Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść historyczna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 września 2014

Nie tylko Dywizjon 303 [Remigiusz Mróz ,,Turkusowe szale"]

II wojna światowa jest jednym z najczęściej występujących w powieściach wątków historycznych. Jest to bardzo wdzięczny temat, za jego pomocą można ukazać bohaterstwo, tragedię oraz niezwykłe cechy charakteru stworzonych przez siebie postaci. Świadomość historyczna dotycząca tego okresu nie jest dobra, powszechnie znane są tylko najważniejsze momenty tego okresu. Z tego względu na szczególną uwagę zasługują teksty kultury, które ukazują swoim odbiorcom mniej popularne wątki tego konfliktu. Jeśli chodzi o polskie lotnictwo, to szczególne miejsce w świadomości wszystkich Polaków zajął działający na terenie Wielkiej Brytanii Dywizjon 303. Remigiusz Mróz, w swojej najnowszej książce zatytułowanej ,,Turkusowe szale" postanowił przybliżyć losy innej formacji wojskowej działającej na obczyźnie - 307 Dywizjonu Nocnego Myśliwskiego ,,Lwowskich Puchaczy".
Remigiusz Mróz,
Turkusowe szale,
wydawnictwo Bellona,
Warszawa 2014,
stron 524.

Akcja tej powieści rozpoczyna się w 1940 roku w Squires Gate. Grupa polskich lotników, czekająca na sformowanie dywizjonu, do którego mieli zostać wcieleni, odbywa konieczne szkolenia. Nie są oni zainteresowani podnoszeniem swoich umiejętności w zakresie znajomości języka angielskiego i topografii państwa, na terenie którego będą walczyć, chcą walczyć. Ich sytuacja poprawia się, gdy Feliks Essker i Leon Merowski biorą sprawy w swoje ręce i wyruszają na samozwańczą misję. Od tej pory zadaniem Polaków jest patrolowanie wyznaczonego terenu w nocy i zmaganie się z trudami dnia codziennego za dnia, tymczasem ich szeregi zaczynają topnieć. Z czasem okazuje się, że nie jest to dziełem przypadku, ani wrogich samolotów. W bazie czai się szpieg. 

Niemalże wszyscy bohaterowie tej książki to żołnierze, nic więc dziwnego, że posługują się oni wojskowym żargonem. Jego szczególną odmianą są maksymy pułkownika Tritcharta, które towarzyszyły bohaterom podczas każdej większej akcji, wizyty w barze, czy koleżeńskiej kłótni. Poza akcentem humorystycznym, ukazują one przywiązanie żołnierza do swojego pierwszego przełożonego czy też, jak w tym przypadku, szanowanego szkoleniowca. Jest to wyraz starego żołnierskiego, choć niekoniecznie eleganckiego, etosu. Przedstawicielem starej wojskowej szkoły jest major Żyro. Jego nieco przerysowana postać wzbudziła we mnie wiele sympatii, trzymałam kciuki za to, by do końca lektury okazał się on tak kryształowo uczciwy, jak na jej początku. Poza tym, styl wypowiedzi, którym się posługiwał, stanowił miłą odskocznię od nieco irytującego pod koniec wojskowego żargonu. 

Głównym bohaterem tej książki jest Feliks Essker, to głównie jemu towarzyszymy podczas poznawania akcji tej ksiażki, chociaż poczynania podporucznika nie są jedynym planem fabularnym tej powieści. Losy Esskera przestają być najważniejsze, gdy na pierwszy plan wysuwają się dramatyczne poszukiwania grasującego w bazie szpiega. Akcja tej książki rozgrywa się bardzo szybko, głównie z powodu braku ,,nadprogramowych" opisów. Remigiusz Mróz nie lubi stosować opisów i dał temu wyraz również w swoich książkach z serii ,,Parabellum" (recenzje pierwszych dwóch części możecie przeczytać tu i tu). Jego czytelnicy poznają dokładniej dane miejsce, postać czy przedmiot tylko wtedy, gdy jego wygląd odgrywa znaczącą rolę dla rozwoju akcji książki. 

,,Turkusowe szale" mogę polecić osobom ceniącym autora za jego poprzednie książki, z pewnością nie zawiodą się oni na tej powieści. Tym, którzy nie mieli z nimi do czynienia rekomenduję ,,Turkusowe szale" jako sensacyjno-historyczną powieść popową. Dlaczego popową? Dlatego, że jest to książka, którą czyta się niezwykle szybko, autor nie wymaga od czytelnika poważnej wiedzy historycznej, to on ją podaje i to w pigułce bardzo łatwej do połknięcia. Profesjonalny historyk lub po prostu osoba żywo interesująca się historią z pewnością potraktują ją jako przyzwoitą powieść rozrywkową zgodną z ich zainteresowaniami. Moimi też. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


Egzemplarz tej książki otrzymałam dzięki uprzejmości jej autora oraz wydawnictwa Bellona. Dziękuję za zaufanie.

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi

czwartek, 15 maja 2014

Kein problem?

Wojna niesie ze sobą śmierć, cierpienie i zniszczenie, jest okrutna i brutalna. Nie można jej jednak odmówić tego, że jest, o zgrozo, świetnym i chętnie wykorzystywanym motywem literackim. Najciekawsze opracowania i powieści historyczne praktycznie zawsze w pewien sposób nawiązują do określonego konfliktu zbrojnego. W ostatnich kilkudziesięciu latach, z oczywistych względów, najwięcej emocji zbudza II wojna światowa. Sporo tekstów napisanych przez świadków wojny widnieje już w kanonie lektur szkolnych, a te napisane przez ludzi, którzy szczęśliwie jej nie doświadczyli, cieszą wielką, choć już pozaszkolną popularnością.

Przykładem tego typu utworu jest cykl powieściowy Parabellum stworzony przez Remigiusza Mroza. Pierwsza część tej serii, Prędkość ucieczki, podbiła serca większości bloggerów, którzy postanowili po nią sięgnąć. Muszę przyznać, że ja również jestem wielbicielką tego tomu, a to oznacza, że od jego kontynuacji wymagam naprawdę sporo. Horyzont zdarzeń na szczęście szybko trafił w moje ręce i... równie bystro wrócił na półkę. Dlaczego?

Co tu dużo mówić, wszystkie części Parabellum czyta się błyskawicznie. Druga część tego cyklu  jest o sto stron krótsza od swojej poprzedniczki, ale jej akcja nie zwalnia nawet na chwilę. Bracia Zaniewscy podróżują po całej Europie, jeden wraz ze swoją żydowską narzeczoną ucieka przed nazistami do Francji, drugi musi zmagać się z nieludzkimi czerwonoarmistami. Dokładny opis fabuły znajdziecie w recenzji Prędkości ucieczki. To dobry moment na to, żeby wspomnieć o tym, że powinno czytać się te powieści w odpowiedniej kolejności. Jeśli zaczniecie od drugiej części, ominie Was sporo informacji i rozwiązań, których efekty są bardzo ważne dla rozwoju fabuły w Horyzoncie zdarzeń

Akcję tej książki poznajemy z czterech perspektyw: Obelta, polskiego kapitana, który trafił do niemieckiego obozu jenieckiego; Bronisława i jego towarzyszy, którzy walczą na Wschodzie; Stanisława uciekającego wraz z narzeczoną do Francji oraz niemieckich żołnierzy tropiących Staszka i Marię z charyzmatycznym Christianem Leitnerem na czele. W tej części poznaliśmy kilku nowych bohaterów takich jak Wiektor Iwanowicz Sidorenko, mały Lucas czy państwo Boiss. Część z nich odegrała w tej historii niebagatelne znaczenie, inni zniknęli równie szybko, co się pojawili. Niestety, jak to na wojnie, z pewnymi bohaterami, znanymi jeszcze z Prędkości ucieczki, musieliśmy się pożegnać. Bardzo się cieszę, że pod koniec tej tej książki przynajmniej jeden z braci przypomniał sobie o swoich rodzicach. Nieco niepokoiło mnie to, że Staszek wędrował z ukochaną przez Niemcy ani razu nie wspominając swoich rodziców, którzy pozostali w okupowanej Warszawie. Poczynaniami Bronisława również nie kierowała troska o matkę i ojca, ale o Anielę, dziewczynę, którą zostawił w Baranowiczach. Mam nadzieję, że wątek losu rodziców, a właściwie już samej matki braci, zostanie przedstawiony w kolejnych częściach.

Tym, co jest najbardziej charakterystyczne dla prozy Remigiusza Mroza są niesamowite zwroty akcji. Czytelnik nie jest w stanie przewidzieć, co wydarzy się na następnej stronie, a jeśli ma jakieś przewidywania, z pewnością są one błędne. To zwodzenie czytelnika jest ważnym elementem ekspresowo rozwijającej się akcji oraz fabuły Horyzontu zdarzeń. Bez niego Parabellum nie byłoby tym samym, czym jest.

Na pochwałę w tej książce zasługuje również to, co jest bardzo ważne dla każdego bibliofila - oprawa graficzna. Wszystkie części Parabellum rzeczywiście wyglądają na półce jak cykl i to porządnie wydany. Oto kolejny powód przemawiający za tym, że warto sięgnąć po Horyzont zdarzeń zwłaszcza jeśli lubicie podejrzane zbiegi okoliczności oraz wartką akcję. Drugą część tego wielowątkowego cyklu można nazwać zarówno powieścią historyczną, jak i sensacyjną, więc każdy powinien znaleźć w niej coś dla siebie. Polecam i życzę miłej, choć niestety bardzo krótkiej, lektury.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi.

Za możliwość otrzymania tej książki dziękuję jej autorowi Remigiuszowi Mrozowi

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Królowa (podobno) powieści historycznej po raz drugi

Gdy w 1453 roku Turcy zdobyli Konstantynopol i doprowadzili do upadku cesarstwa wschodniorzymskiego, w Europie uważano, że stanowi to zapowiedź nadchodzącego końca świata. Na ewentualną apokalipsę szczególnie musieli przygotować się chrześcijanie, dla których oznaczała ona moment rychłego spotkania ze Stwórcą. To, w jaki sposób wyznawcy Jezusa powinni przygotować się na ten sądny dzień i czy w ogóle powinni się go w najbliższym czasie spodziewać próbował zbadać Kościół. 

Ten krótki wycinek historii zainspirował brytyjską autorkę bestsellerów, Philippę Gregory, do napisania serii książek zatytułowanej Zakon Ciemności. Jak dotąd w Polsce ukazały się dwie jej części: Odmieniec (którego chaotyczną recenzję możecie przeczytać tutaj) i Krucjata, którą mam przyjemność teraz recenzować. 

Głównymi bohaterami tej serii są Luca Vero - młody inkwizytor i Izolda Lucretili - dziedziczka sporych włości, z których została wypędzona przez swojego brata. Mają oni różne cele. Luca musi badać wszystkie wydarzenia, które miałyby wskazywać na to, że koniec świata jest blisko, zaś Izolda zmierza do syna swego ojca chrzestnego, który ma pomóc jej w odzyskaniu tego, co utraciła po śmierci ojca. W ich spełnieniu pomagają im Freize, sprytny giermek, brat Piotr, skryba i Iszrak, muzułmańska towarzyszka i przyjaciółka Izoldy. Grupa ta poznała się w dość ciekawych okolicznościach opisanych w Odmieńcu. Tym razem bohaterowie przybywają do Piccolo, niewielkiego włoskiego miasteczka, do którego zmierza dziecięca krucjata prowadzona przez charyzmatycznego młodzieńca Johanna. Młody przywódca tej niezwykłej wyprawy swoimi płomiennymi kazaniami przekonuje do siebie większość mieszkańców miasta oraz Lucę i Izoldę. Johann wydaje się mieć czyste intencja oraz niezwykły kontakt z Bogiem, który... pomoże  mu rozstąpić morze?
Od razu chciałabym zaznaczyć, że pisząc Krucjatę Gregory wystrzegła się wielkiego błędu, jaki popełniła w swojej poprzedniej książce. Największym minusem Odmieńca była przewidywalność, nie trudno było zgadnąć co wydarzy się za pięć, dziesięć, pięćdziesiąt stron. W tej części tajemnice i niejasności mnożą się na potęgę, co znacznie uatrakcyjnia lekturę. Niestety, niektóre z elementów fabuły nie są zbyt prawdopodobne. Najlepszym tego przykładem jest jeden z bohaterów, który narobił w tej książce sporego zamieszania po czym zniknął z jej kart i został przez inne postacie zwyczajnie zapomniany.

Gregory wielką uwagę przywiązuje do bohaterów swoich książek i bardzo zależy jej na tym, by czytelnik nie przeszedł obok nich obojętnie. W tym celu tworzy ich charakterystykę, którą przedstawia w tekście w dość prosty i oczywisty sposób, po czym nie daje odbiorcy zapomnieć, że Freize jest sympatyczny i ma dobre serce, a Izolda ma piękne blond włosy i jest prawdziwą damą (z tym ostatnim zażarcie bym polemizowała). Najważniejsze cechy kolejnych postaci (maksymalnie po dwie/trzy na głowę) nachalnie wbija nam głowy jakby krzycząc: pamiętaj, ten bohater jest taki i nie może być inny! Dość zabawny jest również fakt, że pisarka koniecznie musi podkreślać to, że bohaterowie jej książki są ładni. Luca jest nieziemsko przystojny, pewien korsarz również, Iszrak ma wspaniałą brzoskwiniową cerę, a Izolda... Izolda jest spełnieniem marzeń każdego inkwizytora. 

Pomimo tego, że wymieniłam powyżej kilka minusów tej powieści to bardzo żałuję, że jest ona tak krótka. Fabuła całej tej serii ma wielki potencjał i gdyby Gregory zdecydowała się stworzyć z niej kilkutomowy cykl dla dorosłych, wyszedłby z tego całkiem przyzwoity bestseller. Niestety, próba ukierunkowania jej na teksty historyczo-młodzieżowe zabrała Zakonowi Ciemności większość jego czaru i możliwości. Z tej serii można było wycisnąć znacznie więcej. Ja jednak, na przekór swojej własnej opinii, sięgnę po kolejne jej części. Pomijam już to, że pięknie prezentują się one na półce (brawa dla wydawnictwa za rewelacyjną oprawę graficzną!) to na dodatek, pomimo licznych ich minusów, ciężko jest zrezygnować z możliwości śledzenia przygód młodego inkwizytora i jego przyjaciół. Chyba nie powinnam brać się za serię, nie potrafię się od nich oderwać.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniu Czytamy powieści historyczne. 

sobota, 12 kwietnia 2014

Życie swe dziecięce oddali za Ojczyznę

W 1918 roku, pomimo odzyskania przez Polskę niepodległości, wciąż nierozwiązana pozostawała sprawa jej granic, zwłaszcza wschodnich. Kością niezgody, jedną z wielu, był Lwów, do którego przyznawało się kilka państw, przede wszystkim Ukraina i właśnie Polska. W latach 1918-1919 toczyła się między tymi krajami wojna, w której do wygrania były olbrzymie połacie ziemi. Walki o Lwów były szczególnie zacięte i w pewien sposób nietypowe, ponieważ żołnierzami broniącymi polskich praw do tego miasta były dzieci - Orlęta Lwowskie.
Pamięci tych wszystkich,
którzy życie swe dziecięce
oddali za Ojczyznę*
Blisko dwadzieścia lat po tym wydarzeniu, węgierski twórca powieści dla młodzieży, Jenő Szentiványi napisał książkę o bohaterskiej postawie młodych Polaków i zatytułował ją po prostu Orlęta Lwowskie.  Dr Jarosław Szarek w swojej opinii dotyczącej tej książki zamieszczonej na jej okładce stwierdził, że
Ta książka sprawiła, że niejeden młody Węgier chwycił za broń w antysowieckim powstaniu 1956 roku*
Nie jestem pewna, czy to prawda, ponieważ na Węgrzech powieść ta została wydana tylko raz, co świadczy o tym, że nie była ona rozrywana przez czytelników. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że od jej powstania do słynnego zrywu węgierskiego minęło mniej niż dwadzieścia lat, więc ów pierwsze wydanie było wciąż dość aktualne. 

Głównymi bohaterami tej książki są członkowie rodziny Potockich. Kazimierz, Stanisław, Maria oraz ich matka mieszkają we Lwowie, ojciec rodzeństwa jako oficer przebywa obecnie w Warszawie. Życie Potockich toczy się dość zwyczajnie; do momentu, w którym dociera do nich informacja, że wojska austro-węgierskie wycofują się z terenów Rzeczypospolitej tym samym oddając sporą ich część, między innymi Lwów, Ukraińcom. Zdecydowana większość polskiej części tego miasta nie zgadza się z tym postanowieniem. Zaczyna się walka, w której naprzeciwko siebie stają wykwalifikowani i przede wszystkim dorośli żołnierze oraz... dzieci.

Orlęta lwowskie to opowieść o odwadze i poświęceniu ludzi, którzy zamiast w okopach powinni siedzieć w ławkach szkolnych. Uczniowie szkół lwowskich jak jeden mąż rzucili się do obrony swojego miasta, nierzadko oddając za nie swoje zdrowie i życie. Wojna polsko-ukraińska została w tej książce przedstawiona z perspektywy młodzieży biorącej w niej udział. Dzięki temu zabiegowi relacja z opisywanych wydarzeń jest bardzo emocjonalna, ale też rażąco prawdziwa i szczera. Niestety, zazwyczaj jest tak, że jeśli poznajemy daną historię z czyjejś perspektywy, wersja tej drugiej strony jest, łagodnie mówiąc, zaniedbana. Pomimo tego, że książka Szentiványiego jest powieścią historyczną, nie doszukamy się w niej wnikliwego analizowania sytuacji politycznej czy drobiazgowego przedstawiania określonych postaci historycznych (oczywiście wplecionego w tok narracji).  Orlęta lwowskie opowiadają o bohaterstwie młodych obrońców powracającej na mapy Europy Rzeczypospolitej. Z fabularnym opracowaniem historycznym niewiele ma ta powieść wspólnego, co jednak niekoniecznie musi być jej minusem. To, czego oczekujemy od powieści historycznej zależy tylko od nas. Jedni pisarze skupiają się na faktach historycznych, Szentiványi skupił się na ludziach. 

Bohaterowie tej książki nie są zbyt dobrze zarysowani przez narratora. Poznajemy ich głównie dzięki licznym dialogom pojawiającym się na kartach tej powieści. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, że większość z nich używa jeszcze czasu zaprzeszłego (zrobił był, poszła była), we współczesnej polszczyźnie już niemalże martwego. Ten szczegół dodaje powieści wiele uroku. 


Orlęta lwowskie to książka historyczno-młodzieżowa. Myślę, że warto podsuwać ją nastolatkom oraz starszym dzieciom do czytania ponieważ dostarcza ona wielu godnych naśladowania wzorców osobowych. Dodatkowo jest ona napisana w taki sposób, że nie zmęczy młodego czytelnika mnogością informacji czy trudnym językiem. Ja swoje 18-naste urodziny mam już kilka lat za sobą, ale również bardzo miło będę wspominała tę lekturę. Polecam ją wszystkim. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Wojna i literatura, Czytam książki historyczne i Czytam książki wydane przed 1990 rokiem

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

Szentiványi Jenő, Orlęta Lwowskie, Wydawnictwo M, Kraków 2013 (dedykacja)
Szentiványi Jenő, Orlęta Lwowskie, Wydawnictwo M, Kraków 2013 (fragment opisu na okładce)

niedziela, 16 marca 2014

Lengyel, Magyar - két jó barát, együtt harcol, s issza borát.

Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki. Nie wiem, czy to to historyczne przysłowie sprawiło, że od najmłodszych lat pałam niezwykłą sympatią do Węgier, czy sprawił to jakiekolwiek inny czynnik taki jak na przykład język, którym posługują się mieszkańcy tego kraju - dzięki swej trudności, jeden z najpiękniejszych z jakimi kiedykolwiek się spotkałam. Naprawdę nie wiem. Pewna jestem jednak tego, że Węgry kocham całym sercem, i ze względu na moją miłość do książek, kocham też o nich czytać. Gdy tylko dowiedziałam się, że mam możliwość otrzymania książki Consilii Marii Lakotty zatytułowanej Mariska z węgierskiej puszty, odrzuciłam na bok wszystkie moje plany czytelnicze i czym prędzej zabrałam się do lektury tej powieści. Opis na okładce informuje nas, że: ,,Fabuła oraz imiona bohaterów są fikcją literacką. Autentyczne są natomiast losy narodu węgierskiego (...)". Krótko i potocznie mówiąc - w to mi graj!

Tytułowa Mariska to rozsądna i zaradna trzydziestokilkuletnia kobieta, która o wszystko w swoim życiu musiała walczyć. Czyniła to zawsze z uśmiechem na twarzy, tak charakterystycznym dla ludzi ze wsi przywykłym do godzenia się ze swoim losem. Poznajemy ją w momencie gdy przybywa do hrabiego Gezy von Czolnego z prośbą, a właściwie żądaniem o pozwolenie zawarcia związku małżeńskiego z koniopasem, Jarosem. Córką hrabiego jest Juliska, dziewczyna zakochana w Gaborze, bracie Jarosa. Ta para ma o wiele mniej szczęścia niż Mariska i Jaros. Na początku XX wieku, zwłaszcza na prowincji, taki mezalians był nie do pomyślenia. Losy Juliski i Gabora, genialnego skrzypka, rozstają się, zaś związek drugiej pary kwitnie, rodzą im się dzieci, które po latach postanawiają poświęcić się Bogu. 

Powyższy opis obejmuje losy bohaterów do momentu, w którym w ich życie wkradła się tzw. wielka historia, która w tym wypadku przybrała postać wojen światowych oraz ich skutków związanych głównie z komunizmem. Dla akcji tej książki tło historyczne ma kolosalne znaczenie. Lakotta nie wymaga jednak od czytelnika rzetelnej wiedzy historycznej, wszystko wyjaśnia na kartach swej książki. Czego nie wytłumaczyła autorka, redaktor dopowiedział w przypisach. Tragiczne losy Węgier spętanych jarzmem komunizmu bardzo przypominają powojenne dzieje Polaków. Lakotta skupiła się głównie na historii Kościoła, i jego dzieci, ale nie zaniedbała przy tym innych wątków. Michael, syn Mariski i Jarosa, postanowił zostać księdzem i to na przykładzie jego postaci ukazane są próby niszczenia Kościoła jako ostatniej ostoi kapitalizmu przez kapitalistów. 

Pomimo tego, że w swojej recenzji cały czas wspominam o istotnej roli religii w tej książce, nie jest to motyw absolutnie dominujący. Mariska z węgierskiej puszty jest powieścią wielowymiarową. Znajdziemy w niej kilka wątków romansowych, dużo różnego rodzaju tragedii ludzkich, trochę dziecięcych zabaw i sporo historii. Wszystko to zostało dość sprawnie połączone w całość, więc czytelnik nie ma odnosi wrażenia, że w książce panuje chaos. Język tej powieści nie jest zbyt wyszukany. Ot, taki typowo powieściowy. Na pochwałę zasługuje wplątanie do tekstu wielu węgierskich słów i przysłów, które nadają mu koniecznego realizmu. Bardzo ważny dla wszystkich bohaterów tej książki jest patriotyzm. Co kilka kartek pobrzmiewa dumne ,,En Magyar ember vagyok" - jestem Węgrem. 

Jedynym, co nie podoba mi się w tej książce jest jej wydanie. Wybrany papier jest świetny, książka jest bardzo lekka, ale jej okładka bardzo zawęża grono czytelników, którzy by po nią sięgnęli. Młoda, pięknie umalowana kobieta z okładki nie przypomina żadnej z bohaterek występujących w tej powieści. Całość przywodzi na myśl typowe romansidło, co ani trochę nie pasuje do tej publikacji i w gruncie rzeczy stanowi jej ujmę. 

Czytałam już kilka recenzji książek Lakotty, większość była negatywna. Tym bardziej zaskoczyłam się poziomem Mariski z węgierskiej puszty. Nie jest to książka na miarę wielkich klasyków, ale śmiem twierdzić, że miłośnicy powieści obyczajowych oraz historycznych nie powinni być nią zawiedzeni. 

To wszystko na dziś, dziękuję i pozdrawiam,
Franca

Za możliwość otrzymania egzemplarza tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

niedziela, 9 lutego 2014

Drobna uwaga - na pewno umrzecie

Uwielbiam czytać książki dotyczące spraw, które powinny dotyczyć tylko dorosłych (a najlepiej nikogo), napisane przez dzieci. Porusza mnie ich nieco naiwna narracja, powolne odkrywanie prawdy, niezwykła dojrzałość i umiejętność dostosowania się do sytuacji. Klasykiem tego typu literatury jest ,,Dziennik" Anny Frank pisany w latach 1942-1944. Anna Frank doświadczyła tego, co niesie ze sobą wojna i dzięki wrodzonemu talentowi udało się jej to znakomicie opisać. Co w przypadku, gdy książkę o wojnie widzianej z perspektywy dziecka napisał ktoś, kto nigdy nie miał z nią nic wspólnego? Co więcej, napisał ją doskonale.

Markus Zusak opublikował Złodziejkę książek dokładnie 30 lat po swoich narodzinach w 1975 roku. O II wojnie światowej wiedział tyle, ile przekazali mu jego rodzice, Austryjak i Niemka. Opowieść o bombardowaniu Berlina zrobiła na nim wielkie wrażenie i zainspirowała go do napisania książki jego życia, której główną bohaterką uczynił niemiecką dziewczynkę, która stopniowo i nie do końca uczciwie poznaje ukryty w książkach świat.

Wojna wisi w powietrzu. W obliczu zagrożenia matka dziesięcioletniej Liesel i sześcioletniego Wernera decyduje się oddać dzieci do rodziny zastępczej. Długa podróż okazuje się zabójcza dla chłopca, który umiera i zostaje pochowany nieopodal zupełnie przypadkowej stacji. Podczas pogrzebu z kieszeni jednego z grabarzy wypada książka Podręcznik grabarza. Dwanaście sukcesów w kopaniu grobów, która staje się pierwszą ukradzioną przez dziewczynkę lekturą. Niedługo po tym Liesel trafia do rodziny Hubbermanów, poczciwego Hansa i dosadnej Rosy. Dziewczynka musi nauczyć się radzić sobie w nowym środowisku, co z czasem świetnie się jej udaje. Pewnego dnia do drzwi Hubbermanów puka Maks, syn zmarłego przyjaciela Hansa i - co najgorsze w tamtych czasach - Żyd. 

Najciekawsze w tej książce jest to, że jej narratorem jest spersonifikowana Śmierć, przedstawiona jako mężczyzna (co jest dość nietypowe). Jej/jego sposób narracji jest dość prosty, jakby dostosowany do dziecka, którym jest Liesel oraz pełen czarnego humoru. Śmierć jakby tłumaczy się przed czytelnikiem ze swojej funkcji i robi to w taki sposób, że jesteśmy w stanie zobaczyć jej żartobliwy błysk w oku i obojętne wzruszenie ramion. Co jakiś czas zdradzane nam jest to, co stanie się z kolejnymi bohaterami po czym na długo pozostawiani jesteśmy w niepewności. 

Tylko nie pożryjcie wszystkiego od razu - poradził i tyle widzieli X.Y. Jeżeli o mnie chodzi, to oczywiście jeszcze go spotkałem. SKROMNY HOŁD DLA X.Y., KTÓRY JESZCZE ŻYJE. 

Fantastyczną zapowiedzią tego, czego możecie spodziewać się po tej książce jest jej okładka imitująca zniszczony papier z rysunkiem dziewczynki idącej pod rękę ze śmiercią. Niewinna, a zarazem szokująca obwoluta została stworzona przez kogoś, kto z pewnością dobrze rozumie przesłanie tej powieści. 

Gwoli podsumowania chciałabym tu zamieścić zdanie kończące recenzję Złodziejki książek autorstwa Adama Szostkiewicza: Można się delektować prozą Zusaka jako eksperymentem literackim, ale ja gratulowałbym mu zwłaszcza daru empatii historycznej i ludzkiej. Otóż to. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Wojna i literatura, Czytamy książki historyczne, Jasna strona mocy

wtorek, 4 lutego 2014

Po odrodzenie do Egiptu

Przygotowałam sobie na ten miesiąc książki, które planowałam przeczytać już od dawna, a zaczęłam od tej, która pojawiła się na mojej półce niczym królik z kapelusza maga za sprawą wygranej w konkursie Darii Michalkiewicz.
Mowa o Odrodzonej autorstwa Tucker Malarkey. Szczerze mówiąc, mając na uwadze okładkę tej książki, myślałam, że jest to typowy romans. Rzeczywiście, jest to romans, choć z nutką tajemnicy 
i piramidami w tle.

Lata czterdzieste XX wieku dobiegają końca. Gemma Bastian, londyńska pielęgniarka, otrzymuje telegram z informacją, że jej ojciec, przebywający dotąd w Egipcie archeolog, zmarł na zawał serca. Gemma wyrusza więc do kraju faraonów, by pochować ojca. Zatrzymuje się w Kairze, u przyjaciela ojca, gdzie poznaje Michaela, oszpeconego kuternogę - bohatera wojennego, oraz jego brata Anthony'ego. Bracia ewidentnie za sobą nie przepadają, jedynym co ich łączy jest brak przyjacielskich stosunków z ich ojcem oraz zauroczenie Gemmą. Spokój rodziny Lazarów burzy to samo, co nie daje spać śmietance światowych egiptologów, antykwariuszy i miłośników szeroko rozumianych staroci. Zaginione ewangelie Gromu, Filipa, Tosza i Marii Magdaleny. Każdy chce je mieć, za każdą cenę. Okazało się, że śmierć Charles'a Bastiana również miała z nimi wiele wspólnego - ile - tego postanawia dowiedzieć się Gemma. 

Fabuła tej książki jest całkiem ciekawa, zwłaszcza że część opisywanych w niej wydarzeń jest oparta na faktach. Wyraźnie widać w niej inspirację twórczością Dana Browna z tym, że w jego książkach tajemnica i towarzysząca jej zbrodnia jest na pierwszym miejscu. W Odrodzonej, zwłaszcza na początku, najważniejsze są naiwne przemyślenia Gemmy dotyczące rodziny Lazarów oraz jej skomplikowane relacje z Michaelem i Anthony'm. Ewangelie wydają się być tylko tłem napędzającym działania bohaterki, która waha się między przystojnym morfinistą i zamkniętym w sobie archeologiem. Akcja prowadzona jest nieco zbyt szybko, kilka wątków pojawiło się i natychmiast znikło. Również część (tylko część) dialogów jest odrealniona i przeintelektualizowana. Autorka na siłę stara się podkreślić inteligencję i spryt Gemmy, co irytuje czytelnika. 

Skoro zabrałam się już za narzekanie, to dostanie się też okładce, która sama w sobie nie jest taka zła, ale... 
Dziewczyna z rozwianymi włosami i koszulce z cienkimi ramiączkami wpatrująca się w nie wiadomo co raczej nie budzi naszych skojarzeń z zaginionymi ewangeliami, mroczną tajemnicą Kościoła i niebezpiecznym śledztwem. Wydaje mi się, że przez nie najbardziej fortunną okładkę autorce nie udało się dotrzeć do tej grupy docelowej, do której by sobie życzyła. Oczywiście nie jest to jej winą, tym razem zawaliło wydawnictwo. Natknęłam się na inną okładkę tej książki, którą możecie zauważyć obok. Moim zdaniem ta jest o wiele lepsza i nie wprowadza potencjalnych czytelników w błąd. 

Czas na plusy tej książki, których trochę udało mi się zauważyć. Przede wszystkim, Odrodzona została napisana w taki sposób, że historia Gemmy powinna przypaść do gustu zarówno miłośnikom starożytnych tajemnic, jak i wielbicielom niebanalnych powieści obyczajowych. Pod koniec powieści, niemogłam się od niej oderwać (choć samo zakończenie nieco mnie rozczarowało), zainteresowałam się również motywem wojny pojawiającej się co i rusz, zwłaszcza w wspomnieniach Gemmy i Michaela, którego postać jest wyjątkowo mocnym punktem książki. Młody as lotnictwa po wielu wojennych sukcesach pada ofiarą ostrzału i wraz ze swoim samolotem spada na ziemię. Udaje mu się przeżyć, choć jego blizny oraz proteza nogi nie pozwalają mu zapomnieć o tym, co wydarzyło się w powietrzu oraz na jednym z francuskich pól. Michael nie potrafi uporać się z demonami wojny i nikt nie potrafi mu pomóc. 

Polecam tę książką osobom, które pomimo braku wolnego czasu pragną przeczytać powieść, która pobudzi ich ciekawość oraz pozwoli się zrelaksować. Odrodzoną czyta się błyskawicznie. Kto zabił? Kto ukrył? Kto przechował? Kto przeżyje? Kogo wybierze Gemma? Jeśli jesteście zainteresowani odpowiedziami na te pytania, zachęcam Was do lektury tej książki.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu i Jasna strona mocy

poniedziałek, 16 grudnia 2013

,,Ja was posyłam jak owce między wilki"


Ten cholerny chłopak z pewnością zna wagę takich wartości jak ,,honor" i ,,odwaga", ale rodzice powinni dać mu na imię ,,bezmyślność", a na nazwisko ,,próżność". Osobliwy człowiek.

Parabellum to zbitka dwóch łacińskich słów będących częścią klasycznej łacińskiej sentencji: ,,Si vis pacem, para bellum" dosłownie ,,Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny". Chichotem historii jest fakt, że jest to również nazwa ośmiostrzałowego pistoletu samopowtarzalnego kalibru 9 mm produkcji niemieckiej. Być może ten zbieg okoliczności zainspirował Remigiusza Mroza do nazwania tak swojej drugiej, tym razem już stricte wojennej powieści zatytułowanej właśnie Parabellum. Prędkość ucieczki, z którą miałam przyjemność się zapoznać.


Latem 1939 roku wszyscy czuli w powietrzu zbliżającą się wojnę z Niemcami. Nie wiadomo było, kiedy i gdzie dokładnie wróg uderzy, ale zdawano sobie sprawę z nieuchronności wybuchu nowego konfliktu. Jednak nikt nie miał zamiaru martwić się na zapas. Ludzie chodzili do pracy, szkoły, odwiedzali kawiarnie, wdawali się w bójki... Stanisław Zaniewski wraz ze swoją narzeczoną, Marią Herensztad planowali ślub. Niestety, żydowskie pochodzenie narzeczonej świeżo upieczonego lekarza mogło stanąć młodym na ich drodze do szczęścia. W tym samym czasie, brat Staszka Bronisław, stacjonował ze swoim plutonem przy granicy polsko-rumuńskiej dając upust swojej bucie i wybuchowemu charakterowi.

1 września 1939 roku rozpoczęła się bezpardonowa walka o życie swoje i swoich najbliższych bowiem los przygotował bohaterom różne drogi prowadzące ku przetrwaniu najcięższych lat ich życia.

Niestandardowo zacznę tym razem od minusów, które w tym wypadku są winą wydawnictwa. Pomimo ciekawej, nieprzeładowanej szczegółami okładki raczej nie zdecydowałabym się na kupno tej książki ponieważ zniechęciłby mnie dość sztampowy opis fabuły zamieszczony na okładce. Fabuła tej książki jest fantastyczna, wierzcie mi. Niestety, z wspomnianego opisu wynika, że w tej książce nie dzieje się nic, co nie wydarzyło na stronach innych książek poświęconych II wojnie światowej. Oczywiście jest to kompletna bzdura, co postaram się zaraz udowodnić.

Moim zdaniem najmocniejszym punktem tej powieści są fenomenalnie wykreowani bohaterowie (nie są to słowa na wyrost). Każda postać, nawet ta pojawiająca się tylko po to, by zostać natychmiast zastrzeloną, ma dokładnie zarysowany charakter, operuje innym niż pozostali bohaterowie językiem. Szczególnie interesujący jest kontrast pomiędzy dwoma opisanymi w książce kapitanami: polskim, Obeltem i niemieckim, Leitnerem. Wydawałoby się, że ,,tym dobrym" będzie Polak, a tu niespodzianka, żaden z nich nie zasługuje na miano czarnego charakteru powieści. Obelt to typ żołnierza polowego, odpowiedzialnego za swoich podwładnych, ale i nie szczędzącego im dosadnych uwag kiedy wymaga tego sytuacja. Leitner to wzór niemieckiego porządku i zdyscyplinowania. Nieustępliwy strzelec wyborowy, który nawet swoich wrogów każe traktować z szacunkiem. Na szczęście, autor nie uległ pokusie by przedstawić tę postać jako niewinną ofiarę systemu zmuszoną by iść na wojnie, której w duchu się sprzeciwia. To ostatnio bardzo modny typ bohatera książek z motywem wojennym. Leitner jest żołnierzem z krwi i kości, dla którego Adolf Hitler jest bohaterem narodowym i osobistym. Dlaczego więc wzbudza w nas sympatię? Być może dlatego, że pomimo wybuchu wojny po prostu pozostał człowiekiem.

Kolejną zaletą tej książki są nieprzewidywalne zwroty akcji. Co najmniej kilka razy w ciągu całej lektury czytelnik jest zaskakiwany niespodziewanym pojawieniem się nowych bohaterów, zasadzką czy ostrzałem wrogiego plutonu. Jeśli przepadacie za świetnie skonstruowanymi wątkami sensacyjnymi to z pewnością nie zawiedziecie się na tej książce.

Na koniec chciałabym zaznaczyć, że Parabellum. Prędkość ucieczki to pierwsza część cyklu opowiadającego o losach młodych ludzi, których beztroskę młodości przerwała wojna. Zaręczam, że jeśli sięgniecie po tę część, skusicie się na wszystkie następne. Zakończenie jest niesamowite. Trudno mi wskazać grupę, której nie spodobałaby się ta książka. Oczywiście pełno w niej motywów wojennych, ale znajdziemy też dwa wątki romansowe, typa spod ciemnej gwiazdy, poczciwego ziemianina, sporo dobrze zakamuflowanych przemyśleń dotyczących wojny, efektowne sceny bitewne. Polecam wielbicielom literatury wszelakiej.

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania tej książki dziękuję Autorowi i Awioli.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi, Wojna i... literatura i Czytamy książki historyczne.


środa, 4 września 2013

Królowa powieści historycznej po raz pierwszy

Nie znoszę, gdy na kilku(nastu) blogach niemalże jednocześnie pojawiają się recenzje jakiejś książki (zazwyczaj nowości), a ja nie mam szans, by ją przeczytać. Pierwszy raz miałam tak z ,,Odmieńcem" Philippy Gregory, którego na szczęście udało się zdobyć i przeczytać. Już dawno nie byłam tak zaciekawiona żadną książką.

Luca Vero jest młodym, głodnym wiedzy członkiem klasztoru, w którym zajmuje się wykonywaniem drobnych prac. Jego nieodparta chęć zbadania wszystkiego wokół przysparza mu kłopotów w środowisku, w którym należy kierować się narzuconymi z góry dogmatami. Niespodziewanie chłopak dostaje od Inkwizytora propozycję pracy dla Zakonu Ciemności, który ma za zadanie ochronić ludzi przed zbliżającym się końcem świata (akcja książki rozgrywa się w roku 1453). W tym samym czasie umiera wiekowy już władca Lucretili przekazując w swym testamencie całą władzę swojemu synowi, córce zaś proponując małżeństwo z warcholskim księciem bądź klasztor, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje.

Gregory miała świetny pomysł na tę książkę. Wykorzystując swoją widzę historyczną autorka ułożyła ciekawą fabułę, którą, moim zdaniem, powinna rozwinąć na około 400 stronach. Niestety, ,,Odmieniec" ma stron 288 i to przy użyciu ekstremalnie dużej czcionki. Przez to akcja, bohaterowie i kolejne wydarzenia wydały mi się banalne, infantylne i, co najgorsze, do bólu przewidywalne.

Mimo to, książkę czytało mi się bardzo szybko i bardzo przyjemnie. ,,Odmieniec" to lektura na jeden spokojny wieczór. Dodatkowym plusem tej książki jest zachwycająca okładka, w której z miejsca się zakochałam. Podobnie zresztą jak w stylu i języku samej Gregory, mam wielką ochotę na kolejne jej pozycje. Domyślam się, że większość z Was ma za sobą niejedną książkę tej autorki. Mogę liczyć na jakieś rekomendacje? :)

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Tea Time z Corridą.

czwartek, 18 lipca 2013

Wśród kamienia i gargulców


W życiu każdego szanującego się czytelnika nadchodzi czas, gdy ten musi zmierzyć z klasyką. Ale czym właściwie jest klasyka? Czy zaliczają się do niej jedynie dzieła Sofoklesa, Arystotelesa, Homera i innych klasyków(!) greckich? A może klasyka to dzieła stworzone przez ludzi, którzy w swojej dziedzinie osiągnęli doskonałość i do dziś stanowią niedościgniony wzór dla innych twórców (znana ze szkoły para Horacy-Kochanowski)? Poniekąd tak. Prawdziwe arcydzieła bronią się same nawet wtedy, gdy wyniki sprzedaży nie potwierdzają osiągniętego sukcesu. Ja, kilka dni temu postanowiłam zmierzyć się z romantycznym gigantem spod pióra francuskiego pisarza Wiktora Hugo. Drodzy czytelnicy, przed Wami ,,Katedra Marii Panny w Paryżu"!


Głównym bohaterem książki jest archidiakon Frollo, pobożny człowiek nauki uważany przez współczesnych za czarownika. Rodzice mężczyzny zginęli podczas zarazy, z której ocalał jedynie młodszy brat ówczesnego kleryka, Jan. Frollo postanawia zadbać o dziecko najlepiej jak tylko potrafi, otacza go należytą troską i miłością. Pewnego dnia kobiety znajdują w katedrze podrzutka. Dziecko jest niezwykle brzydkie. Bogobojne paryżanki uznają je za potomka diabła i postanawiają spalić na stosie. W ostatniej chwili nielubiany i wzbudzający postrach ksiądz postanawia je adoptować a po kilku latach umieszcza go w dzwonnicy katedry Notre Damme i tytułuje dzwonnikiem. Przez tę pracę chłopiec traci słuch. Jedyną osobą z którą korzystając z licznych umownych znaków może się porozumiewać jest Frollo. W książce pojawia się również Esmeralda, szesnastoletnia uliczna tancerka, która nieświadomie wzbudza namiętność w wielu mężczyznach choć sama jest do nieprzytomności zakochana w dalekim od świętości kapitanie Febusie. W niezwykły, choć jak najbardziej prawdopodobny sposób losy tych bohaterów przeplatają się tworząc jedną z najlepszych powieści jakie widział świat (biorę pełną odpowiedzialność za te słowa).

Jeśli miałabym podsumować tę powieść w jednym zdaniu, napiszę: oto książka, która wygrywa fabułą. Zdaję sobie sprawę, że drugi akapit niniejszej recenzji będący streszczeniem tej pozycji nawet w ułamku procenta nie oddaje magii tej książki. Możecie czytać ją jako romans, powieść historyczną, obyczajową, a nawet kryminał.
Hugo stworzył świat, który zapada w pamięć i  inspiruje. Akcja książki nie rozwija się jednostajnie, momentami czytelnik aż drży z oczekiwania na następną stronę a czasami pojawia się chwila spokoju, która, jak to zwykle bywa, jest tylko ciszą przed burzą.

Żeby nie było tak cukierkowo (co absolutnie nie pasuje do tej książki, wierzcie mi, nie sądziłam, że jakakolwiek książka może skończyć się aż tak źle) wskażę jeden jej mankament. Mianowicie Hugo jest niezwykłym miłośnikiem architektury, szczególnie średniowiecznej. W powieści występują trzy wielostronicowe fragmenty, w których fabuła dosłownie zamiera i na pierwszy plan wysuwają się poglądy autora na współczesną mu architekturę oraz barbarzyństwo, którym nazywa niepotrzebne jego zdaniem a tragiczne w skutkach modyfikacje średniowiecznych budynków. Początkowo owe fragmenty wydały mi się całkiem interesujące lecz po kilkudziesięciu kolejnych stronach gdybania już nie mogłam doczekać się powrotu do głównego wątku książki, od którego doprawdy trudno jest się oderwać.


Na podstawie ,,Katedry Marii Panny..." powstał film animowany zatytułowany ,,Dzwonnik z Notre Damme". Gdy byłam dzieckiem, oglądałam go wielokrotnie i gdy tylko dowiedziałam się, że jest to ekranizacja, postanowiłam jak najszybciej przeczytać książkę, na postawie której powstała ta produkcja. Jak to zwykle ze mną bywa, od słów do czynów przeszłam kilkanaście lat później. Teraz już mogę przyznać, że film przejął od książki tylko główne wątki fabularne, sama akcja toczy się zupełnie inaczej. Ja nie zdecydowałbym się zekranizować tej książki jako filmu dla dzieci. Relacja Frollo-Esemralda jest zbyt skomplikowana i nie do przyjęcia dla przeciętnego, ,,nieuświadomionego" dziecka. Po prawej stronie zamieszczam fragment filmu, piosenkę śpiewaną przez sędziego. Powiem szczerze, nic tak dobrze nie oddaje ducha ,,Katedry Marii Panny w Paryżu" jak ta właśnie pieśń. Polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Z półki 2013Z literą w tleCzytamy książki historyczneCzytam książki wydane przed 1990 rokiem.




poniedziałek, 27 maja 2013

Intrygi, morderstwa, otrucia... Witamy w starożytnym Rzymie!

,,Ja, Tyberiusz Klaudiusz Druzus Neron Germanik, i tak dalej, który tak niedawno znany byłem przyjaciołom, krewnym znajomym jako Klaudiusz Idiota, Klaudiusz Jąkała, Klau-Klau-Klaudiusz, a w najlepszym razie jako » biedny stryjaszek Klodzio «, przystępuję do spisania dziwnej historii mojego życia”.


Tymi słowami rozpoczyna się jedna z lepszych, jeśli nie najlepszych książek jakie miałam przyjemność przeczytać.  Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam na samym początku recenzji tak jednoznacznie zajmować stanowiska wobec opisywanej właśnie książki, ale przypadek Roberta Graves'a jest naprawdę wyjątkowy. ,,Ja, Klaudiusz" to jedna z najbardziej znanych książek autora, którego polskiemu odbiorcy możemy przedstawić jako angielskiego Parandowskiego czy Kubiaka, czytaj - speca od mitologii.


Głównym bohaterem książki jest Klaudiusz, któremu towarzyszymy przez kilkadziesiąt lat jego życia, aż do momentu gdy został cesarzem. Wyszydzany z powodu swoich fizycznych ułomności chłopiec postanawia poświęcić się swojej największej pasji i zostać historykiem. Jest to jedno z niewielu zajęć, do których ma dostęp. Po latach owocnej pracy Klaudiusz postanawia napisać swoją autobiografię. Dzięki temu, że jest on  członkiem rodziny cesarskiej w miarę upływu stron możemy poznać innych członków tego zacnego rodu w tym samego Oktawiana Augusta, który w książce jawi się jako zaskakująco podporządkowany swej żonie Liwii władca, czy właśnie Liwię, jedną z największych, a zarazem najbardziej bezczelnych intrygantek jakie wydał świat. Ta para jest dowodem na to, że choć mężczyzna jest głową rodziny/państwa to kobieta jest szyją, którą tą głową kręci. Kolejnymi postaciami, z którymi mamy szansę się zapoznać są kryształowo uczciwi i honorowi Germanik (doskonały wódz) i Agryppina oraz wisienka na torcie, sam cesarz Kaligula. 
Jedno z najsłynniejszych zdjęć autora.

Graves korzystając ze swej wiedzy i lekkiego pióra nakreślił obraz nowego-starego świata, starożytnego Rzymu, który ożywa na kartach powieści tego znakomitego angielskiego prozaika. Czytając kolejne strony możemy poznać właściwie wszystkie aspekty życia Rzymian za panowania Augusta. Zapoznamy się z dworskimi intrygami, wmieszamy się w tłum biedaków czczących swego cesarza jak boga, poczujemy strach i adrenalinę gladiatorów walczących w  Koloseum czy wreszcie, zasmakujemy życia w koszarach jednej z najlepszych armii wszech czasów. Postacie i miejsca opisane w książce są przedstawione wyjątkowo realistycznie, wielowymiarowo, z dbałością o najdrobniejsze nawet szczegóły. Powieść ta jest świadectwem niezwykłej erudycji autora.

Dzieło Graves'a jest doskonałym dowodem na to  jak zepsutym i zdegenerowanym środowiskiem był starożytny Rzym, który w rzeczywistości niewiele wspólnego miał z  archetypicznym imperium, które poznajemy na lekcjach historii. Moim zdaniem, autor tego arcydzieła jest klasykiem współczesnej prozy, z którą każdy jest w stanie się zapoznać. Brak tu trudnych, nieużywanych obecnie słów czy, mówiąc wprost - wymądrzania się. Jest to powieść historyczna dostosowana do czytelnika zarówno z roku 1934 kiedy to została wydana jak i do tego z początku XXI wieku. Kontynuacją książki ,,Ja, Klaudiusz" jest powieść ,,Klaudiusz i Messalina", którą mam zamiar w najbliższym czasie kupić, przeczytać i oczywiście zrecenzować. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytamy książki historyczne oraz  Tea Time z Corridą.