Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 września 2015

Japonia autorska [Joanna Bator „Rekin z parku Yoyogi”]

„Japoński wachlarz” (którego nie miałam przyjemności czytać) był pierwszym wydanym jako książka przejawem oczarowania Joanny Bator Japonią. „Rekin z parku Yoyogi” jest „efektem zagęszczenia opisu” — naturalnego stanu rzeczy po czteroletnim pobycie w miejscu, które niezmiennie fascynuje i zadziwia. Dodatkowym impulsem do powstania tej książki było również tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi oraz wywołane przez nie tsunami, które w 2011 roku nawiedziły Japonię i pozostały głęboko w podświadomości Japończyków oraz Joanny Bator, by stać jednym z głównych motywów kolejnej jej książki. 
Joanna Bator,
„Rekin z parku Yoyogi”,
Wydawnictwo W.A.B.,
238 stron. 

Tytułowy rekin pewnego dnia pojawił się w parku Yoyogi w dzielnicy Harajuku, budząc konsternację opinii publicznej i przez pewien czas burząc spokój psychiczny okolicznych mieszkańców. Wiadomo było, że ktoś tego rekina przyniósł i zostawił. Ale dlaczego to zrobił? Dlaczego przyniósł akurat rekina? Dlaczego do tego parku? Te zagwozdki skłoniły Joannę Bator do rozmyślań o literaturze, a konkretnie o realizmie magicznym i prozie Harukiego Murakamiego. Podobny schemat (japońskie „coś” jest pretekstem do rozważań o czymś głębszym niż spostrzeżenia podróżnika, nawet podróżnika-absolwenta kulturoznawstwa) występuje w esejach zaliczających się do dwóch pierwszych ścieżek, którymi Bator podąża ku oswojeniu Japonii zatytułowanymi kolejno Niesamowitości i Alegorie. Trzecia ścieżka Heterotopie”jest inna, bardziej skupiona na sobie, a konkretnie na subkulturze otaku, miłośników mangi i anime. 

Rozrzut tematyczny „Rekina z parku Yoyogi” jest niemały. Bator pisze zarówno o okresie Edo, podczas trwania którego Japonia była odcięta od świata, jak i o kosplejerkach czy panu, który porusza się po Tokio w stroju lolity. Wątki, które powtarzają się przynajmniej w kilku esejach to trzęsienie ziemi z 2011 roku, prostota powieści Murakamiego, kultura otaku. Inspirują one Bator, ponieważ nie pozwalają jej stworzyć pełnego obrazu Japonii. Przeszkadza jej w tym stara ciotka przyczepiona do pleców bohatera jednego z opowiadań autorstwa etatowego japońskiego kandydata do literackiej Nagrody Nobla czy nagłe zburzenie perfekcyjnego porządku  społecznego przez fale tsunami. Bator przyznaje, że Japonia wciąż ją zadziwia, wymyka się wszelkim znanym jej klasyfikacjom, a jej opis wciąż nie jest wystarczająco zagęszczony. W książce czytamy więc o jej autorskim pomyśle na Japonię, a raczej o jej interpretacji japońskiej kultury, w której tworzeniu pomagają jej wielkie nazwiska, których nie trzeba znać przed lekturą tego tekstu, ale które dobrze jest znać w ogóle. Bator nie popisuje się swoim wykształceniem, elokwencją, obyciem, lecz co i raz wtrąca do tekstu zdania, które pozwalają przypuszczać, że niejedną dobrą książką w życiu przeczytała.

Niejednokrotnie porównuje się w tym tekście kultury polską i japońską. Zazwyczaj te porównania wypadają na niekorzyść kraju znad Wisły. Trudno stwierdzić, czy zawsze słusznie, w wielu przypadkach tak. Bator nazywa samą siebie „nabuzowaną emocjami Słowianką” i chyba dobrze jej z tym określeniem, lubi i nie wstydzi się go używać, choć przyznaje, że jak na japońskie standardy jej emocjonalność jest czymś prawdziwie niezwykłym. 

„Rekin z parku Yoyogi” to zbiór esejów, z których część była wcześniej publikowana w „Gazecie Wyborczej” i w „Bluszczu”. Stąd pewnie wynika ich nieco gazetowo-felietonowy charakter: pobieżne ujęcie tematu i wyraźna puenta na końcu tekstu. Fakt ten nie zaważył jednak na poziomie literackim tej książki, który jest na tyle wysoki, że pozwala przypuszczać, że jej autorka dostała kiedyś jakąś nagrodę z dziedziny literatury i niejedną jeszcze dostanie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

sobota, 12 września 2015

Niech spadnie gwiazda [Ida Fink „Podróż”]

„Stojąc w oknie, pomyślała: niech spadnie gwiazda. Była przesądna, wszyscy wtedy byli przesądni, każdy na swój własny, sobie tylko znany sposób”. Ida Fink nie zobaczyła spadającej gwiazdy, ale znalazła połówkę podkowy. Podobno tylko cała podkowa przynosi szczęście, ale Ida nie przejęła się tym, że jej znalezisko najprawdopodobniej straciło nie tylko część swojego fizycznego jestestwa, ale i nadnaturalną moc uszczęśliwiania innych. Wtedy jak nigdy potrzebowała znaków świadczących o tym, że będzie dobrze, bo gorzej już być nie mogło. W 1942 roku Ida i jej siostra Maria były jedynymi przedstawicielkami młodego pokolenia swojej rodziny. Reszta rozstała się z życiem jak większość żydowskich mieszkańców prowincjonalnego polskiego miasteczka, ocalałych czekał podobny los, jednak ani Ida, ani Maria, ani ich ojciec nie chcieli umierać. Ociec postanowił się ukryć, a córki zdecydował się wyprawić w podróż do najbezpieczniejszego miejsca dla dwóch młodych żydówek — do hitlerowskich Niemiec. 

Wbrew pozorom nie był to straceńczy pomysł. Ówcześnie wiele Żydówek po wywalczeniu polskich papierów wyjeżdżało do Niemiec jako polskie wieśniaczki. Taki plan miały też Ida i Maria, panienki z dobrego żydowskiego domu. Maria była śniada, miała ciemne włosy i oczy, obie miały zadbane ręce, mówiły staranną polszczyzną. Nie wyglądały jak proste dziewczęta ze wsi. Musiały zabawić się w makabryczny teatr (tak swoje wojenne poczynania po latach wspominała Ida), obie zmieniały tożsamości, udawały, że uczą się języka niemieckiego, który miały perfekcyjnie opanowany, wiedziały, że ich tłumacze, zmieniają znaczenie ich słów, ale nie mogły oponować, a co najgorsze musiały zmierzyć z murem ludzkiej obojętności i nienawiści. Na raz. 
Ida Fink,
„Podróż”,
Wydawnictwo W.A.B.,
200 stron.

Historia Idy i Marii jest przerażająca, wyciska łzy, uświadamia bezradność — jest dokładnie taka, jaka powinna być standardowa autobiografia z Holocaustem w tle. Przykro mi to pisać, ale jedynym plusem wielu wojennych powieści jest to, że są one rozdzierająco smutne. Ida Fink swoją „Podróżą” udowodniła, że o wojnie można pisać inaczej: bez emfazy, bez patosu, ale też nie czysto naturalistycznie i nie bohatersko. Fink była przede wszystkim pisarką, a dopiero potem ofiarą Holocaustu, była też niekwestionowaną mistrzynią narracji. To, w jaki sposób panowała nad każdym czasownikiem użytym w tej książce zasługuje na najwyższe uznanie, podobnie jak elegancki, zdystansowany styl pisarki. Przy jego pomocy całe napięcie, które towarzyszyło siostrom w najtragiczniejszych momentach przenosi się na czytelnika, czyniąc lekturę książki czynnością intymno-ekstremalną. Sama nazywała tę książkę fikcją autobiograficzną. Myślę, że każdy, kto przeczyta „Podróż” na swój sposób zrozumie, jaką rolę pełni w tym określeniu słowo „fikcja”.

Fink nie zastosowała w swej książce konwencji doskonałej pamięci, wiele razy pyta samej siebie pamiętasz?”, przyznaje się do luk w pamięci, ale podaje przy tym  szczegóły, które budują rzeczywisty klimat tej książki („Pierwsze szepty —  Żydówki, Żydówki złapali...”).  Pisze w kilku osobach, żadnej nie używa przypadkowo. Jej „Podróż” jest jakby utkana z żelaznej koronki. Fink rozrywa ją dopiero w ostatnim rozdziale, w którym opisuje drugą podróż, którą, już po wojnie, odbyła z mężem. Razem z nim odwiedzała miejsca, w których kiedyś ważyły się jej losy. Dopiero wtedy wyzbyła się opiekuńczej maniery starszej siostry i przyznała „mam dość”. 

„Wybitna książka, bardzo osobista w szczegółach, a jednocześnie uniwersalna w swej wymowie”
                                                                                                                           The New York Times

piątek, 6 marca 2015

Historia zaklęta w fotografii [Jacek Dehnel „Fotoplastikon”]

Fotoplastikon, czy też fotoplastykon, to wieloboczny przyrząd optyczny przeznaczony do prezentowania widzom stereoskopowych fotografii. Zasada jego działania polega na tym, że nakłada on na siebie dwa występujące w orientacji poziomej obrazy, przez co wydają się one trójwymiarowe. Podobnie działać ma na czytelników „Fotoplastikon” Jacka Dehnela - album zawierający sto fotografii i sto towarzyszących im miniatur prozatorskich. Każdemu zdjęciu przysługuje zamieszczony obok niego tekst. Zdjęcie i jego opis/wyjaśnienie/dopełnienie w oczach czytelnika powinny nakładać się na siebie, tworząc współczesny fotoplastikon. 
Jacek Dehnel,
„Fotoplastikon”,
Wydawnictwo W.A.B,
stron  240.

Dobór fotografii do tego tomu jest oczywiście subiektywny, choć na pewno nie przypadkowy. Zdjęcia są pretekstem do uwiecznienia na kartach książki rozmyślań o fotografii, przestrzeni, czasie, przemijaniu, zabawie, wpływie jednej kategorii na inną, braku wpływu danych kategorii na siebie itd. Każda fotografia wydaje się odmienną historią, ale Dehnel w taki sposób kieruje uwagę czytelnika, by ten odnosił kolejne refleksje do innych zdjęć, ponieważ nikt, poza bohaterami danych zdjęć, nie wie, kiedy, dlaczego, przez kogo została zrobiona fotografia i kogo ona przedstawia (w całej książce są od tej zasady bodajże trzy czy cztery wyjątki). Zadaniem i autora, i czytelnika jest pozostająca bez klucza odpowiedzi próba odgadnięcia historii danego zdjęcia.

Zabawa z fotografią nie jest łatwa, ponieważ trudno jest odgadnąć jej rzeczywisty temat. Drugie zdjęcie w tej książce przedstawia trzech mężczyzn, w tym jednego karła, oraz dziecko. Uwagę odbiorcy może ściągnąć karzeł - z powodu swojej fizjonomii oraz chłopiec - ze względu na swoją białą koszulkę. Który z nich jest tematem? A może jest to zdjęcie rodzinne? Pudło. Dopiero Dehnel zwraca uwagę na znajdujący się obok nóg chłopca kamień - „coś, co warto było upamiętnić zdjęciem, a co straciło znaczenie”. Zabawa trwa dalej. Dlaczego ten kamień jest taki ważny (a może to przerośnięta bulwa jakiegoś warzywa?)? Czy chłopiec uznał, że ma on niezwykły kształt i dlatego zasługuje na uwiecznienie i spoczęcie na szmatce, a nie na gołej ziemi, w przeciwieństwie do samego dziecka? Pytań jest wiele, odpowiedzi brak. Większość osób na tej fotografii zostało zidentyfikowanych, bezimienni pozostali chłopiec oraz jego skarb. Chcecie wiedzieć, kim był chłopiec? Bawcie się dalej.

Każdy z tekstów w tej książce można nazwać bajdurzeniem. Autor nie ma prawa zaprzeczyć, ani się obrazić, ponieważ cały czas zmyśla i ciągle zadaje pytania retoryczne (raczej sobie, niż czytelnikowi). Interpretacja fotografii jest dowolna - Dehnel proponuje swoją, wyjątkowo wnikliwą. Można jej jednak zarzucić kilka usterek. Są to (kolejność przypadkowa): nadmierne zwracanie uwagi na sferę seksualną przedstawionej rzeczywistości lub szukanie seksu tam, gdzie nie ma przesłanek, by się go doszukiwać oraz pompatyczny, protekcjonalny styl. Pomimo początkowego entuzjazmu, te cechy języka Dehnela sprawiają, że to dla fotografii kontynuuje się lekturę książki, a towarzyszące im teksty traktuje się jedynie jako dodatek.

„Fotoplastikon” to niecodzienna książka, do której można wielokrotnie wracać. Niestety, jak już wspomniałam, raczej dla zdjęć, niż dla tekstu. Fotografie zamieszczone w tomie, pomimo tego, że większość na pierwszy rzut oka nie  wygląda zbyt atrakcyjnie, zostały świetnie wyselekcjonowane - każda zawiera jakiś element, wokół którego można napisać całą historię, Trzeba to jednak zrobić dobrze, bo łatwo jest przekroczyć niewidzialną granicę wyniosłości, co grozi utratą zaufania czytelników. Dehnel na niej balansuje.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca 

niedziela, 17 marca 2013

,,Pamiętajcie o człowieczeństwie..."

,,Ale taki właśnie stał się nasz świat: reklama zajęła miejsce literatury, slogany poruszają nas bardziej niż wersy poezji. Jedynym sposobem, żeby się temu nie dać, jest obstawanie przy samodzielnym myśleniu i, przede wszystkim, własnym sumieniu"

~ ,,Listy przeciwko wojnie" Tiziano Terzani 


Tiziano Terzani był (zmarł w 2004 roku) znanym włoskim dziennikarzem i pacyfistą. A może raczej znanym włoskim pacyfistą i przy okazji dziennikarzem. Zdecydowanie przeciwstawiał się wszelkim formom amerykanizacji i był głównym ideologicznym przeciwnikiem Oriany Fallaci. Studiował prawo i sinologię, był jednym z pierwszych zagranicznym korespondentów w Pekinie (później został z niego wydalony). Pod koniec życia podróżował po Azji Wschodniej (szczególnie upodobał sobie Indie) w poszukiwaniu spokoju ducha oraz alternatywnych metod leczenia raka, na którego cierpiał. Terzani stał się ikoną współczesnych pacyfistów, których inspirował swoimi sentencjami. Oto krótki filmik dotyczący jego i jego poglądów:



Omawiana książka składa się z ośmiu listów traktujących o stopniu zmanipulowania współczesnego społeczeństwa przez ,,opinię" czy też ,,sprawę międzynarodową", co praktyce oznacza tańczenie tak, jak Stany sobie tego zażyczą. Terzani dużo pisze o islamskim fundamentalizmie tłumacząc czytelnikowi mechanizmy jego powstawania oraz czynniki, które mają wpływ na jego rozwój. Po przeczytaniu tej książki przeciętny Kowalski zaczyna rozumieć Talibów, a przy zagłębianiu się w historię Afganistanu, niemalże zaczyna im współczuć.

Nie chciałabym jednak, żeby ktokolwiek uznał tę książkę za pseudointelektualne, propagandowe barachło bo pokrótce tak zaczęłam ten tytuł opisywać. Przeczytałam tylko jedną jego książkę, ale z pełną odpowiedzialnością mogę przyznać, że Terzani jest moim autorytetem. Mądrość życiowa, pokora i wewnętrzny spokój człowieka, który wiele już w życiu widział wypływający z tej książki naprawdę czyni ją wartą przeczytania i, to ważne, przemyślenia. Autor posługuje się swoimi doświadczeniami przy okazji wytykając mediom zakłamanie i protekcjonalność w stosunku do innych.

,,Jak długo będziemy sądzić, że mamy monopol na ,,dobro", i mówić o sobie jako o ,,świecie cywilizowanym", ignorując resztę, tak długo nie będziemy na właściwej drodze"

Pierwszy list opisuje odczucia autora z dnia 11 września 2001 roku, kiedy to miała miejsce tragedia, która siłą rzeczy doprowadziła do eskalacji wszystkich negatywnych uczuć i postaw Zachodu. Terzani bezwzględnie punktuje George'a Busha i jego politykę walki z terroryzmem, która przed przeczytaniem tej książki wydawała mi się jakoś wewnętrznie spójna. Jeden z najbardziej znanych włoskich korespondentów narzeka również na poziom współczesnych dziennikarzy i ich artykułów, w których ,,historie się powtarzają i mam zawsze wrażenie, że czytałem je lata wcześniej, kiedy były lepiej napisane".

Gorąco polecam Wam tę książkę. Wbrew tak poważnej tematyce jest napisana lekkim piórem i pomimo dość radykalnych poglądów autora, nie narzuca czytelnikowi swojego zdania. Prosi jedynie:

,,Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie, zapomnijcie o wszystkich innym".

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca