści naturalistycznych opisów stanu chorego jest jawnym złamaniem konwenansów tak ważnych dla literatury oraz rzeczywistości lat 1801-1900. 

Akcja „Intrygi małżeńskiej” rozgrywa się we wczesnych latach 80. Tło społeczno-obyczajowe tych czasów nie jest tak ważne, jak chociażby literackie wybory najważniejszych postaci, więc nie doczekamy się opisów początku prezydencji Ronalda Reagana. Pewne smaczki obyczajowe możemy dostrzec w przedstawieniach wybranych postaci. Ojciec Mad Alton w połowie lat 60. był rektorem jednego z uniwersytetów w czasie, gdy studenci buntowali się przeciwko wszystkim i wszystkiemu, a starsza siostra dziewczyny jest zgorzkniałą żoną i matką, ponieważ, jak twierdzi Madeleine, dorastała w latach 60. i nie oszczędzono jej „wstrząsu spowodowanego tym, że w jednej chwili jest się maoistką, a w następnej gospodynią domową na przedmieściach Beverly w stanie Massachusetts[3]”. W niektórych przypadkach stosunek postaci do zastanej rzeczywistości czy najnowszych mód jest jedynym elementem ich charakterystyki. Mimo to, są one tak dopracowane, jak tylko być mogą, podobnie jak cała ta książka. Zaręczam, że jeśli lubicie czytać, „Intryga małżeńska” z pewnością przypadnie Wam do gustu, zaś jeśli kochacie literaturę, pokochacie i tę powieść.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

[1] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 11.
[2] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 33.
[3] - Jeffrey Eugenides, „Intryga małżeńska”, Kraków 2013, s. 229. 

niedziela, 26 października 2014

O życiu pod gołym niebem [Krzysztof Koehler ,,Wnuczka Raguela"

Bezdomni są jedną z wielu grup społecznych, do których zostały przypięte etykietki komplikujące ich i tak już niełatwe życie. Rzeczywistość, z którą muszą się zmagać, Krzysztof Koehler opisał w swojej najnowszej książce zatytułowanej ,,Wnuczka Raguela". Tytuł tej nowości wydawnictwa M nawiązuje do historii biblijnej rodziny Raguela, choć w samej powieści nie znajdziemy zbyt wielu wątków religijnych oraz wyraźnych nawiązań do Księgi Tobiasza. Być może nawiązanie do religii propagującej miłosierdzie każe nam o nim pamiętać, gdy mijamy na ulicy ludzi potrzebujących pomocy w formie kubka herbaty? 

Krzysztof Koehler,
,,Wnuczka Raguela",
wydawnictwo M,
Kraków 2014,
stron  247.
Głównymi bohaterami tej książki są chłopak i dziewczyna. Ich imiona nie zostały zdradzone czytelnikowi, najprawdopodobniej po to, by historia tych dwojga wydawała się uniwersalna i tym bardziej wstrząsająca. Na ulicę wygnały ich tragiczne zdarzenia, które niejednego zaprowadziłyby pod most. Ich losy związały się ze sobą na jednym z dworców, przystani bezdomnych, którymi rządzi przodownik i jego świta. Niemająca celu podróż po Polsce zbliża ich do siebie, ale dramatyczny koniec ich znajomości zbliża się nieubłaganie i determinacja chłopaka na niewiele się już zdaje. Gdy każde z nich rozchodzi się w swoje strony, obserwujemy ich poczynania i trzymamy kciuki za szczęśliwy koniec, który... nadejdzie? Jak myślicie?  

Na pisarzy poruszających w swych książkach dramatyczne problemy społeczne czyhają dwa poważne zagrożenia: popadnięcie w banał i zbytnia emocjonalność. Koehlerowi obu ich udało się uniknąć. Co najbardziej mi imponuje, pisarz postarał się, by bohaterowie ,,Wnuczki Raguela" rzeczywiście zachowywali się i wyglądali jak bezdomni, a nie jak naturalne piękności z przejściowymi problemami. 

Narracja tej książki jest dość chaotyczna, głównie ze względu na skakanie przez pisarza po przynajmniej dwóch planach fabularnych. ,,Wnuczkę Raquela" powinno się czytać w spokoju, przy odrobinie skupienia nie powinno być większych problemów ze sprawnym śledzeniem akcji tej powieści. Nieskoncentrowanym czytelnikom mogą przeszkadzać również krótkie, jakby urwane zdania, które przeważają w tej książce. Są one jednak tak wkomponowane w tekst, że nie sprawiają wrażenia niedopracowania i nie zakłócają narracji. Podobnie rzecz ma się z wulgaryzmami wypływającymi u ust części bezdomnych bohaterów. Są one szokujące, ale w tej sytuacji i wiarygodne, podobnie jak cały ogólny obraz środowiska bezdomnych.

,,Wnuczka Raguela" to porażająca książka opisująca życie bezdomnych w Polsce. Nie zajrzymy w niej do ośrodków i urzędów za to często będziemy odwiedzali dworce, altanki i opuszczone budynki. Chwilami zachowanie bohaterów było irracjonalne, choć na pewno nie z ich punktu widzenia; uczucia często, ale nie zawsze, wygrywały u nich z rozsądkiem. Zakończenie tej książki niczego nie wyjaśnia, zaczyna się nowa historia pełna niedopowiedzeń i wieloznaczności. Zakończenia otwarte zazwyczaj irytują czytelników, nie po to czyta się książkę, żeby nie wiedzieć, jak potoczą się losy jej bohaterów, ale nie wyobrażam sobie, żeby akurat ta powieść zakończyła się wyliczeniem typu: z tym stało się to, z tą tamto. Życie bezdomnych jest jedną wielką niewiadomą i strachem o kolejny dzień. Właśnie o tym pisze Krzysztof Koehler.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 17 października 2014

Ona nie potrzebuje szczęścia! Będzie miała pięć tysięcy funtów rocznie! [Jo Baker ,,Dworek Longbourn"]

W zeszłym miesiącu na naszym rodzimym rynku wydawniczym zadebiutowało wydawnictwo Czwarta Strona, które postanowiło przywitać się z czytelnikami mocnym akcentem w postaci powieści zaglądającej przez kuchenne drzwi do ,,Dumy i uprzedzenia" - ,,Dworku Longbourn" autorstwa Jo Baker. Pisarka otwarcie wyznaje swoje zauroczenie jedną z najbardziej znanych książek Jane Austen, ta fascynacja podsunęła jej pomysł stworzenia powieści, która będzie bezpośrednio nawiązywała do historii rodziny Bennet. Napisanie takiej powieści wiąże się z wzięciem na siebie wielkiej odpowiedzialności i podjęciem ryzyka  wielbiciele twórczości Austen nie wybaczyliby fuszerki. Czas sprawdzić, czy Baker podołała wyzwaniu, którym sama siebie obarczyła. 

Jo Baker,
Dworek Longbourn,
Czwarta Strona,
stron 384.
Główni bohaterowie tej powieści mieszkają w dworku Longbourn. Przewijają się czasami przez schody posiadłości - razem z nocnikiem z nieczystościami, odwiedzają sypialnie i zabierają z nich tkaniny i podążają z tym wszystkim na sam dół, do swojego królestwa, w którym piorą, gotują i marnują swoje życie. Państwo Bennetowie wraz ze swoimi córkami muszą mieć wszystko przygotowane na czas. Gospodarna pani Hill oraz jej małżonek są do tego przyzwyczajeni, młodziutka Polly wciąż jest jeszcze dzieckiem i nie rozumie, w jakiej rzeczywistości się znalazła, jedynie Sara uważa, że pomimo niskiego urodzenia, może żyć inaczej. Ma dość monotonii Longbourn i marzy o podróży do Londynu. Nieco uroku jej życiu dodaje pojawienie się w dworku nowego pracownika, który od początku wzbudza jej podejrzenia. Obsesją dziewczyny staje się udowodnienie wszystkim, że James nie jest tym, za kogo się podaje. Tylko czy inni nie wiedzą więcej niż ona? Może lokaj z zaprzyjaźnionej rodziny zajmie myśli Sary na tyle, że James przestanie być najważniejszy?

Niesprawiedliwością byłoby nie docenić pracy, jaką Jo Baker włożyła w tę książkę. Na pochwałę zasługuje zwłaszcza ,,research" dotyczący warunków pracy angielskiej służby i realiów wojen napoleońskich. Z pewnością dotarcie do tych informacji wymagało od pisarki mnóstwa czasu. Niestety, zdobycie informacji to jedno, a zaprezentowanie ich w dziele literackim to drugie. Naturalizm jest w tej książce wprowadzony nieudolnie, a za tym idzie niewiarygodnie. Wspominanie co i rusz o zaplamionych krwią miesięczną tkaninach panienek gryzie się stylistycznie z resztą książki. Niewiele lepiej wypada sama fabuła ,,Dworku Longbourn", która jest prowadzona schematycznie, a jedyna zaskakująca czytelnika kwestia związana jest z panem Hillem. Niestety, ów niespodzianka jest niezwykle irytująca, ponieważ taki ,,problem" starego woźnicy powinien być wcześniej przynajmniej zasugerowany, a nie rzucony ot tak, by zniknąć na zawsze dwa wersy później. Znowu kluczem jest słowo ,,nieudolność".

Na szczęście nie przewija się ono przez całą tę książkę. Pozytywnie zaskoczyło mnie to, że Baker nie przeniosła realiów życia państwa Bennetów na życie Sary. To, że o dłoniach pani Hill pisze się, że są spierzchnięte i pokryte bąblami mnie nie zdziwiło, w końcu nie jest ona typem bohaterki, od której wymaga się urody. Jednak główna bohaterka zazwyczaj przedstawiana jest jako ,,mimo wszystko piękna" (tutaj, w oczach dwóch bohaterów również, ale akurat w ich stanie jest to normalne), Baker postarała się jednak o to, by dłonie Sary również odczuły na sobie efekty ciężkiej fizycznie pracy, co mnie, jako czytelniczkę, bardzo cieszy. Na pochwałę zasługuje również kreacja postaci Polly, młodziutkiej i naiwnej pokojówki, która pod wpływem Mary z czasem przechodzi zaskakującą przemianę. 

,,Dworek Longbourn" to książka do czytania w momencie, z którym od czasu do czasu musi mierzyć się każdy miłośnik literatury - z pragnieniem odpoczynku od poważnych lektur i sięgnięcia po pospolite czytadło.  To autorstwa Baker ma przewagę nad innymi, ponieważ przy okazji poznawania kolejnych przygód Sary, możemy śledzić wydarzenia znane nam z ,,Dumy i uprzedzenia", która, pamiętajcie, jest tylko początkiem opowieści... 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

wtorek, 25 marca 2014

,,Dno musi być usłane ludźmi"*

Dziwne książki zawsze zostawiają ślad w naszej pamięci, a Dom nad jeziorem smutku z pewnością jest książką dziwną i do tego kompletnie nieprzewidywalną. Marilynne Robinson, amerykańska powieściopisarka, otrzymała za tę powieść Nagrodę Fundacji Hemingwaya, jednego z moich ulubionych pisarzy, więc miałam wobec jej dzieła dość duże wymagania. Opis fabuły był zgoła interesujący, więc postanowiłam zaryzykować i sięgnąć po tę pozycję, zwłaszcza że jedna z opinii zamieszczonych na tyle jej okładki, autorstwa Doris Lessing, była wyjątkowo zachęcająca, sami przeczytajcie:
,,Zdałam sobie sprawę, że czytam tę powieść wolno, coraz wolniej - nie jest to rzecz do szybkiej lektury, gdyż każde zdanie wprawia w zachwyt" 
Nic nie potrafi tak dobrze zachęcić mnie do lektury jakiejkolwiek publikacji jak interesujący język, którym posługuje się jej autor toteż powyższa jednozdaniowa opinia Lessing ostatecznie skłoniła mnie do sięgnięcia po tę książkę.

Polodowcowe jezioro położone u stóp miasta Fingerbone skrywa wiele tajemnic i równie dużo ludzkich historii i szczątków. Pierwszą opisaną w Domie nad jeziorem smutku ofiarą tegoż jeziora był dziadek Ruth i Lucille, który wpadł  do niego razem z pociągiem, w którym pracował. Kilka lat później, mama dziewczynek wyszła z domu ,,na chwilkę" po czym rozpędzonym samochodem wjechała wprost do jeziorzyska. Siostry trafiły pod opiekę swojej babci, która niedługo po tym zmarła, w związku z czym Ruth i Lucille zajęły się ich podstarzałe ciotki, których jedynym zajęciem było zgadzanie się ze sobą. Dorastające dziewczyny były dla nich zbyt dużym wyzwaniem wychowawczym, więc znalazły dla nich idealną opiekunkę zastępczą, siostrę ich matki - ekscentryczną Sylvie. Każda z opiekunek wywarła na siostrach będących właśnie w trudnym okresie dojrzewania i wybierania swojej drogi życiowej, wielki wpływ. To, jak poradziły sobie z nim Ruth i Lucille stanowi przedmiot tej historii.

Zgadzam się z Lessing, tę książkę należy czytać bardzo wolno i uważnie. W przeciwnym wypadku, nie będziemy w stanie zrozumieć tej powieści. Dom nad jeziorem smutku jest bardzo liryczną opowieścią o samotności i wszystkim tym, co może z niej wyniknąć. Każda z bohaterek radzi sobie z nią na różne sposoby. Jedna z nich stara się ,,wyjść na ludzi",  kolejne dwie z dnia na dzień dziwaczeją coraz bardziej, dla kolejnych dwóch nie ma już ratunku. Podstarzałe ciotki tak bardzo zamknęły się w swoim elitarnym, dwuosobowym gronie, że nie potrafią dopuścić do siebie nawet członków swojej rodziny. Tęsknota za nieznanym dobija je wszystkie. W ich historii pełno jest zagadek, które nigdy nie zostaną rozwiązane. Nawet zakończenie tej książki nie wyjaśnia choćby połowy z nich. Czytelnik musi pogodzić się z niewiadomym.

,,Krótko po ślubie babcia doszła do wniosku, że miłość jest jedną wielką tęsknotą, której nie może złagodzić posiadanie jakiegokolwiek przedmiotu"*

Dom nad jeziorem smutku jest bardzo specyficzną książką. Jej bohaterowie, a właściwie bohaterki są ciężkie do zrozumienia do samego końca tej historii. Właściwie nic więcej nie jestem w stanie powiedzieć Wam na temat tej powieści ponieważ wszystko jest w niej jakby zasnute mgłą. Efekt ten został wywołany za pomocą nietypowej, bardzo lirycznej narracji, przez którą nieuważny czytelnik mógłby zgubić się podczas lektury tej książki. Sama kilka razy musiałam cofać się nawet o kilka stron, by ,,złapać" zgubiony wątek. Chwilami odnosiłam wrażenie, że każdy spadający z drzewa listek, każda smuga księżycowego światła jest dla Robinson ważniejsza niż losy bohaterów. Polecam tę powieść koneserom tego typu literatury, a mniej nią zainteresowanych zachęcam do zaryzykowania i sięgnięcia  po tę książkę. Myślę, że wielu z Was znajdzie w niej coś dla siebie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytam książki wydane przed 1990 rokiem, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy.

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.


*Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, Wydawnictwo M, Kraków 2014, s.165.
*Robinson Marilynne, Dom nad jeziorem smutku, Wydawnictwo M, Kraków 2014, s. 15.

niedziela, 16 marca 2014

Lengyel, Magyar - két jó barát, együtt harcol, s issza borát.

Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Nie wiem, czy to to historyczne przysłowie sprawiło, że od najmłodszych lat pałam niezwykłą sympatią do Węgier, czy sprawił to jakiekolwiek inny czynnik taki jak na przykład język, którym posługują się mieszkańcy tego kraju - dzięki swej trudności, jeden z najpiękniejszych z jakimi kiedykolwiek się spotkałam. Naprawdę nie wiem. Pewna jestem jednak tego, że Węgry kocham całym sercem, i ze względu na moją miłość do książek, kocham też o nich czytać. Gdy tylko dowiedziałam się, że mam możliwość otrzymania książki Consilii Marii Lakotty zatytułowanej Mariska z węgierskiej puszty, odrzuciłam na bok wszystkie moje plany czytelnicze i czym prędzej zabrałam się do lektury tej powieści. Opis na okładce informuje nas, że: ,,Fabuła oraz imiona bohaterów są fikcją literacką. Autentyczne są natomiast losy narodu węgierskiego (...)". Krótko i potocznie mówiąc - w to mi graj!

Tytułowa Mariska to rozsądna i zaradna trzydziestokilkuletnia kobieta, która o wszystko w swoim życiu musiała walczyć. Czyniła to zawsze z uśmiechem na twarzy, tak charakterystycznym dla ludzi ze wsi przywykłym do godzenia się ze swoim losem. Poznajemy ją w momencie gdy przybywa do hrabiego Gezy von Czolnego z prośbą, a właściwie żądaniem o pozwolenie zawarcia związku małżeńskiego z koniopasem, Jarosem. Córką hrabiego jest Juliska, dziewczyna zakochana w Gaborze, bracie Jarosa. Ta para ma o wiele mniej szczęścia niż Mariska i Jaros. Na początku XX wieku, zwłaszcza na prowincji, taki mezalians był nie do pomyślenia. Losy Juliski i Gabora, genialnego skrzypka, rozstają się, zaś związek drugiej pary kwitnie, rodzą im się dzieci, które po latach postanawiają poświęcić się Bogu. 

Powyższy opis obejmuje losy bohaterów do momentu, w którym w ich życie wkradła się tzw. wielka historia, która w tym wypadku przybrała postać wojen światowych oraz ich skutków związanych głównie z komunizmem. Dla akcji tej książki tło historyczne ma kolosalne znaczenie. Lakotta nie wymaga jednak od czytelnika rzetelnej wiedzy historycznej, wszystko wyjaśnia na kartach swej książki. Czego nie wytłumaczyła autorka, redaktor dopowiedział w przypisach. Tragiczne losy Węgier spętanych jarzmem komunizmu bardzo przypominają powojenne dzieje Polaków. Lakotta skupiła się głównie na historii Kościoła, i jego dzieci, ale nie zaniedbała przy tym innych wątków. Michael, syn Mariski i Jarosa, postanowił zostać księdzem i to na przykładzie jego postaci ukazane są próby niszczenia Kościoła jako ostatniej ostoi kapitalizmu przez kapitalistów. 

Pomimo tego, że w swojej recenzji cały czas wspominam o istotnej roli religii w tej książce, nie jest to motyw absolutnie dominujący. Mariska z węgierskiej puszty jest powieścią wielowymiarową. Znajdziemy w niej kilka wątków romansowych, dużo różnego rodzaju tragedii ludzkich, trochę dziecięcych zabaw i sporo historii. Wszystko to zostało dość sprawnie połączone w całość, więc czytelnik nie ma odnosi wrażenia, że w książce panuje chaos. Język tej powieści nie jest zbyt wyszukany. Ot, taki typowo powieściowy. Na pochwałę zasługuje wplątanie do tekstu wielu węgierskich słów i przysłów, które nadają mu koniecznego realizmu. Bardzo ważny dla wszystkich bohaterów tej książki jest patriotyzm. Co kilka kartek pobrzmiewa dumne ,,En Magyar ember vagyok" - jestem Węgrem. 

Jedynym, co nie podoba mi się w tej książce jest jej wydanie. Wybrany papier jest świetny, książka jest bardzo lekka, ale jej okładka bardzo zawęża grono czytelników, którzy by po nią sięgnęli. Młoda, pięknie umalowana kobieta z okładki nie przypomina żadnej z bohaterek występujących w tej powieści. Całość przywodzi na myśl typowe romansidło, co ani trochę nie pasuje do tej publikacji i w gruncie rzeczy stanowi jej ujmę. 

Czytałam już kilka recenzji książek Lakotty, większość była negatywna. Tym bardziej zaskoczyłam się poziomem Mariski z węgierskiej puszty. Nie jest to książka na miarę wielkich klasyków, ale śmiem twierdzić, że miłośnicy powieści obyczajowych oraz historycznych nie powinni być nią zawiedzeni. 

To wszystko na dziś, dziękuję i pozdrawiam,
Franca

Za możliwość otrzymania egzemplarza tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

poniedziałek, 3 marca 2014

,,Ja właściwie urodziłam się dorosła"*

Nigdy nie lubiłam róż. Zawsze były one dla mnie oznaką kiczu i pretensjonalności. O wiele bardziej podobały mi się tulipany, konwalie i kaczeńce. Mimo mojej niechęci do tego gatunku kwiatów, tytuł właśnie recenzowanej przeze mnie książki wydał mi się niezwykle intrygujący. I całe szczęście ponieważ dzięki temu udało mu się przyćmić niezbyt reprezentatywną okładkę. 

Sztuka uprawiania róż Margaret Dilloway to niezwykle popularna książka. W ciągu ostatnich kilku miesięcy przeczytałam około dwudziestu jej recenzji, w ogromnej większości pozytywnych. Miałam więc w stosunku do tej książki bardzo wysokie wymagania, zwłaszcza że zazwyczaj bardzo nieufnie podchodzę do współczesnych powieści obyczajowych.

Galilee Garner to trzydziestosześcioletnia nauczycielka biologii z żelaznymi zasadami dotyczącymi swojej pracy. Jej największą pasją są róże. Galilee przerobiła swój ogród na wielką szklarnię, w której hoduje te niezwykle delikatne kwiaty. Marzy o tym, że pewnego dnia jej najnowsze ,,dziecko" - G42 - zdobędzie nagrodę na wystawie, a jeśli wszystko dobrze pójdzie, zostanie przyjęta do ogrodów testowych Amerykańskiego Towarzystwa Różanego. Niestety, Gal nie może poświęcić różom całego swojego czasu wolnego ponieważ zabiera go jej choroba, która jest nieodłączną towarzyszką jej życia już od dzieciństwa. Tylko transplantacja nerki jest w stanie jej pomóc. 
Mimo to, życie Gal jest wyjątkowo uporządkowane: śniadanie, podlewanie roślin, szkoła, sprawdzanie klasówek, zajmowanie się roślinami, kolacja, pogaduchy z przyjaciółką, obchód po szklarni, kolacja, sen itd. Pewnego dnia Gal dostaje telefon. Okazało się, że jej siostra niekoniecznie pilnie musi wyjechać do Hongkongu i planuje podrzucić komuś swoją nastoletnią córkę, Riley. Idealną kandydatką na opiekunkę wydaje się być Gal. 

Tym, co najbardziej spodobało mi się w tej książce jest pewna powtarzalność, która ujawnia się między innymi w opisie charakterów bohaterów, pewnych ich zachowaniach, opisie uczniów, ogrodu itp. Dzięki temu postacie są bardzo wiarygodne, nie przechodzą rewolucyjnych metamorfoz kilka razy na przestrzeni kilkudziesięciu stron. Są wiarygodni. Gal występująca na ostatnich stronach tej książki jest tą samą Gal, którą poznaliśmy na jej początku. I to pomimo tego, że akurat ta postać przeszła dość znaczącą przemianę.
Cała historia opisana w tej powieści jest jak najbardziej wiarygodna. Niestety, przy okazji jest też nieco przewidywalna. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale w przypadku tej książki jest to w pewien sposób... urocze.

Margaret Dilloway za pośrednictwem swojej Sztuki uprawiania róż z kolcami w bardzo prosty sposób przekazuje czytelnikom najważniejsze prawdy życiowe dotyczące miłości, przyjaźni i celu życia. Bardzo mi się podoba takie nienachalne przekazywanie pewnych wzorców, bez moralizatorstwa i wielkich, zazwyczaj całkowicie zbędnych, słów. 

Powieść Margaret Dilloway nie jest arcydziełem. Jest to bardzo dobra powieść obyczajowa, która z pewnością umili Wam parę wolnych chwil. Pod przykrywką lekkiej powieści Sztuka uprawiania róż z kolcami skrywa naprawdę wartościową zawartość i ważne przesłanie. Polecam i życzę miłej lektury.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania tej książki dziękuję Wydawnictwu M

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy.

*Dilloway Margaret, Sztuka uprawiania róż z kolcami, Wydawnictwo M, Kraków, 2012, s. 85.

wtorek, 18 lutego 2014

,,Domyślam się, oczywiście, że interesuje panią mój mąż, bo przecież nie ja"

Woolf to banalne nazwisko. Nigdy nie zwróciłabym na nie uwagi gdyby nie towarzyszące mu w jednym z przypadków imię - Virginia. Virginia Woolf


Marzę o zdobyciu wszystkich dzieł tej pisarki i umieszczeniu ich na honorowym miejscu na mojej półce. Z racji tego, że pod słowem ,,marzę" zawsze przemycam wyrażenie ,,moim celem jest" zabrałam się już do kolekcjonowania tych tekstów. Moją pierwszą zdobyczą jest Podróż w świat, jak się dowiedziałam, debiut tej pisarki. 

,,-To przez te książki - westchnęła Helen, ustawiając na jednej z półek naręcze oprawnych tomów, które podniosła z podłogi. - (...) Jeśli panna Rachel wyjdzie kiedyś za mąż, to niech się Chailey modli, żeby jej narzeczony był analfabetą"

Z opisu na okładce tego wydania wynika, że osią fabuły tej powieści jest kiełkujący romans niedoświadczonej Rachel i początkującego pisarza Terence'a Heweta. Cóż za uproszczenie! Wydawnictwo chyba nie wierzy w swoich czytelników skoro uważa, że tylko tani flirt jest w stanie przekonać ich do sięgnięcia po daną książkę. 

Oto mój opis fabuły: grupa mniej lub lepiej zapoznanych ze sobą ludzi wyrusza w podróż do Ameryki Południowej. Jedną z podróżujących jest dwudziestoczteroletnia, niewiele wiedząca o życiu Rachel, dla której ta wyprawa jest niesamowitą okazją do zasmakowania życia innego niż z gderającymi ciotkami. Na statku oraz w porcie Santa Marina dziewczyna spotyka wiele osobistości, którzy, zazwyczaj nieświadomie, w pewien sposób na nią wpłyną. W końcu dziewczyna poznaje Haweta i... nic się dzieje. Przynajmniej na początku. Potem, między młodymi pojawia się nić przyjaźni, która z czasem przerodzi się w uczucie.

Jak już pewnie zauważyliście, fabuła tej książki nie jest zbyt nowatorska. Dziewczyna w towarzystwie rodziny i przyjaciół wyrusza w podróż, nie tylko na inny kontynent, ale i w głąb samego siebie. Typowe... Czy chcę przez to powiedzieć, że nie warto sięgać po tę powieść? Absolutnie nie! Woolf jest mistrzynią słowa, nie akcji. Pod pozorem banalnej fabuły Woolf przemyca wszystko to, czego oczekujemy od mistrzowskiej powieści. Towarzysze podróży Rachel są doskonale zarysowani, żadne ich słowo, gest, westchnięcie, czy wzruszenie ramion nie jest przypadkowe. Dla tych, którzy czytali bestsellerową Panią Dalloway ciekawostką może być fakt, że w Podróży w świat spotykamy się z tytułową bohaterką zanim jeszcze stała się TĄ Panią Dalloway. Przyznam jednak, że moją uwagę zwróciła postać pani Ambrose doskonale lawirującej między życiem na swój sposób, a konwenansami. Świetna postać!

Woolf w mistrzowski sposób pokazała proces emocjonalnego dojrzewania Rachel - dziewczynę onieśmielają doskonale wykształceni, inteligentni mężczyzny, przebojowe kobiety budzą jej podziw, a zarazem przerażenie. Przyzwyczajona do dewocji ciotek bohaterka miota się pomiędzy kilkoma postawami życiowymi, by wybrać tę najlepszą dla niej drogę. Co ciekawe, przez większą część książki, główna bohaterka wcale nie wydaje się być główną bohaterką. Niech to świadczy o dopracowaniu tej powieści i postaci w niej występujących.

Woolf stworzyła w swej książce niezwykły nastrój. Nieco senny, chwilami ożywiany niewymuszonym dowcipem i nutką sarkazmu.  Wyjątkowy styl i język pisarki, którego zalążki obserwujemy w tej powieści, jest jak najbardziej godny uwagi, podobnie jak autorka zasługuje na miejsce w panteonie literackich gwiazd świata całego. Takich debiutów potrzebujemy. Z całego serca polecam!


***

Skoro mowa o debiutach, pragnę wspomnieć o pierwszej książce naszej blogowej koleżanki, Katarzyny Meres. Dźwięki wspomnień to ,,historia zamknięta w formie intymnego pamiętnika, który zawiera poetycki zapis przeżyć, uczuć i myśli kobiety oraz mężczyzny".
Więcej informacji o książce przeczytacie na blogu autorki. 
Życzę wielu oddanych czytelników i sukcesu wydawniczego!




To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

sobota, 4 stycznia 2014

Squatersi w Sunset Park

Poul Auster to jeden z najgłośniejszych ostatnimi czasy pisarzy. Czytałam mnóstwo pozytywnych recenzji jego książek, oraz kilka artykułów o nim samym. Dzięki temu, pełna nadziei na świetną lekturę zdecydowałam się przeczytać ,,Sunset Park", który od kilku miesięcy zalegał na mojej półce.
Fabuła książki tyczy się aktualnych trendów społecznych. Bohaterowie tej książki, Milles, Big, Ellen i  Alice to squatersi, czyli ludzie z różnych powodów nielegalnie zajmujący opuszczone budynki. Byłam ciekawa, jak Auster poradzi sobie z opisem ich środowiska. Tymczasem żadnego opisu się nie doczekałam.

Milles Haller to dobrowolny syn marnotrawny. Opuścił swoją rodzinę po tym jak w nieszczęśliwym wypadku zginął jego przyrodni brat, Bobby. Milles z różnych powodów czuł się winny jego śmierci, więc postanowił bez słowa opuścić bliskich, porzucić studia i wyjechać w nieznane. Po kilkuletnim przerzucaniu się z miejsca na miejsce postanawia zatrzymać się na Florydzie, gdzie zakochuje się w nieletniej Pilar. Niestety, chłopak musi chwilowo porzucić ukochaną i wrócić do Nowego Jorku, gdzie zatrzymuje się u swojego przyjaciela ze studiów, Biga Nathana, właśnie squatersa. Milles znajduje u niego pracę, a następnie zapisuje się na studia. Niestety, urzędnicy w końcu zaczynają dopominać się o zajmowaną nieruchomość.

Jakimś cudem udało mi się sklecić ten opis fabuły. Mam wrażenie, że autor albo nie miał pomysłu na tę książkę, albo miał ich za wiele. Akcja książki prowadzona jest z perspektywy kilku bohaterów, ale mam wrażenie, że większość ich relacji jest całkowicie zbędna. Auster starał się nadać każdemu z bohaterów ich indywidualny charakter, ale absolutnie mu się to nie udało. Nie uwierzyłam w ani jedno jego słowo. Opętana obsesją ludzkiego ciała Ellen jest dla mnie zwykłą miernotą ze sztucznymi problemami, choć jej postać zapowiadała się naprawdę ciekawie. Alice martwi się swoimi zbędnymi kilogramami, ma piękny uśmiech i pisze pracę doktorską. I co z tego? Ta bohaterka moim zdaniem nie wniosła do fabuły absolutnie nic. Mogłabym dłużej wymieniać, ale mam już dosyć. Mogłabym się ,,przyczepić" do każdego bohatera tej książki na czele z Millesem, nieprzeniknionym Millesem, w którym podkochują się wszyscy mieszkańcu opuszczonego domu w Sunset Park.

Kilkadziesiąt stron przed zakończeniem tej książki jej akcja zaczęła się rozwijać i stawała coraz bardziej jednolita. Niestety, sama jej końcówka rozczarowała mnie jeszcze bardziej niż sztuczni bohaterowie.
Środowisko squatersów wydaje mi się świetnym tematem na reportaż lub tematem na powieść ,,o czymś". Niestety, całą fabułę tej książki jednym słowem nazwałabym - jeden wielki zmyślony problem.
Ogromne rozczarowanie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Przeczytam tyle, ile mam wzrostu (2,3 cm).

niedziela, 14 kwietnia 2013

Historia pewnej kurtyzany


,,Jestem tego przekonania, że nie można stworzyć żadnej kreacji, nie poznawszy dobrze ludzi, podobnie jak nie można mówić jakimkolwiek językiem, nie nauczywszy się go wprzódy.
Nie mam jeszcze lat, w których się tworzy - zadawalam się więc opowiadaniem."

Na ,,Damę Kameliową" Aleksandra Dumasa (dla jasności - syna) natrafiłam w trakcie zakupów w jednym z supermarketów. Co prawda tandetny projekt okładki raczej zniechęcał mnie do kupna, a tym bardziej przeczytania tej powieści, ale urokliwy tytuł oraz pierwsze kilka linijek tekstu, które pozwoliłam sobie powyżej zamieścić ostatecznie mnie do tego przekonały.

W wydaniu wydawnictwa Oxford Educational (seria Love&Story) zostało zachowane tłumaczenie sprzed kilkudziesięciu lat (niestety, nie napisano czyje), co moim zdaniem było znakomitym pomysłem. Mam wrażenie, że dzięki temu esencja tej historii została zachowana, a sam język choć w małym stopniu sprostał wyzwaniu oddania ,,ducha" tamtych czasów.

Książka opowiada historię Małgorzaty Gautier, eleganckiej paryskiej kurtyzany, której nigdy nie brakowało majętnych adoratorów. Pewnego dnia dziewczyna poznaje Armanda Duvala, mężczyznę z tzw. wyższych sfer, w którym ze wzajemnością zakochuje się. Niestety, związkowi przeciwni są właściwie wszyscy z najbliższego otoczenia pary. Mamy tu bowiem do czynienia ze standardowym mezaliansem.

Musicie mi wybaczyć tak oszczędne w szczegółach przedstawienie fabuły, ale opis zamieszczony na okładce wydania, które przeczytałam był tak dokładny, że samą lekturę książki właściwie mogłam już sobie darować. 

Aleksander Dumas (syn)
Romanse takie jak ten nie nadają się dla każdego. Wielu czytelników męczy sztampa, uczucia, opisy i ciągłe wzdychania kochanków czyli elementy charakterystyczne dla tego gatunku literackiego. ,,Dama kameliowa" jest jednak, jak podaje ciocia Wikipedia, ,,szczytowym osiągnięciem melodramatu" z czym w stu procentach się zgadzam. Dumas z wielką wprawą i wyczuciem opisuje nie tylko radosne momenty w życiu Małgorzaty i Armanda, ale i nieco mroczniejsze fragmenty tej powieści. Wyjątkowo spodobał mi się opis trupa jednego z bohaterów (nie zdradzę, którego).

Gorąco polecam Wam ten romans. Z komentarzy zamieszczonych pod poprzednim postem wiem, że wielu z Was planuje przeczytać ,,Annę Kareninę", ale nieco przytłacza ich objętość tejże książki. ,,Dama kameliowa" jest powieścią, która zabierze Wam o wiele mniej czasu, a, uwierzcie mi, nie będziecie po jej lekturze w żaden sposób rozczarowani.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

czwartek, 28 marca 2013

Druga szansa

Przed Państwem jedna z najładniejszych okładek jakie kiedykolwiek widziałam na oczy. To właśnie dzięki niej postanowiłam sięgnąć po ,,Villę Mirabellę" Petera Pezzelliego. Co prawda zapowiedź fabuły nie zrobiła na mnie większego wrażenia, jednak zdecydowałam się kupić tę publikację. Czy jestem zawiedziona? Hm...

Głównym bohaterem książki jest młody i ambitny Jason Mirabella, który po skończeniu studiów decyduje się wyrwać z rodzinnego miasteczka i wyruszyć do Los Angeles. Tam wszystko idzie mu jak z płatka. Świetna praca, duże mieszkanie, piękna narzeczona. Jak to zwykle bywa w takich powieściach Jason nagle traci wszystko to, co było dla niego ważne i chcąc nie chcąc musi wrócić do Rhond Island. Rodzina, a zwłaszcza ojciec przyjmują go z otwartymi ramionami i zapraszają do prowadzenia rodzinnego hoteliku, który nie przynosi większych zysków. Jak myślicie, co wydarzy się później?

Pytam o to po to, by zapoznać Was z największym minusem tej powieści, którym jest (pewnie już się domyślacie)... rażąca do bólu przewidywalność. W książce pojawia się kilka wątków, które najprawdopodobniej miały być ,,nagłymi zwrotami akcji", a okazały się banalne, podobnie jak ich rozwiązania i skutki. Cała historia toczy się według znanego wszystkim schematu, którego zalążek stanowi streszczenie fabuły książki zawarte w tym poście.

Nie chciałabym jednak, żebyście myśleli, że ,,Villa Mirabella" to absolutny gniot, po którego nie warto sięgać. Na jej korzyść można powiedzieć, że książka aż bije po oczach sielską, rodzinną atmosferą, a postacie są zbudowane w ten sposób, że po prostu nie da się ich nie lubić. Peter Pezzelli jest autorem bestsellerowej (podobno -  nie wiem, nie czytałam) ,,Kuchni Franceski", która również przesiąknięta jest swojskością i ciepłem rodzinnego domu.

,,Villa Mirabella" należy do tego typu książek, które się albo kocha, albo nienawidzi. Nic poza tym. Dla mnie jest to jedna z książek, które zdarza mi się czytać ,,ku poprawie humoru". Myślę, że najlepiej by było gdyby każdy osobiście przekonał się o wartości tej publikacji.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 22 marca 2013

Muzeum marzeń niemożliwych

Nie oceniaj książki po okładce. Niby wszyscy znają to powiedzenie, ja również je znam i do niedawna wydawało mi się, że nawet je rozumiem. Niestety, przy pierwsze nadarzającej się okazji okazało się, że jest dokładnie inaczej. Po ,,Przedostatnie marzenie" Angeli Becerry nigdy bym sama z siebie nie sięgnęła. Po pierwsze dlatego, że tytuł wydał mi dość kiczowaty i po drugie dlatego, że okładka przypominała mi tandetne Harlequiny, za którymi zdecydowanie nie przepadam. Koniec końców książkę dostałam w prezencie od znajomej i siłą rzeczy musiałam ją przeczytać. Nie żałuję.


Pewnego dnia katalońska policja znajduje w jednym z mieszkań ubrane w ślubne stroje, zastygłe w wiecznym uścisku zwłoki dwójki staruszków, Juana i Soledad. Dlaczego nikt nic nie wiedział o miłości tej pary? Dlaczego i czy w ogóle zakochani popełnili samobójstwo? Ich historia sięga roku 1936...

Tę niezwykłą zagadkę próbują rozwiązać dzieci denatów -  egoistyczny i skupiony tylko na pieniądzach Andreu i wrażliwa nauczycielka gry na fortepianie Aurora. W miarę czytania równolegle obserwujemy ich śledztwo jak i cofamy się w czasie, by poznać Juana i Soledad oraz ich historię. W międzyczasie podróżujemy od Barcelony, przez Cannes aż po Kolumbię poznając niezwykłą atmosferę tych miejsc w ciężkich czasach dyktatury generała Franco oraz II wojny światowej.


Cechą charakterystyczną stylu Beccery są liczne, doskonale wpasowane w tekst metafory. Chwilami przypomina to styl Paolo Coehlo, z tym, że Beccera nie pisze tak drażniąco. Sugerując się tym, że prawdziwa literatura obroni się sama chciałabym zamieścić tutaj kilka cytatów pochodzących z ,,Przedostatniego marzenia:


,,Teraz już wiem, że świat dzieli się na tych, którzy mają, i tych, którzy umierają z pragnienia, żeby mieć"

,,Nie było żywej duszy wśród tylu dusz śpiących"
Angela Beccera

,,Zmarszczki istnieją tylko w umyśle młodych, bo oni się ich boją. A wiesz dlaczego? Bo ich nie rozumieją"

,,Miłość bez pocałunków jest jak czekolada bez sera... A miłość bez rozsądku to jak jajko bez soli"

,,Ona pierze bieliznę zabrudzoną przez bogaczy, a ja kręcę się tu, po wnętrznościach tego hotelu, karmiąc ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest głód."


Nie wszystkim pasuje taki styl pisania, stąd te cytaty -  gwoli ostrzeżenia. Ja ze swojej strony powtórzę, że byłam bardzo uprzedzona do tej książki, a po jej lekturze poczułam się mile zaskoczona. Polecam.


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca