Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 lutego 2016

Rasa to sposób życia [Charlie LeDuff „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”]

Według Charliego LeDuffa Detroit jest miastem, które wytyczyło szlak, którym powoli podąża reszta Ameryki. Mityczne już pięć dolarów za godzinę pracy, które oferował Henry Ford, pociągnęło za sobą lawinę wydarzeń, które doprowadziły miasto do zagłady. LeDuff nie chce określać stanu Detroit inaczej. Opisuje go tak, jakby miasto miało było w stanie agonalnym - miasto, którego mieszkańcy przyznają, że ich życie przypomina wegetację. Wyrwać się z niej można tylko w jeden sposób - umrzeć i czekać, aż ktoś znajdzie wystające spod pokrywy lodowej obute stopy.  
Charlie LeDuff,
„Detroit. Sekcja zwłok Ameryki”,
tłum. Iga Noszczyk,
Wołowiec 2015,
stron 296. 

LeDuff wychował się w Detroit w typowej dla tego miasta rodzinie - kochająca matka była uzależniona od kolejnych mężów, bracia nie mieli na siebie pomysłu lub zajmowali się tym, co i tak nie miało przyszłości, a siostra... siostra szybko zrujnowała życie sobie i pośrednio swojej córce. Charlie jest „jedynym, któremu się udało”, wyjechał i zdobył pracę w „The New York Timesie”. Po latach zdecydował się wrócić do korzeni i przekazać światu prawdę o Detroit. 

Biografia autora jest istotną częścią tego reportażu. Jest on specyficznym reprezentantem swojego gatunku, ponieważ nie można jednoznacznie stwierdzić, co jest jgo głównym tematem: upadek Detroit czy obecność LeDuffa w Detroit w ostatecznej fazie jego upadku i to jaki wpływ miejsce jego urodzenia miało wpływ na jego życie. Reporter wyrusza wgłąb Detroit i wgłąb siebie i historii swojej rodziny. 

Wiele rozdziałów rozdziałów tej książki przypomina pamiętnik reportera, a nie efekt jego pracy. Styl jest bardzo potoczny, momentami wulgarny i bardzo amerykański. Nie mam nic do zarzucenia tłumaczce, bo to nie jej wina, ale uważam, że „Detroit. Sekcja zwłok Ameryki” jest na tyle obliczona na amerykańskiego odbiorcę, że w innych kulturach wypada sztucznie. Szczególnie widoczne jest to, jak już wspomniałam, w języku, jakim posługuje się autor - wiele z powiedzonek jego i jego bohaterów brzmi naturalnie w hollywoodzkich filmach, ale w naszej rzeczywistości już nie (vide: liczba i miejsce występowania przekleństw). Reporter cały czas balansuje na granicy między dosłownością i kiczem.

Praca LeDuffa jest bardzo upolitycznionym reportażem, jednymi z jego najważniejszych bohaterów są różnej maści politycy, którzy potwierdzają wszystko, co powszechnie sądzi się o ich profesji. Reporter daje im gorzką, także dla siebie, lekcję lokalnego patriotyzmu. Jego książka jest też ciekawym studium tego, jak bardzo zaangażowanie dziennikarza wzrasta wraz z czasem przebywania poza (korpo)redakcją i poza światem białych kołnierzyków.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
\Franca

sobota, 24 października 2015

Chciała dobrze [Wojciech Jagielski „Wszystkie wojny Lary”]

Lara — była aktorka z Groznego wychowana w zapomnianej gruzińskiej dolinie Pankisi, matka dwóch mudżahedinów, spotkała się w McDonaldzie z Wojciechem Jagielskim, by opowiedzieć mu historię swojego życia. Jej zapis został uwieczniony w książce „Wszystkie wojny Lary”, która niedawno ukazała się na rynku, idealnie wstrzeliwując się w okres, kiedy jest najbardziej aktualna, bynajmniej nie ze względu na datę wydania. 
Wojciech Jagielski,
„Wszystkie wojny Lary”,
Wydawnictwo Znak,
240 stron.


Lara jest bowiem pretekstem do opowieści o tym, jak rodzi się fanatyzm, o konflikcie islamu ze światem, islamu z islamem i o nas samych. Lara — kobieta, której nie udało się uciec przeznaczeniu, czy dokładniej — fatum. Odkąd została matką, robiła wszystko, by uchronić swoje dzieci przed koszmarem wojny, przez którą zmuszona była uciekać z Groznego do Pankisi, swojej rodzinnej doliny, spokojnej, jakby zapomnianej przez świat. Tam wojna w swej najbardziej oczywistej postaci nie dotarła, dotarły za to pojedyncze oddziały partyzantów, którzy szybko zaczęli imponować chowanym pod mamusinymi spódnicami chłopcom i nadawać rytmowi życia w dolinie swój własny, jedyny słuszny, porządek. W dolinie udało im się go wprowadzić połowicznie, w głowach chłopców zaprowadzili za to prawdziwe spustoszenie. 

Nad Larą i jej rodziną wisi fatum, którego ona nie dostrzega. Czytelnik wręcz przeciwnie - obserwuje zmiany, jakie zachodzą w jej synach, a Lara dostrzega je dopiero po czasie i puka się w czoło, niejako tłumacząc się Jagielskiemu ze swojej naiwności. Nieuchronność zdarzeń przytłacza odbiorcę tego tekstu i każe zastanowić się nad swoim życiem i szczęściem narodzin w odpowiednim miejscu i momencie dziejowym. Synów Lary wojna goniła od Czeczenii, przez Gruzję aż do zachodniej Europy. Jak łatwo się domyślić, w końcu ich dopadła i wysłała do Syrii. Bracia Lary również nie ustrzegli się pokusy wojaczki — gdy tylko spadło z nich brzemię opieki nad rodzicami, wyruszyli walczyć z Rosją. Lara została sama. Swietłana Aleksijewicz ma rację - wojna nie ma w sobie nic z kobiety.

„Wszystkie wojny Lary” to książka nie tylko o tytułowej bohaterce i jej synach, nie o wojnach rosyjsko-czeczeńskich i wojnie w Syrii, ale też o Europie i o miejscu, które zajmują w niej imigranci i uchodźcy. Ojciec Szamila i Raszida robił wszystko, by chłopcy zaaklimatyzowali się w nowym kraju, pracował dniami i nocami, by niczego im nie zabrakło — chciał zrobić z nich pełnoprawnych Europejczyków. Oni wybrali jednak inną drogę. Wojciechowi Jagielskiemu udało się stworzyć reportaż, który może być czytany na wiele sposobów i świetnie nadaje się do tłuczenia po łbach tych, którzy widzą świat w czarno-białych barwach, nie dostrzegając setek jego odcieni.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz recenzencki tej książki dziękuję Wydawnictwu Znak, 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Vivono gli Alleati! [Norman Lewis „Neapol '44”]

W 1943 roku Norman Lewis został przydzielony do 312. sekcji FSS, którą dokoptowano do sztabu amerykańskiej 5. Armii zmierzającej właśnie do Salerno. Amerykańscy przyjaciele Lewisa już na samym początku ich znajomości dali mu przedsmak tego, czym jest wojna we Włoszech i czym różni się ona od wojny w północnej części kontynentu. Najpierw jankescy pokerzyści pozbawili go całej wygranej z poprzedniego roku, a następnie uznali, że ich racje żywnościowe są zbyt nudne i monotonne i postanowili za pomocą karabinów maszynowych upolować dorodną włoską krowę, by zakończyć swoje dzieło zniszczenia, zestrzeliwując trzy spitefire'y sprzymierzonych wojsk brytyjskich. Absurd? Z naszego punktu widzenia tak, z punktu widzenia neapolitańczyków takie zachowania nie uchodziły za nic szczególnego. To dopiero Neapol nadał słowu „absurd” zupełnie nowe znaczenie. 
Norman Lewis,
„Neapol '44”,
Wydawnictwo Czarne,
stron 212.

Lewis spędził we Włoszech ponad rok. Co kilka dni sumiennie sporządzał w swoim dzienniku stosowne notatki i po latach wydał je pod tytułem „Neapol '44”. Tytuł ten jest pewnym uproszczeniem w stosunku do tego, co znajdziemy w tej książce. Po pierwsze Lewis przebywał we Włoszech nie tylko w roku 1944. Jak już wspomniałam, pisarz przybył do Salerno w 1943 roku, dokładnie 9 września (pierwsza notatka została sporządzona dzień wcześniej). Po drugie, nie tylko Neapol. To prawda, że pisarz spędził w tym mieście większość czasu, ale nie należy zapominać o jego służbie w Benewencie, który to okazał się nie mniej groteskowy niż stolica Kampanii.

Jak wskazuje podtytuł tej książki („Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch”) „Neapol '44” pod względem gatunkowym jest, a przynajmniej powinien być, pamiętnikiem. Jest to gatunek literacki, który zakłada, że autor był świadkiem lub uczestnikiem zdarzeń, które przytoczył i że jego relacja została spisana z perspektywy czasu. Nie jestem w stanie stwierdzić, jaki dystans czasowy dzieli dane wydarzenie i jego opis, ale z pewnością relacje Lewisa nie były spisywane „na gorąco”, choć na bieżąco już tak. Wydawca zapewnia, że wyjeżdżając z Włoch pisarz miał ze sobą „dziennik (!) pełen wspomnień o niezwykłym mieście i jego mieszkańcach”. Ta drobna nieścisłość między podtytułem książki i jej opisem wskazuje na to, że czytelnik nie powinien sugerować się żadnym z tych elementów wydania i nie sytuować „Neapolu '44” na tej podstawie w ścisłych ramach żadnego z wymienionych gatunków. Mimo to nawet pobieżna lektura tego tekstu wystarczy, by zauważyć, że „wpisy” Lewisa zostały starannie zredagowane, najprawdopodobniej przez niego samego. Przez redakcję nie rozumiem poprawiania różnego rodzaju błędów, a zadbanie o staranną kompozycję tekstu. Większość dziennych notatek Lewisa to kompozycje quasi-zamknięte, które wieńczy celna uwaga podsumowująca dany wpis lub skrząca się ironią uwaga do wspominanego wydarzenia. Spomiędzy przyjemnego w odbiorze języka i stylu pisarza przenika dbałość o to, żeby czytelnik cały czas był zainteresowany lekturą. Lewis osiąga to między innymi za pomocą odpowiedniego rozmieszczenia w notatce scen tragicznych (wkomponowanie ich w komiczną dotychczas narrację sprawia, że są one dla czytelnika wyjątkowo szokujące).

Pomimo tego, że „Neapol '44”jest książką w pewien sposób poświęconą wojnie, wojny w naszym, środkowoeuropejskim, pojmowaniu tego zjawiska jest jak na lekarstwo. Lewisowska wojna we Włoszech przypomina raczej przygody Franka Dolasa niż Alka, Zośki i Rudego. Niektóre zachowania neapolitańczyków z naszego punktu widzenia są komiczne, podobnie jak rozkazy przełożonych Lewisa. Łatwo zapomnieć, że za tym komizmem kryją się ludzkie tragedie. Fragment o próbach zatrzymania potoków lawy rzeźbą świętego i jednoczesnym trzymaniu w pogotowiu statuy innego świętego (nie można „użyć” obu tych rzeźb jednocześnie, gdyż święci mogliby się na mieszkańców obrazić, że ci nie wierzą w ich moc) w ironicznej relacji Anglika na początku wydaje się parodią w najczystszej postaci. Obiór tej sceny zmienia się, gdy weźmiemy pod uwagę sytuację, w której znaleźli się ówcześni Włosi - wojna trwała w najlepsze, brakowało jedzenia, kobiety były zmuszane do sprzedawania się za wojskowe konserwy a tu jeszcze wybuchł wulkan. Nic dziwnego, że zabobon trwał w najlepsze.

W skrócie można opisać tę książkę za pomocą trzech słów, które padły już w tej recenzji. Słowa te to: „groteska”, „absurd” i „ironia”. Poczynania przyjaciół, interesantów i przełożonych autora oraz spotkanych przez niego przypadkowych osób w większości zakrawają na absurd. Wojna, którą Lewis znał z kilku bombardowań oraz plotek to jawna groteska, którą dodatkowo uwydatnił ironiczny styl narracji. Całość to szokujące połączenie wojennego nieszczęścia i włoskiego dolce vita okraszone dodatkowo nutką specyficznego brytyjskiego humoru - nie tylko dla italofilów.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

wtorek, 21 października 2014

Poeta reportażu zza miedzy [Egon Erwin Kisch ,,Jarmark sensacji"]

Już od dawna nie byłam nikomu tak wdzięczna jak Egonowi Erwinowi Kischowi za to, że pisał i mojej wykładowczyni za to, że poleciła mi jego ,,Jarmark sensacji". Reportaż to gatunek zakładający dużą dowolność formalną i zostawiający twórcy przysłowiową wolną rękę. Aby wyróżnić swoje dzieło wśród setek innych, reporter musi wypracować swój własny styl, mieć dobry pomysł na tekst oraz umieć odpowiednio go spuentować, niekoniecznie mottem czy bajkowym morałem, ważna jest klamra zamykająca reportaż, który powinien ,,dziać się" w głowie jego odbiorcy długo po zakończeniu lektury. Właśnie dlatego uważam, że napisanie dobrego reportażu to niezwykle trudne przedsięwzięcie: reporter musi się pilnować, by jego tekst nie stał się sprawozdaniem lub radosną twórczością przejętego amatora. 
Egon Erwin Kisch,
,,Jarmark sensacji",
Biblioteka Gazety Wyborczej,
Warszawa 2014,
stron 288.

Piszę o tym z kilku powodów. Zacznijmy od tego, że ,,Jarmark sensacji" to zbiór dwudziestu jeden najwyżej kilkunastostronicowych reportaży autorstwa najważniejszego reportera pierwszej połowy XX wieku. Każdy z nich dotyczy innej sprawy ale wszystkie krążą wokół kwestii stawania się Kisha jako reportera oraz odpowiedzi na pytania: czym właściwie jest reportaż? czy wszystko w reportażu musi być prawdą? jaka jest siła prasy? Pytania te sformułowałam ja, nie Kisch. On odpowiedzi na nie przemycał przy okazji pisania o swoich pierwszych doświadczeniach reporterskich, o przeżyciach podczas I wojny światowej (w której wziął czynny udział) i rozmowie z matką chłopca, który ,,prawie na pewno" zamordował swoją pracodawczynię. 

Kisch w centrum swoich reportaży stawia siebie. Mariusz Szczygieł, autor rewelacyjnego wstępu do tej książki, nazywa jego teksty autoreportażami. Młody chłopak drukujący swoją gazetę pod ladą sklepu ojca na naszych oczach dorasta jako dziennikarz i jako człowiek, by pożegnać się z nami jako żołnierz i Węgier wstydzący się swojej węgierskości. ,,Jarmark sensacji" nie jest jednak autobiografią, zawiera tylko jej elementy. Czytelnicy niezainteresowani postacią Kisha mogą odstawić ją na boczny tor i szukać w tej książce Pragi. Wydaje się, że Kisch opisał całe to miasto, objechał je wzdłuż i wszerz. Nic bardziej mylnego. 
,,Kiedy reporter Jerzy Lovell w latach 60. starał się ustalić wszystkie miejsca opisane przez Kischa w ,,Jarmarku sensacji", zamówił w Pradze samochód, żeby udało mu się objechać ten ,,szmat świata" zawarty w książce. Okazało się, że samochód jechał raptem dwie minuty, a potem już wyłącznie stał. Wszystkie opisane miejsca można, wolno spacerując, obejrzeć w pół godziny"*
Ten przykład pokazuje jak wiele dzieje się wokół nas i jaka mało my z tego zauważamy. Wychwycenie i opisanie tego wszystkiego jest zadaniem reportera. Kish w swojej najbliższej okolicy zebrał tyle materiału, że wystarczyło mu go na rewelacyjną i różnorodną książkę. W jego reportażach Praga żyje życiem cesarzy, Szubienicznej Toni, ślepego Metodego i giełdy dziennikarzy. Nic dziwnego, że Kischowi udało się dotrzeć do wszystkich tych informacji. Oto jak opisuje on swój styl życia/styl pracy:
,,Gdy jadę tramwajem - przyznawał - coś zmusza mnie do tego, bym się dowiedział, jaką książkę czyta ów pan w przeciwległym kącie wozu. Śledzę jakąś parkę na przestrzeni kilku ulic, aby się dowiedzieć, jakim mówi językiem. Zaglądam do cudzych okien, odczytuję wszystkie szyldziki na drzwiach mieszkań w kamienicy, do której przybywam w odwiedziny, szukam na cmentarzach znajomych nazwisk. Obojętnych mi ludzi wypytuję o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zastanowienia się, dlaczego one tak właśnie brzmią. Chciałbym przetrząsnąć każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów"*
Mam wrażenie, że Egon Kisch (historię Erwina poznacie podczas lektury ,,Jarmarku sensacji") jest w Polsce bardzo niedoceniany. Trudno jest znaleźć w księgarniach jakąkolwiek jego książkę. Najłatwiej odszukać je w antykwariatach, ponieważ w czasie PRL-u wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej wydało wszystkie jego reportaże dlatego, że był on zagorzałym komunistom (,,Za mnie myśli Stalin!" - to miał odpowiedzieć na pytanie, co sądzi o pakcie Ribentropp-Mołotow). Trudno powiedzieć, w jaki komunizm wierzył Kisch: w łagry dla wrogów ludu czy wyrównanie szans dla wszystkich. Mam nadzieję, że w ten drugi. Pomimo tego, że Kisch nie żyje od kilkudziesięciu lat, jego proza się nie starzeje. Człowiek, którego podziwiał sam Ryszard Kapuściński był przyjacielem Franza Kafki, Maxa Broda i Jarosława Haska, czytaj: członkiem praskiej elity intelektualnej pierwszej połowy XX wieku. Naprawdę warto go czytać. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Kisch Egon Erwin, ,,Jarmark sensacji", Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2014, s. 24.
Ibidem, s. 6. 

wtorek, 23 września 2014

,,Czy Pan przypomina sobie małego U Jo Ni z Płakowic?" [Jolanta Krysowata ,,Skrzydło anioła"]

W PRL-u, zwłaszcza wczesnym, działy się rzeczy, które nie śniły się największym filozofom. Gdy brat zapytał się mnie ostatnio, o czym teraz czytam i odpowiedziałam mu, że o północnokoreańskim domu dziecka w Polsce, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie i konsternację. A jednak koreańskie sieroty przez sześć lat mieszkały i kształciły się w niewielkich Płakowicach, które obecnie są zaledwie osiedlem, częścią Lwówka Śląskiego. Nieznaną powszechnie historię tej mieściny opisała Jolanta Krysowata w swoim dość nietypowym reportażu literackim ,,Skrzydło anioła".
,,Skrzydło anioła",
Jolanta Krysowata,
wydawnictwo Świat Książki,
Warszawa 2013,
stron 268.

Po II wojnie światowej nasz glob został podzielony na dwa bloki: kapitalistyczny i socjalistyczny. Aby uchronić się przed zakusami konkurencyjnego bloku lud pracujący miast i wsi musiał się jednoczyć, nawet jeśli dotąd nic go nie łączyło. Ta idea przyświecała rządowi Polski Ludowej, który na znak przyjaźni z bratnim narodem koreańskim rządzonym ówcześnie przez Kim Ir Sena przyjął pod swoje strzechy ponad tysiąc sierot, których rodzice zginęli podczas niedawnej wojny. Dzieci przyjechały, pobyły i wyjechały. Słuch po nich zaginął.

Jolanta Krysowata zainteresowała się tą historią, gdy jej przyjaciel odkrył na cmentarzu w Osobowicach skromny grób trzynastoletniej Kim Ki Dok. Po nitce do kłębka dziennikarka dotarła do ludzi, którzy wiedzieli cokolwiek o samej dziewczynce jak i o lekarzach, którzy się nią zajmowali. Odpowiedzią na wszystkie pytania okazał się być ośrodek w Płakowicach, który w latach 1953-1959 gościł Kim Ki Dok i jej towarzyszy.

,,Skrzydło anioła" podzielone jest na dwie części. W pierwszej części Krysowata opisała początek swoich prób zdobycia jakichkolwiek informacji o dziewczynce i, nieco później, o Tadeuszu Partyce. Partyka był lekarzem zajmującym się Kim Ki Dok w ostatnich tygodniach jej życia. Jego biografia i próby ratowania życia młodej Koreanki są interesujące, ale zajęły ponad sześćdziesiąt stron, a nie wniosły zbyt wiele do historii tajnego ośrodka dla koreańskich sierot, o którym jest mowa na okładce. Ta część została napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej, narratorem jest sama autorka, która w żaden sposób nie maskuje się przed czytelnikiem. Druga część przypomina już powieść. Narrator odautorski zniknął, a jego miejsce zajął narrator wszechwiedzący.

Właśnie do tej części mam najwięcej zastrzeżeń. ,,Skrzydło anioła" to reportaż, co prawda literacki, ale wciąż reportaż. Jest to gatunek, który wymaga rzetelnego przedstawienia faktów, tymczasem opowieść o Płakowicach została przedstawiona niczym wymysł autorki. W tym dziele przeczytamy o wszystkich aspektach życia w samowystarczalnym ośrodku: o różnicach w podejściu do dzieci nauczycieli polskich i koreańskich, o miłości ponad podziałami i bezduszności władz. Wszystko to zostało podane czytelnikowi bez wytłumaczenia mu, skąd autorka ma te wyjątkowo szczegółowe informacje. Całość czyta się bardzo dobrze, chwilami ciężko jest opanować skrajne emocje, które targają czytelnikiem, który poznaje świat tak odmienny od tego, do którego jest przyzwyczajony. Brakuje jednak źródeł. Informacje o tym, jak Krysowata dotarła do konkretnych osób to trochę za mało.

Z pewnością mogę polecić tę książkę osobom, które chciałyby poznać historię tego ośrodka, a nie mają ochoty na lekturę ciężkiego w odbiorze reportażu. ,,Skrzydło anioła" to swego rodzaju wariacja na temat tego, co mogło dziać się w ośrodku oparta na wywiadach z byłymi pracownikami płakowickiej placówki. Bez wątpienia dziennikarka włożyła mnóstwo pracy w przygotowanie tej książki. Mnie nie do końca odpowiada forma, w jakiej przedstawiła zgromadzone wiadomości, jednak wielu potencjalnych czytelników, zwłaszcza miłośników chwytających za serce powieści obyczajowych opartych na faktach, czy też lekkich reportaży literackich, będzie nią zachwyconych. Dodam jeszcze, że Jolanta Krysowata jest współtwórczynią filmu dokumentalnego o Kim Ki Dok, zatytułowanego imieniem i nazwiskiem swojej głównej bohaterki.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna. 

piątek, 9 maja 2014

,,Pamięci mojego ojca, który marzył"*

Komunizm ostatecznie upadł... w którym roku? Podczas Jesieni Narodów w 1989 roku, a może trzy lata później, gdy rozpadł się największy nowotwór wszech czasów - ZSRR? A może to ustrojstwo trwa nadal? Korea Północna i Chiny są tego najlepszym przykładem. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, kiedy i czy w ogóle, ta ideologia przeszła do historii. Pewnym jest jednak, że największym ciosem wymierzonym komunizmowi jest właśnie upadek ZSRR, kolebki sprawdzania tej teorii w praktyce. Upadek tego zlepku narodów zaczął się o wiele wcześniej, niż się powszechnie uważa. Efektem wieloletnich starań opozycji radzieckiej był pucz Janajewa, który wprawił w popłoch ówczesne władze Związku Radzieckiego. Przełomowe wydarzenie było niezwykłą szansą dla tysięcy dziennikarzy, którzy akurat wtedy byli w Moskwie, lub którym udało im się na czas do niej dotrzeć. W takim razie co powinien zrobić dziennikarz, który w tym czasie żeglował na statku Propagandista wzdłuż rosyjsko-chińskiej granicy?  Za wszelką cenę próbować dostać się do Moskwy, czy wykorzystać sytuację i opisać to, w jaki sposób ludzie mieszkający na radzieckiej prowincji przyjęli upadek ZSRR i koniec komunizmu. Czy to przełomowe wydarzenie miało dla nich jakiekolwiek znaczenie?

Tiziano Terzani to znany włoski dziennikarz, reporter i publicysta. Jestem wielką wielbicielką jego talentu pisarskiego, zmysłu obserwacji i inteligencji odkąd przeczytałam jego Listy przeciwko wojnie, za pomocą których wdał się w polemikę z Orianą Falacci . Dobranoc, panie Lenin kupiłam sobie jako nagrodę za świeżo zakończony maraton i maturalny i... Boże, dlaczego jak tak późno zaczęłam ją czytać?!

Ta książka może pochwalić się wszystkim tym, czym powinien charakteryzować się rewelacyjny reportaż. Zacznijmy od tego, że Terzani rzeczywiście miał o czym pisać. Na początku lat 90. wszyscy wiedzieli, że coś się w ZSRR szykuje, ale nikt nie przepuszczał, że kryzys wybuchnie tak nagle. Terzani również. Dlatego właśnie, zamiast rezydować w Moskwie i czekać na rozwój wydarzeń, wybrał się w podróż na drugi koniec Związku Radzieckiego. Wiadomość o puczu zaskoczyła go 16 sierpnia 1991 roku w Chabarowsku. Reporter postanowił nie dołączać do zgrai dziennikarzy, których w Moskwie było już na pęczki, ale opisać upadek kolosa od tej najmniej docenianej jego strony. Z Chabarowska Terzani udał się na Syberię, do Kazachstanu, Kirgizji, Uzbekistanu, Tadżykistanu, Turkmenii, Azerbejdżanu, Gruzji oraz Armenii, aby podróż swą zakończyć w symbolicznym miejscu - w Mauzoleum Lenina.

Terzaniego nie interesują rozgrywki na górze, przedmiotem jego opisu jest reakcja maluczkich na wieść o puczu i jego konsekwencjach. Okazuje się jednak, że większość z nich nie wykazuje ani rozpaczy, ani radości, ani zaskoczenia tą informacją. W ich życiu bowiem nie zmieni się zbyt wiele. Komuniści zaczną nazywać się socjaldemokratami, ot cała zmiana. Problem pojawia się jedynie w momencie, gdy trzeba określić swoją narodowość. ZSRR rozpadł się na kilkanaście mniejszych lub większych republik, które dotąd, pomimo czasami olbrzymich, choć nieco już zatartych różnic kulturowych, były jednym państwem.

Problem narodowościowy to tylko jeden z wielu wątków poruszanych w tej książce. Składają się na nią notatki prowadzone przez włoskiego dziennikarza w czasie jego podróży po rubieżach ZSRR. Dzięki temu obok uwag o kondycji Związku Radzieckiego, znajdziemy fragmenty o urodzinach autora w Samarkandzie, użeraniu się z hotelowymi portierkami czy  kłopotliwym towarzystwie komunistycznych dygnitarzy. Mnogość miejsc odwiedzanych przez Terzaniego sprawia, że nie powiela on raz poruszonych tematów, a książkę czyta się dzięki temu dosłownie w kilka chwil.


Wielkie brawa należą się również wydawnictwu Zysk i S-ka, które wydało tę książkę na rynku polskim. Oprawa graficzna jest fenomenalna i doskonale oddaje treść tego reportażu. Dodatkowo zachwyciła mnie grzbiet tej książki, który nawet nie zagiął się nawet wtedy, gdy to ponad pięciuset stronicowe tomisko musiałam otwierać w taki sposób, że większość wydań bardzo straciłoby przez to na urodzie.

Czytam tę recenzję i czytam i jestem coraz bardziej pewna, że kompletnie nie udało mi się oddać piękna tej książki. Dobranoc, panie Lenin to książka rewelacyjna, doskonała i ponadczasowa. Od niedawna również jedna z moich absolutnie ulubionych. Polecam Wam ją z całego serca!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy i Nie tylko literatura piękna
*Terzani Tiziano, Dobranoc, panie Lenin, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2011, s. 5.

piątek, 21 lutego 2014

,,Nie ma kości, nie ma żałoby. Nie ma jak żyć"

W 1992 roku Polska pogrążona była w dogorywającej właśnie euforii wolności. W tym samym czasie, w Bośni i Hercegowinie rozpoczęła się iście bratobójcza wojna, w wyniku której zginęło ponad sto tysięcy ludzi. Echa tego konfliktu rozbrzmiewają co roku na ekranach naszych telewizorów przy okazji corocznego wspominania masakry w Srebrnicy. To wszystko, krótka transmisja w wieczornych wiadomościach. A ludzie wciąż płaczą. 

Wojciech Tochman jest reporterem specjalizującym się w opisywaniu wszelakich tragedii ludzkich. Pierwsza książka tego pisarza, którą przeczytałam to Dzisiaj narysujemy śmierć. Dotyczyła ona ludobójstwa w Rwandzie. Jakbyś kamień jadła opisuje dramatyczne wydarzenia, które miały miejsce na Bałkanach, na początku lat dziewięćdziesiątych poprzedniego wieku. 

,,Warto przeczytać ten niezwykły reportaż, by zrozumieć, jak cieniutka jest politura cywilizacji i jak łatwo przyjaciele obracają się przeciwko przyjaciołom. Jakbyś kamień jadła trzeba by wysłać Boutrosowi Boutrosowi-Ghaliemu i Kofiemu Annanowi, Johnowi Majorowi i Douglasowi Hurdowi, Greorge'owi Bushowi i Billowi Clintonowi. Pewnie by jej nie przeczytali, ale nawet przekartkowanie książki Tochmana zmąciłoby spokój ich emerytury."
~Literary Review

Jeśli szukacie książki, która wyjaśni wam meandry wspominanej wojny to nie sięgajcie po ten reportaż. Niewiele znajdziecie w nim faktów, dat, z nazwiskami jest trochę lepiej. Tochman skupił się na tragedii jednostek, która nie znajduje się w kręgu zainteresowań tzw. wielkiej polityki. Uważam, że to świetny zabieg - gdy tragedia milionów zyskuje imię, nazwisko i twarz, staje się nam bliższa i autentycznie zaczynamy się nią przejmować. Jak powiedział Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili: Śmierć jednej osoby to tragedia, śmierć milionów to tylko statystyka

Kanwą swojej książki Tochman uczynił wysiłki tych, którzy przeżyli o odzyskanie szczątków bliskich. Pomaga im w tym Ewa Klonowska, znana antropolog, która wraz z grupą ekspertów podróżuje po terytorium danej Jugosławii w poszukiwaniu rozproszonych szczątków poległych. Nie zawsze udaje się znaleźć kompletny szkielet, zazwyczaj jest to czaszka, kilka kości, fragmenty ubrań. Jakbyś kamień jadła wyraża uniwersalną potrzebę pochowania ciała.

Wielkim atutem tej książki jest lapidarny język Tochmana. Minimum słów, maksimum treści - tak w skrócie można opisać jego styl. Lakoniczność jest dość szokująca w opisie tak tragicznych wydarzeń dzięki czemu realnie angażujemy się w opowiadane przez Tochmana historie. Nikt inny nie potrafi w taki sposób opowiadać o cierpieniu.

Polecam tę książkę osobom, które chcą dowiedzieć się co działo się na Bałkanach w czasie trwania wojny jugosłowiańskiej. Tochman stworzył okazję, by spojrzeć na te wydarzenia z perspektywy zwykłego człowieka. Ostrzegam jednak, że po lekturze tego reportażu długo nie będziecie w stanie dojść do siebie. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 31 stycznia 2014

Ni una más!

W 1993 roku w Ciudad Juárez znaleziono pierwsze ciała brutalnie zamordowanych kobiet. Wszystkie zostały zgwałcone, a następnie uduszone/podpalone/kilkakrotnie rozjechane samochodem. W 2005 roku liczba ofiar sięgała już 400 i wciąż rosła. Tymczasem mordercy wciąż pozostawali na wolności i popełniali kolejne przestępstwa, co ułatwiała im marionetkowa policja i bierność władz. 

Marc Fernandez i Jean-Christophe Rampal postanowili zbadać tę sprawę i aby tego dokonać spędzili w Ciudad Juárez dwa lata. Efektem ich pracy jest książka Miasto morderca kobiet, w której starają się usystematyzować zdobytą wiedzę i przekazać światu choć ułamek tego, co warto wiedzieć o Juárez. 

Dlaczego juareskie morderstwa są tak chętnie i dokładnie opisywane w mediach? Przecież teczki prokuratorów z całego świata pełne są aktów dotyczących morderstw, czasem okrutnych. Północ Meksyku nie jest chwalebnym wyjątkiem, jednak przypadki zabójstwa z Juárez mają wiele punktów wspólnych. Ofiarami zawsze są kobiety, młode, niezamożne, podobne do siebie pod względem fizycznym. Każda z nich przed śmiercią została zgwałcona, zazwyczaj przez kilku mężczyzn. Co jeszcze je łączy? To, że ich mordercy nigdy nie zostali ukarani.


Ciężko w jednej książce, niespełna 240-stronicowej, zawrzeć informacje o zbrodniach popełnianych przez 13 lat. W związku z tym, w Mieście... panuje informacyjny chaos. Na początku książki czytamy głównie o ofiarach, potem następuje gwałtowny przeskok do danych dotyczących ewentualnych (zawsze ewentualnych) winnych. Nie oskarżałabym jednak autorów o brak kompetencji literackich, już na pierwszy rzut oka widać, że są oni dziennikarzami, a nie mistrzami beletrystyki. Wielkim plusem tego reportażu jest fenomenalna podstawa źródłowa, niemalże każda oficjalna wypowiedź każdego z bohaterów tej książki jest w odpowiedni sposób udokumentowana. Na końcu tekstu znajduje się niepełna lista ofiar, skany dokumentów związanych z konkretnymi zabójstwami (niestety, jedynie w języku hiszpańskim) oraz lista polityków zajmujących się ,,umarłymi z Juárez". Chylę czoła przed ogromem pracy włożonym w tę książkę przez Fernandeza i Rampala.




Bardzo mi się podoba okładka Miasta.... Fotografia przedstawiająca różowe krzyże z wypisanymi na nich imionami kobiet znajduje się na polu bawełny, na którym znaleziono osiem ciał kobiet, których imiona widnieją na tych krzyżach. Sprawcy tych morderstw, podobnie jak wielu innych, nigdy nie zostali ukarani. 

Pomimo tego, że treść tego reportażu jest szokująca, czyta się go niezwykle szybko. Całość podzielona jest na krótkie, zazwyczaj kilkustronicowe rozdziały. Mniej więcej w połowie książki znajduje się wstawka z kilkunastoma czarno-białymi zdjęciami przedstawiającymi głównie juarewskich polityków, Abdela Latifa Sharifa - głównego podejrzanego w kilku sprawach oraz dwa zdjęcia przedstawiające to, co zostało z ofiar. Zwłaszcza jedno z nich zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.

Pomimo tego, że wiadomości nie są w tej książce odpowiednio posegregowane, można się niej naprawdę sporo dowiedzieć, co więcej - stanowi ona świetny materiał do dalszego zapoznania się ze sprawą ,,umarłych z Juárez''.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,

Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Z literą w tle, Nie tylko literatura piękna, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu, Jasna strona mocy i Literacka Ameryka Południowa.


piątek, 25 października 2013

Eli, Eli, lama sabachtani?

Uwielbiam reportaże. Uwielbiam publikacje Wydawnictwa Czarnego i uwielbiam Wojciecha Tochmana. Gdy tylko dowiedziałam się, że autor ,,Dzisiaj narysujemy śmierć" przebywa na Filipinach, gdzie zbiera materiały do swojej najnowszej książki, zaznaczyłam przewidywalny termin jej wydania w kalendarzu i niecierpliwie oczekiwałam dnia premiery. I stało się. ,,Eli, eli" pojawiło się na półkach księgarń i, niemalże w tym samym czasie, w moim rękach.

Zacznijmy od tego, że nie jest to książka o Filipinach. Jest to praca (tak, praca) dotycząca granic tego, co możemy fotografować i o czym możemy pisać w ramach literatury faktu. W jaki sposób mamy pisać o kobiecie, która zamienia się w drzewo? Jak z nią rozmawiać? Jak zrobić jej zdjęcie? Umówić się na sesję zdjęciową? Cyknąć fotkę z daleka i bez pozwolenia czy zrobić pojedyncze zdjęcie po zapytaniu o zgodę? Na te pytania Tochmanowi pomógł odpowiedzieć Grzegorz Wełnicki, znany fotograf, autor wielu znakomitych zdjęć, które możecie obejrzeć wpisując jego nazwisko w wyszukiwarce Google. Wszystkie zdjęcia w książce, w tym to na okładce jest jego autorstwa. 

Zamysł był szlachetny i z wszech miar ciekawy. Szkoda, że nie do końca wszystko się udało. ,,Eli, eli" to wszystko i nic. Z każdej strony wylewają się liczne nieszczęścia: choroby, gwałty, mieszkanie na cmentarzu,  morderstwa, praca ponad siły i brak perspektyw na przyszłość...
Ciężko jednak powiedzieć jaka jest nić wiążąca wszystkie te ludzkie katastrofy. Bierność Zachodu? Hipokryzja filipińskiego Kościoła? Ciężko powiedzieć. Książka składa się niemalże z samych pytań, które każdy kiedyś sobie zadał. Odpowiedzi na nie autor pozostawił czytelnikowi. Nie tego się spodziewałam.

Mimo to, myślę, że warto kupić i oczywiście przeczytać tę książkę. Dlaczego? Po pierwsze, język Tochmana wciąż zachwyca. Autor potrafi opisać ludzkie nieszczęście nie epatując przy tym grozą i szczegółami fizjonomii. Dzięki tej cesze Tochman plasuje się wśród najlepszych polskich reporterów, a zarazem moich ulubionych pisarzy. Po drugie, ,,Eli, eli" to jedna z porządniej wydanych ostatnio książek. Piękne zdjęcia, ciekawa okładka, przyjemny w dotyku papier. Da się zauważyć, że wydawca wierzył w ten projekt, zresztą nic dziwnego. Książkę czyta się wyjątkowo szybko, mnie jej lektura zajęła jeden ranek. 

Nie żałuję, że zdecydowałam się kupić ten reportaż. Jak już wspomniałam, spodziewałam się po nim zupełnie czegoś innego (konkretnego?), ale dzięki niej przemyślałam sobie kilka istotnych spraw. Lektura tej książki była ku temu wspaniałą okazją. Wojciech Tochman wciąż jest jednym z moich ulubionych reporterów, z niecierpliwością będę oczekiwała kolejnej jego książki. Może bardziej przypominającej stylem poprzednie jego teksty.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 24 września 2013

,,To nie jest czas na sentymentalne wspomnienia."

Wyobraźcie sobie, że Bronisław Komorowski postanowił osuszyć jezioro Śniardwy po to by, powiedzmy, na jego miejscu umieścić pola kukurydzy. Pytacie się - jak to? po co? No właśnie po to, byśmy mieli więcej pól kukurydzy. Absurd? Absurd! I to na dodatek, taki, który już się wydarzył, i to na znacznie większą skalę.

W latach 60. XX wieku Jezioro Aralskie było czwartym co do wielkości jeziorem świata. Niestety, z biegiem czasu jego powierzchnia zmniejszyła się o 55 tys. km². Wody z Amu-darii i Syr-darii zamiast zasilać wody jeziora były sztucznie odprowadzane do wadliwie poprowadzonych kanałów irygacyjnych. Jezioro (nazywane przez niektórych morzem) Aralskie zostało wysuszone ponieważ władze ZSRR postanowiły uczynić ze swojego kraju potęgę w światowej produkcji bawełny, jednej z najbardziej wodochłonnych roślin na świecie.
Zanik jeziora nikogo poza tysiącami ,,zwykłych ludzi" (a jak powszechnie wiadomo, oni głosu nie mają) jakoś szczególnie nie zaniepokoił, gdyż uznano, że jest ono ,,oczywistą pomyłką natury". 

Bartek Sabela, architekt, miłośnik wspinaczki i autor książki o przewrotnym tytule ,,Może (morze) wróci" w pewnym momencie swojego życia zainteresował się historią Jeziora Aralskiego i postanowił sprawdzić, jak obecnie wygląda ten akwen i jak radzą sobie ludzie, dla których był on całym życiem.

Pomimo tego, że książka reklamowana jest jako reportaż o zaniku Jeziora Aralskiego to jego historia stała się również pretekstem do podróży autora do Uzbekistanu, którego to opis zajął większą część publikacji. Jeśli kiedykolwiek chcielibyście wybrać się do tego kraju, polecam Wam lekturę tej książki. Wiele rzeczy dzięki niej stanie się łatwiejsze. Formalnie rzecz biorąc, Uzbekistan jest republiką rządzoną przez prezydenta Isloma Karimova, który wprowadził w swym kraju autorytarne rządy. We wszystkich wyborach Karimov zdobywa co najmniej... 90% wszystkich głosów.

Poza praktycznymi informacjami i zwykłymi ciekawostkami na temat Uzbekistanu dużą część książki zajmują wspomnienia ludzi, którym Jezioro Aralskie dawało zatrudnienie, możliwość przeżycia i wspominania. Dla wielu Jezioro było całym życiem dlatego jego stopniowe zanikanie i i towarzysząca temu bezradność było dla nich życiową tragedią i porażką. Miasto Munjak, którego istnienie uzależnione było od położenia Jeziora Aralskiego w latach 60. było jednym z lepiej rozwiniętych miast ZSRR a obecnie jest praktycznie wymarłe.

Symboliczna okładka książki, której jedyną ozdobą są zanikające litery oraz przewrotny tytuł tej publikacji jest najlepszą zapowiedzią tego, co możecie zastać jeśli zdecydujecie się przeczytać ten reportaż. Polecam go wszystkim tym, którzy interesują się absurdalną historią byłego ZSRR. Książkę czyta się bardzo szybko, a liczne zdjęcia dodatkowo uprzyjemniają lekturę. Nie zawiedziecie się na tej pozycji.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.

środa, 21 sierpnia 2013

O stanie wojennym bez martyrologii + ciekawa informacja

Stan wojenny. Dla większości przedstawicieli mojego pokolenia jest to kolejna ,,ciekawostka historyczna", którą nie warto się interesować chociażby przez coroczne awantury i powtarzające się pytania w stylu ,,warto? nie warto?". Nasza wiedza dotycząca tego wydarzenia zaczyna się i kończy na tym, że 13 grudnia 1981 roku na ulice wyjechały czołgi, a w telewizji zamiast Teleranka wystąpił Jaruzelski w niemodnych obecnie okularach. Nie bardzo wiemy, jak to naprawdę było więc raczej nie zdarza nam się sięgać po książki poświęcone stanowi wojennemu. Co innego, gdy setki zapisanych stron nie dotyczą spraw stricte politycznych, lecz pokazują codzienność ludzi, którym te wydarzenia mimowolnie przypadły w udziale.


Z tego samego założenia wyszły trzy licealistki: Natalia Pych, Dominika Szczęsna i Martyna Wrona, które wspólnymi siłami i przy pomocy swojego nauczyciela historii napisały książkę o wdzięcznym tytule: ,,Ballada o stanie wojennym".


Napisały to może niezbyt odpowiednie słowo gdyż książka składa się głównie z dość krótkich (a więc wprost stworzonych do szybkiego przeczytania)  relacji tzw. zwykłych ludzi, dla których stan wojenny był rzeczywistością, z którą należało sobie w jakiś sposób poradzić. Nagle ze sklepów zniknęły towary, które i tak ciężko było dostać, wprowadzono godzinę policyjną, a na ulice wyszli ZOMO-wcy. Nie licząc tego, że należało zaangażować się w działalność opozycyjną trzeba było jeszcze dojeżdżać do pracy/szkoły czy robić zakupy, a przecież Big Brother is watching you. Anegdoty osób, dla których była to codzienność pozwalają nam choć na chwilę cofnąć się w czasie, przejechać się syrenką, zasymulować chorobę w celu uniknięcia służby wojskowej, czy postać chwilę w kolejce po pomarańcze by po kilku godzinach wrócić do domu z nowiuśkim odkurzaczem (autentyczna przygoda mojego wujka).

Cytując napis na tylnej części okładki książki:

,,Autorki oferują świeże spojrzenie na czasy stanu wojennego, nie przez pryzmat martyrologii - choć oczywiście te wątki są obecne - a bardziej z perspektywy człowieka, który prowadzi zwyczajne życie. Patrzymy na tamte czasy oczami kogoś, kto się żeni, studiuje, pracuje i wyjeżdża na wakacje, zmagając się z brakami i absurdalnymi zarządzeniami władz."

 Tekst ,,Ballady..." został świetnie zredagowany, a w dodatku okraszony wspaniałymi ilustracjami i zdjęciami ,,z epoki". Znaczki pocztowe z tamtych lat, dowcipy i karykatury, plakaty, informacje o pogodzie, fragmenty gazet - to wszystko znalazło się w książce, którą właśnie dla Was recenzuję. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, ile pracy te młode dziewczyny musiały włożyć pracy w to, by ta publikacji ujrzała światło dzienne.
Chylę czoła i czekam na więcej.

***

Mam nadzieję, że pamiętacie, jedną z moich ostatnich recenzji, tę dotyczącą najnowszego numeru miesięcznika Znak (dla zapominalskich - klik). Otóż, mam dla Was niespodziankę. Redakcja czasopisma postanowiła przygotować dla Was specjalną akcję promocyjną, dzięki której przy zakupie wakacyjnego wydania gazety, drugi, dowolnie wybrany przez Was numer otrzymacie za darmo! Szczegóły promocji znajdziecie klikając w ten adres.
Gorąco zachęcam Was do wykorzystania tej okazji i zaznaczam, że warto!


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca



poniedziałek, 19 sierpnia 2013

„Interesuje mnie człowiek w sytuacji ekstremalnej” [Anna Wojtacha „Kruchy lód”]

Ryszard Kapuściński i Wojciech Jagielski to najsłynniejsi polscy reporterzy wojenni. Podziwiamy ich warsztat, ich odwagę, swego rodzaju poświęcenie oraz samoistny mechanizm wyparcia tego, co dzieje się wokół. Nie każdy to potrafi, bo nie każdy nadaje się na reportera. Co zastanawiające, żaden z tych panów (a także ich kolegów i koleżanek po fachu) nie lubi mówić o sobie oraz o praktycznej stronie swojego zawodu, całą swą uwagę poświęcając pracy. Enigmatyczne informacje wyciągane podczas wywiadów nie mówią nam zbyt wiele. Bo czy my, czytelnicy/widzowie/odbiorcy interesujemy się samymi dziennikarzami, czy może wciąż najważniejsza jest informacja?

Anna Wojtacha, korespondentka wojenna początkowo współpracująca z TVN 24 i Polsatem News, obecnie związana z TVP Info postanowiła uchylić rąbka tajemnicy i w swojej książce zatytułowanej „Kruchy lód” bez zbędnej kurtuazji zdaje czytelnikowi relację z kulis pracy jednego z najtrudniejszych zawodów jakie wymyślił sobie człowiek.

Książka podzielona jest na pięć rozdziałów poprzedzonych wstępem. Cztery z nich stanowią relacje z miejsc ogarniętych w określonym czasie piekłem wony. Są to kolejno Gruzja, Indie (atak terrorystyczny na dwa ekskluzywne hotele), Strefa Gazy i Afganistan. Jednak w przeciwieństwie do klasycznych reportaży samo wydarzenie (dajmy na to ostrzał moździerzowy) jest tylko tłem dla opisu specyfiki pracy korespondenta wojennego, który musi nagrać „lajfa” bez względu na to, co dzieje się za jego plecami. Bez zbędnego upiększania i dorabiania do swojej pracy ideologii Wojtacha pisze o uprzedzeniach, o kwadraturze koła wojny, o bezradności, która jej zdaniem jest największym minusem tej pracy. „Wojenne ćpuny” nie mają łatwego życia, codzienność jest dla nich zwyczajnie nudna, a problemy dnia codziennego błahe w porównaniu z tym, co widzieli chociażby w Iraku. Wciąż mówią o wojnie, część z nich cierpi na PTSD (zespół stresu pourazowego), a dla nas - widzów wciąż są tylko marionetkami przekazującymi informacje. 

Wojtacha jest szczera, chwilami aż za bardzo. Jej suchy, żołnierski język i styl wypowiedzi początkowo jest ciężki lecz po kilku stronach staje się tym „jedynym właściwym” - dziennikarsko-wojskowym (zadziwiające, jak te dwa zawody są do siebie podobne). Jedyne, co mnie w tej książce razi to zbyt częste odwołanie do życia osobistego autorki, ale ten jeden negatywny czynnik nie stanowi rysy na ogólnej ocenie tej książki, która w moim mniemaniu jest świetna.

Na jednym z portali internetowych znalazłam filmik zawierający wywiad z Anna Wojtachą, która w rozmowie z Martą Perchuć-Burzyńską opowiada o swojej jedynej jak dotąd książce. Poświęćcie proszę kilka minut na obejrzenie tego filmu - wtedy zdecydujecie, czy powinniście zabrać się i za książkę. Wojtacha pisze dokładnie to samo co i jak mówi. 

Polecam!

***

Po raz kolejny jestem zmuszona przeprosić Was za swoją długą nieobecność w blogosferze. Po raz kolejny wyjechałam na wakacje, gdzie dostęp do internetu jest żaden. Takie już moje szczęście. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Polacy nie gęsiZ półki 2013Z literą w tle oraz  Nie tylko literatura piękna.

niedziela, 4 sierpnia 2013

O ludziach ,,próbujących schwytać Słońce"

W 1941 roku Japonia zaatakowała Stany Zjednoczone bombardując bazę Pearl Harbor na Hawajach. Oczywistym było, że oznacza to dołączenie Stanów do II wojny światowej oraz rozpoczęcie najbardziej intensywnych w historii walk na Pacyfiku. Japonia cesarza Hirohito okazała się trudnym przeciwnikiem, tysiące młodych amerykańskich chłopców straciło życie podczas działań wojennych, a końca wojny nie było widać. Wtedy, w 1942 roku rząd Stanów Zjednoczonych postanowił rozpocząć prace nad Projektem, który miał zapoczątkować nową erę dziejach współczesnych militariów. Postanowiono wykorzystać zjawisko rozszczepienia jądra atomu odkryte przez Otto Hahna do stworzenia najbardziej przerażającej brani, jaką kiedykolwiek widział świat.

Tak powstało Oak Ridge. Miasto zbudowane niemalże od zera, które zasiedlili przyszli pracownicy Zakładu Technicznego Clinton (CEW). Eksperyment naukowy stał się niemalże równie ważny co socjologiczny aspekt całego przedsięwzięcia. Ludzie z zupełnie rożnych części kraju, różnych warstw społecznych oraz, co ważne, o odmiennych kolorach skóry niejako zostali zmuszeni do tego by od podstaw zbudować oparte na tajemnicach i niedomówieniach społeczeństwo. Oba te doświadczenia stały się kanwą książki Kiernan.

,,Dziewczyny atomowe" to kolejna książka z serii ,,o tym nie dowiecie się na lekcjach historii". I to udana książka. Autorka pracowała nad nią ponad siedem lat i efekty tej pracy są naprawdę wspaniałe. Być może słyszeliście kiedyś o Oak Ridge, ale czy wiecie, w jaki sposób werbowano do nich pracowników?
 Jane Greer to matematyczka z dyplomem w walizce, Toni to córka skromnego farmera, Helen przed tym jak została operatorką kalutronu pracowała w kawiarni połączonej z apteką. Wojna zmieniła życie wszystkich, nawet tych, którzy z bezpośrednią walką nigdy nie mieli nic do czynienia, a Kiernan doskonale udało się to uchwycić. Wydawałoby się, skomplikowane procesy chemiczne zostały w książce przedstawione jako banalne zagadnienia. Dzięki nim nawet chemiczny laik jako tako orientuje się w zasadzie działania bomby atomowej. Całość czyta się niczym dobrą powieść, a samą lekturę dodatkowo uprzyjemnia piękna okładka.

Od momentu, gdy tylko usłyszałam o tej książce, zastanawiałam się, po której stronie stanie Kiernan. Zwolenników, czy przeciwników bomby atomowej. Zazwyczaj, pomimo najszczerszych chęci pisarzowi non-fiction nie udaje się być bezstronnym. Cóż, Kiernan jest wyjątkiem.  Autorka nie zawahała się wspomnieć o zniszczeniach i tragedii ludzkiej spowodowanej przez Little Boy'a i Fat Mana. W podobny sposób uchwyciła nastroje mieszkańców Oak Ridge, którzy, gdy już dowiedzieli się nad czym pracowali przez całe trzy lata. Z jednej strony radość z zakończenia wojny i rychłego powrotu z frontu członków rodziny  mieszała się z grozą i poczuciem winy związanym z moralną odpowiedzialnością za tragedię mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki.

,,Dziewczyny atomowe" powinny trafić w gusta odbiorców o zróżnicowanych wymaganiach dotyczących lektury. Czytelnicy zainteresowani fizyką, socjologią, a nawet feminizmem(!) powinni znaleźć w tej pozycji coś dla siebie. Książka Kiernan niedługo po publikacji stała się w Stanach bestsellerem, u nas również znajduje się wysoko w słupkach sprzedaży. Jeśli zdecydujecie się przeczytać tę pozycję, z pewnością zrozumiecie fenomen ,,Dziewczyn..." Polecam.

Za możliwość zrecenzowania tej książki dziękuję firmie:


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytamy książki historyczneWojna i literatura oraz Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 23 lipca 2013

Chiny widziane z okien samochodu

Co wiemy o Chinach? Jest to jeden z największych krajów świata i, od niedawna, jeden z najbogatszych. Nauka i technika stoją tam na wysokim poziomie, język jest kompletnie niezrozumiały dla tzw.reszty świata, a  kultura, w tym także kulinarna inspiruje ludzi na całym świecie. Co jeszcze? No tak, Chińczycy od lat przodują w produkcji różnego rodzaju badziewia, które koniec końców przyniosło krajowi miliardowe zyski. I do tego historia. Prastare dynastie Zhou, Qin, Han oraz te nowsze jak Ming czy Qing stworzyły wizerunek Chin jako uroczego ,,końca świata" gdzie żyją prawdziwi geniusze zdolni do wynalezienia papieru, prochu oraz wydania na świat chociażby Konfucjusza. Niestety (lub stety, nie bawmy się w politykę) po latach świetności i walk z Mongołami nadeszły czasy komunizmu, Mao Zedonga i polityki ,,wielkiego skoku", który przyniósł plagę głodu i śmierć milionów ludzi (trudno ustalić dokładną liczbę ofiar, zakłada się, że w latach 1958-1962 z głodu zmarło od 10 do 43 milionów ludzi).

Trochę tego jest. Konia z rzędem temu, kto to wszystko ogarnie. Mimo oczywistego trudu w poskładaniu tych wszystkich informacji wciąż zdarzają się straceńcy, ,,którzy próbują". Jednym z nich jest Peter Hessler, który relację ze swojej podróży po Chinach zawarł w książce ,,Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach".


Osią tego reportażu jest blisko ośmioletnia samochodowa podróż autora po Chinach. Słówko ,,samochodowa" ma tutaj kluczowe znaczenie bowiem autor nie poskąpił nam wielostronicowych opowieści o procedurze wyrobienia sobie chińskiego prawa jazdy, ceregieli niezbędnych przy wypożyczaniu auta, analizy rozwoju rynku samochodowego w ,,państwie środka" czy kulturze jazdy w Chinach. Przyznam, że dla osoby niezorientowanej w temacie (na przykład dla mnie) tego typu fragmenty były prawdziwą katorgą. Chwilami zastanawiałam się czy autor nie jest wielbicielem programu Top Gear.

Jeśli już wspominamy o minusach tej książki to nieco złośliwie bowiem nie jest jakieś szczególne utrudnienie przy lekturze tej książki chciałabym jeszcze nadmienić pewną nieścisłość, która w pewnym momencie zwróciła moją uwagę. Mianowicie Hessler w pewnym momencie wspomina, że na całym świecie nie ma ani jednego badacza, który zajmowałby się historią Chińskiego Muru po czym kilkadziesiąt stron dalej wspomina o Davidzie Spinderze, który poświęcił temu zagadnieniu kawał swojego życia.

Trochę się już wyżaliłam, czas na plusy tej publikacji. Reportaż podzielony jest na trzy części zatytułowane kolejno ,,Mur", ,,Wieś" i ,,Fabryka". W pierwszej części autor zdaje czytelnikowi relację ze swojej podróży śladem Wielkiego Muru, przybliża nam jego historię oraz opisuje to, jakie znaczenie ta budowla ma dla okolicznych mieszkańców. Jak się okazuje, dla części z nich jest to po prostu zbiór cegieł, które kiedyś można było bezkarnie kraść. Przy lekturze tej części dowiedziałam się, że w języku chińskim Wielki Mur to Chang cheng. Uwielbiam takie miejscowe ciekawostki, więc musiałam zwrócić uwagę na ten szczegół.

Druga część książki to opowieść o życiu współczesnej chińskiej wsi. Ten rozdział książki zaciekawił mnie najbardziej. Swego czasu autor wraz ze swoją przyjaciółką kupił dom w Sanchy, niewielkiej rolniczej wiosce i zaprzyjaźnił z jedną z okolicznych rodzin. W tej partii tekstu mamy okazję obserwować zwyczaje chińskich rolników, pojawienie się na wsi szeroko rozumianego biznesu oraz moment posłania dziecka do szkoły. Stara, wręcz mityczna chińska wieś jest tym, co tak ,,ciągnie mnie" do tego kraju.

Część trzecia to już panorama ,,przemysłowych" Chin. Wraz z autorem przenosimy się do strefy ekonomicznej Lioshi, gdzie dwóch biznesmenów pragnie zbić majątek produkując... kółka do biustonoszy. Zadziwiające jest to, w jaki sposób przedstawione jest robienie interesów w tym kraju. Kluczowe są łapówki oraz to, jakiego rodzaju papierosy palą okoliczni partnerzy biznesowi. Robotnicy fabryczni przypominają działające mechanicznie trybiki, które naturalnie pozbawione są jakiegokolwiek zabezpieczenia socjalnego. Co więcej, absolutnie im to nie przeszkadza.

Peter Hessler nakreślił spójny obraz nowych, przeobrażających się Chin. Pomimo kilku nieznacznych wpadek książka naprawdę warta jest przeczytania. Polecam wielbicielom podróży, socjologii jak i dobrej, prostej literatury podróżniczej.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle oraz Nie tylko literatura piękna.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Kronika chaosu

Co jakiś czas na półkach większości księgarń pojawia się książka, która jest promowana w tak nachalny sposób, że mamy ochotę kupić ją tylko dlatego, żeby jej okładka raz na zawsze zniknęła nam z oczu. W mojej okolicy w ten sposób promowane było ,, Pięćdziesiąt twarzy Greya" czy ,,Wszystkie odcienie czerni".
Jak pewnie większość zdążyła się już zorientować, nie są to arcydzieła, które mają szansę zaistnienia w szkolnym kanonie lektur, choć podejrzewam, że część tzw. gimbazy (ostatnio bardzo modne słówko) bardzo by się z tego faktu ucieszyła. Jak się jednak okazuje upierdliwa promocja nie jest wyznacznikiem kiepskiej książki. Dowodem na to jest dzieło Petera Godwina pt. ,,Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe".


Okładkę przedstawioną na zdjęciu obok, swego czasu widziałam dosłownie wszędzie. Na lubimyczytać.pl, w Matrasie, w Empiku... W końcu zdecydowałam się kupić tę książkę. Wstyd się przyznać, ale nazwisko zamieszczone w tytule raczej nie przyciągnęło mojej uwagi, za co powinnam wstydzić się do końca świata i jeszcze dzień dłużej (zwłaszcza, że uważam się za osobę dobrze zorientowaną w najnowszej historii Afryki i okolic). Tak to jest jak czasem zapominasz, ile to jest dwa plus dwa (lub uważasz, że sześć podzielić na dwa równa się cztery - copyright by Franca).

Dla równie niezorientowanych, Robert Mugabe to dyktator Zimbabwe (dawnej Rodezji), który władzę premiera w kraju zdobył w 1980 roku (prezydentem został w roku 1987) i do tej pory nie ma zamiaru jej oddać. Jego przydługa kadencja naznaczona została mordami politycznymi, konfiskatami majątków oraz powszechnym terrorem. Cytując Godwina: ,,(...) waluta praktycznie straciła wartość; w ciągu doby ulega dewaluacji o połowę. Pracę posiada zaledwie sześć procent ludzi. Zarobki spadły do poziomu sprzed 1950 roku . Ludzie głodują. Szkoły zamknięto, szpitale zbankrutowały. Średnia długość życia obniżyła się z sześćdziesięciu do trzydziestu sześciu lat. Zimbabawe ma najwyższy na świcie odsetek sierot. Zimbabweńczycy - oficjalnie najbardziej nieszczęśliwi ludzie na świecie - milionami opuszczają kraj w exodusie sięgającym jednej trzeciej populacji".

Peter Godwin
Tyle o Robercie Mugabe i jego politycznych zdolnościach (mam nadzieję, że powyższy cytat wystarczająco dobrze opisuje sytuację mieszkańców byłej Rodezji), czas na słówko o samej książce. Ta część recenzji będzie wyjątkowo krótka, za chwilkę wyjaśnię dlaczego. ,,Strach..." jest typowym reportażem, który punkt po punkcie spełnia wszystkie wytyczne przeznaczone dla tego gatunku literackiego. Nie chcę przez to powiedzieć, że jest to zła książka. W gruncie rzeczy cieszę się, że ją kupiłam ponieważ jest wyjątkowo rzetelna, fakty są odpowiednio poukładane. Dodatkowym walorem książki jest fakt, że jej autor, Peter Godwin w młodości został powołany do brytyjskiej policji południowoafrykańskiej, aby wziąć udział w wojnie o wyzwolenie Zimbabwe. Wiele prywatnych odniesień do opisywanych wydarzeń dodaje opowieści pewnego smaczku, który wybudza człowieka z marazmu oczekiwania na kolejną zbrodnie Mugabe.

Gdy przeczytałam tę recenzję zdałam sobie sprawę, że strasznie ,,kwoczę" i raczej nie zniechęcam Was do przeczytania ,,Strachu...". Absolutnie nie było to moim zamysłem. Książka bardzo mi się spodobała i spodoba się każdemu, kto interesuje się tą tematyką. Jednocześnie wiem, że osoby, które za reportażem raczej nie przepadają nie sięgną po tę książkę z tego samego powodu, co ja nie zdecyduje się przeczytać ,,Gone. Zniknęli" (Sheti, wybacz:)). Niemniej jakby kogoś ,,naleciało" na jakiś reportaż to z ręką na sercu mogę polecić mu ten.

Na dzisiaj to już wszystko, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Ps: Chyba zamęczę Was tymi reportażami:). Gwoli odmiany, następny będzie Sparks lub Picoult, nie mogę się zdecydować:).

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Z literą w tle.

środa, 24 kwietnia 2013

,,Czcigodny Pan nie miał nawyku czytania..."

,,Można napisać tylko jedną taką książkę w życiu.".

Nie trudno zgadnąć, że reportażem, o którym mówi Ryszard Kapuściński jest ,,Cesarz", który wywindował naszego najlepszego reportera na sam szczyt światowych list bestsellerów.
Książka stanowi owoc wieloletniej pracy i pobytu Kapuścińskiego w Etiopii i opowiada historię Hajle Sellasje, ostatniego cesarza tego kraju. Akcja książki podzielona jest na trzy części - ostatnie lata  panowania ,,Króla Królów", rewolucję i śmierć dyktatora.

Na szczególną uwagę zasługuje sposób prowadzenia narracji w ,,Cesarzu". Kapuściński zauważył, że większość reportaży jest w pewnym sensie identyczna. Ta sama tematyka (dyktatura, totalitaryzm...), ta sama struktura, te same chwyty stylistyczne. Aby urozmaicić swoją książkę autor postanowił ograniczyć do minimum komentarz odautorski, a kanwą narracji uczynić wywiady przeprowadzone z byłymi członkami rządku Hajle Sellasje, jego sługami (a raczej niewolnikami) oraz wszystkimi tymi, którzy mieli z cesarzem jakikolwiek kontakt i dotarcie do nich było stosunkowo łatwe (czyt. możliwe).

Utrzymaniu władzy przez cesarza sprzyjał mit, jaki wokół siebie wytworzył. Kapuściński doskonale to uchwycił. Tak wydawałoby się poniżająca czynność jak noszenie za cesarzem (odpowiednich rozmiarem) poduszek była dla ludzi zaszczytem. Sellasje był człowiekiem raczej niepozornym, prawdopodobnie cierpiącym na kompleks niższości. Znacznie ciekawsza była ,,aura", jaką wokół siebie roztaczał. Władca wydawał się być wyjątkowo łagodny, oceniający wszystko z dystansu. Prawda była jednak inna. Ludzie w ogólne go nie interesowali, głodujących ludzi na północy kraju nazwał ,,głodomorami". Geniusz Kapuścińskiego przejawił się w tym, że sam cesarz ani razu nie zabrał głosu, a był najlepiej i, mam wrażenie, że najwierniej przedstawioną postacią wśród bohaterów wszystkich dzieł współczesnego reportażu.
Hajle Sellasje I

,,Cesarz" to książka, która opowiada nie tylko o latach panowania Hajle Sellasje, ale stanowi rozprawę o rewolucji oraz o państwie totalitarnym, które charakteryzują się pewnymi stałymi cechami uniwersalnymi bez względu na miejsce rozgrywania się wydarzeń. Reportaż ten jest pod każdym względem wielowymiarowy i wart przeczytania, choć może stanowić wyzwanie dla czytelnika niezorientowanego w najnowszej historii Etiopii.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Notka bierze udział w wyzwaniu: Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.

sobota, 6 kwietnia 2013

,,Piszemy o pamiętaniu"


Wiem, że poprzez zamieszczenie w poprzednim poście stosiku z książkami, które mam zamiar przeczytać powinnam czuć się zobowiązana do stopniowego recenzowania każdej nich. Niestety, jak już pewnie niektórzy zdążyli zauważyć, nie jestem osobą zbyt słowną toteż postanowiłam nieco złamać ten swój harmonogram i do recenzji książki do tego uprawnionej dołączyłam recenzję jeszcze jednej, którą po prostu MUSIAŁAM przeczytać, a co za tym idzie zrecenzować. Proszę Państwa, oto dwie książki traktujące o przyczynach, przebiegu i skutkach zagłady (zagłada z natury jest skutków pozbawiona, ale żadne inne słowo nie opisuje lepiej tego, co działo się w latach 1939-1945 w Europie i w roku 1994 w Rwandzie). Oto ,,Zdążyć przed Panem Bogiem" Hanny Krall i ,,Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciecha Tochmana.



,,Zdążyć przed Panem Bogiem" to oryginalny w formie wywiad z Markiem Edelmanem, uczestnikiem powstania w getcie warszawskim, ,,jedynym, który przeżył". Niewielka objętościowo książeczka (nie jestem 

pewna, czy to dobre słowo) zawiera w sobie więcej prawd życiowych, niż jakikolwiek inny poradnik spod pióra Beaty Pawlikowskiej, czy innej ,,inspiratorki". Edelman, znany i ceniony ówcześnie kardiolog opowiada autorce o akcji likwidacji getta i o rzeczonym już powstaniu. Co znamienne, bohater (w dwojakim tego słowa znaczeniu) nawet nie stara się gloryfikować tego wydarzenia, a o Mordechaju Anielewiczu mówi tak, jak mówili o nim koledzy - Mordka. Tak bezpośrednie i szczere wyznania wzbudzały zdecydowany sprzeciw i oburzenie wśród licznych środowisk żydowskich, dla których wydarzenie to urosło do rangi symbolu. Prawda Edelmana wolna jest od prób heroizacji samego siebie, czy swoich przyjaciół. Jak sam mówi:

,,Ważne było przecież, że się strzela. To trzeba było pokazać. Nie Niemcom. Oni to potrafili lepiej. Temu innemu światu, który nie był niemieckim światem, musieliśmy pokazać. Ludzie zawsze uważali, że strzelanie jest największym bohaterstwem. No to żeśmy strzelali".

Ta lektura jest wręcz stworzonych dla ludzi interesujących się holocaustem, dla innych, uprzedzam bo zdaję sobie z tego sprawę, może wydać się nużąca. Mnie męczyły fragmenty dotyczące medycznej kariery Edelmana, która, niczego jej nie ujmując, jakoś nieszczególnie mnie zainteresowała. Zupełnie inaczej rysuje się fragment, w którym mężczyzna opowiada o tym, jak zjawisko głodu wygląda z perspektywy lekarza, dla którego tego typu tragedia jest niepowtarzalną ,,okazją" do zbadania tego zjawiska. 

Hanna Kral wypracowała swój własny, nowy styl wywiadu-reportażu (profesjonalnie zwanym reportażem literackim), gdzie większą część książki zajmuje wypowiedź rozmówcy, a komentarz autora ograniczony jest do minimum. 

,,Zdążyć przed Panem Bogiem" przeczyta każdy, kto choć trochę czuje się w obowiązku  by rozliczyć się ze wszystkimi lekturami szkolnymi, z jakimi przyszło mu mieć do czynienia. Zachęcam jednak, aby ta książka została przeczytana również i z tzw. wewnętrznej potrzeby. Warto, to tylko niewiele ponad sto stron.

***

Temat mojej prezentacji maturalnej to ,,Odkrywanie ,,czarnego lądu” – odwołując się do wybranych tekstów kultury, przedstaw wyłaniający się z nich obraz Afryki.". Nie ukrywam, że wybrałam sobie ten temat, aby mieć pretekst do kupienia sobie wielu książek, które już od dawna miałam ochotę przeczytać. ,,Dzisiaj narysujemy śmierć" do mojej bibliografii ,,wskoczyło" niemalże w ostatniej chwili. Nie wiem czemu, ale nigdy nie zwracałam na tę książkę większej uwagi. Jest to dla mnie tym bardziej niezrozumiałe z tego powodu, że od dawna interesuję się ludobójstwem w Rwandzie (nie pytajcie, dlaczego). 

Wojciech Tochman jest jednym z najlepszych polskich reportażystów. Wstyd mi się przyznać, że jest to moja pierwsza książka tego autora. Niech obroni mnie to, że przeczytałam ją w naprawdę rekordowym tempie.
Aspiracją Tochmana jest wyjaśnienie czytelnikowi, jak to się stało, że ,,kraj tysiąca wzgórz i miliona uśmiechów" stał się krajem, którego nazwa wzbudza w każdym mieszkańcu naszego globu strach i przerażenie. Istotnym jest to, że książka nie jest napisana ,,pod publikę". Autor nie epatuje tu utartymi formułkami, wyrywa się poprawności politycznej i schematom. Gdy zagłębimy się w przeszłość to jasnym dla nas stanie się fakt, że niebezpośrednią przyczyną tej masakry byli belgijscy kolonizatorzy, światli i miłujący świat Europejczycy. Autor sam przyznaje, że jadąc do Rwandy próbował w pewien sposób rozliczyć się z tą maskarą i zobaczyć/opisać  jak radzą sobie z nią ci, którzy ją przeżyli. Niestety, ani Tochamn ani Rwandyjczycy nie poradzili sobie z tym wyzwaniem. Zwoływane na szybko gacaca często skazują niewinnych ludzi, a jedyną karą dla zbrodniarzy jest kilka lat pracy w polu. Kilka metrów od ofiar wciąż mieszkają ich kaci.

Europejczycy nigdy nie zrozumieją tego, co stało się w Rwandzie w kwietniu 1994 roku. Mogą pisać o tym książki, mogą kręcić dokumenty, wysyłać pomoc humanitarną i żołnierzy w błękitnych hełmach. Tylko po co? Aby uciszyć sumienie? Nie potrafię napisać o tej książce szczerej i dobrej recenzji. Nie dam rady.  Za to Wojtek Tochman napisał:
,,Pytany jestem często, jak znoszę to, o czym piszę. Jaką osobistą cenę za to płacę? Odpowiedź nie wydaje mi się ani ważna, ani specjalnie interesująca. Wolałbym, aby ktoś, kto sięga po moją książkę, sam siebie spytał: dlaczego o tym czytam? Dlaczego się z tym mieszę?
Ja ze swojej strony napiszę tylko: zmierzcie się, proszę, z tą książką. Całemu światu wyjdzie to na dobre.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze  udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi, czyli czytajmy polską literaturę.


niedziela, 24 marca 2013

Czy odnalazłeś już swojego Boga?


,,Wejrzyj na moją potrzebę, której nie znam nawet ja sam"
                   ~François Fénelon


Jakiś czas temu zainteresowałam się serią Bieguny (wydawnictwo Carta Blanca). Jedną z książek, które wpadły mi dzięki niej w ręce jest druga publikacje Erica Weinera (autora ,,Geografii szczęścia") pt. ,,Poznam sympatycznego Boga. Moje flirty z istotami wyższymi".

Jednym  z czynników, dzięki którym zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę była jej fantastyczna, niezwykle inspirująca i zapowiadająca ciekawą zawartość okładka. Sympatyczny pan z ciekawą fryzurą i, zaryzykujmy, makijażem oraz okularami przeciwsłonecznymi przywołuje mi na myśl zjawisko zderzania się oraz przenikania dwóch obcych sobie kultur. Eric Weiner postawił sobie na cel swobodne poruszanie się wśród tych, których głównym wyznacznikiem jest religia. Autor pewnego dnia z dość błahych powodów trafił do szpitala, gdzie jedna z  pielęgniarek zadała mu jedno dające do myślenia pytanie, które stanowi tytuł tego posta.

Wtedy właśnie Weiner postanowił ,,przebadać" kilka religii i wybrać z nich tę, która będzie dla niego najodpowiedniejsza. Tymi religiami okazały się: sufizm, buddyzm, franciszkanizm, raelianizm, taoizm, wicca, szamanizm i kabała. Czytelnik po kolei poznaje każdą z nich wprowadzając się razem z autorem do sufickich komun, odwiedzając taoistyczne pustelnie czy bawiąc się na raelianistycznych imprezach (inaczej nie da  ich nazwać, jak przeczytacie, zrozumiecie dlaczego).

O kilku opisanych w książce religiach nigdy w życiu nie słyszałam, inne są mi znane już od dawna. Weiner nie skupia się jednak jedynie na przedstawieniu tych wyznań, między wierszami prowadzi również pewną dyskusję między wierzącymi a ateistami, do których, jak mu się wydawało, swego czasu należał.

Niech nie zwiedzie Was jednak lekki styl autora (brak -izmów i tym podobnych), książką naprawdę ma sporo do zaoferowania. Dla wytrwałych przeznaczona jest całkiem bogata bibliografia zamieszczona na końcu publikacji.

Z ,,Poznam..." wiąże się dla mnie kilka miłych spojrzeń. Książkę tę dostałam w prezencie na Gwiazdkę, a skończyłam ją czytać tuż przed Sylwestrem.
Polecam ją wszystkim tym, którzy chociaż w małym stopniu interesują się teologią lub po prostu chcą troszkę poszerzyć swoje horyzonty. Czeka Was mnóstwo świetnej zabawy, gwarantuję:)

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
                                   Franca