Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 lipca 2014

Blada dziewczyna walczy o męża

Nie przepadam za romansami. Ostatni przeczytałam kilka miesięcy temu, była to książka Consilii Marii Lakotty ,,Mariska z węgierskiej puszty". Sięgnęłam po nią jedynie ze względu na oczywiste powiązania z Węgrami, krajem, który fascynuje mnie od lat. Wbrew pierwszemu wrażeniu, nie zawiodłam się na tej powieści. Uznałam więc, że skoro Lakotta poradziła sobie raz, poradzi sobie i drugi. Dlatego zdecydowałam się przeczytać ,,Madeleine" - książkę tak przepełnioną miłością, że bardziej już chyba się nie da. 

Madeleine jest studentką farmacji. Właśnie skończył się rok akademicki i dziewczyna wraca na wakacje do rodzinnego domu w Normandii. Towarzyszy jej Hélier Ortelle, student medycyny i jej narzeczony. Parze do zawarcia związku małżeńskiego brakuje już tylko zgody jej ojca. Niespodziewanie na ich drodze staje rezolutna Yvonne, kuzynka Madeleine, która zakochuje się w przyszłym lekarzu. Ivonne ma wielu adoratorów, z których jeden zaprasza ją, Madeleine z Hélierem, Robina Marché, szkutnika w zakładzie produkującym łodzie ojca głównej bohaterki, i Denisa Croiseta, współpracownika Madeleine w aptece, na regaty. Podczas wyścigu łodzi tonie hojny przyjaciel Yvonne, najprawdopodobniej nie w wyniku wypadku. Od tej pory w życie postaci wkraczają konwenanse i wypracowane przez wieki pseudomoralne zasady.  

Kilkanaście pierwszych stron zapowiadało, że to będzie jedna z gorszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam. Miłość Héliera i Madeleine była tak lukrowa, że im samym powinno zrobić się niedobrze. Zakochani nie widzieli świata poza sobą i wzajemnie komplementowali się przez całą podróż do Normandii. Oto mój ulubiony fragment-reprezentant początkowej części powieści:
,,Jej towarzysz spojrzał na nią radośnie szarymi oczyma, których wejrzenie uważała czasami za tak przenikliwe niczym wzrok orła bielika. Nawet teraz wydawało jej się, że wdzierają się one w głąb jej duszy."*
Na szczęście po dotarciu na miejsce zakochani nieco przystopowali ze swoją miłością (choć orzeł bielik pojawił się w tej historii jeszcze raz) i prym w prowadzeniu akcji zaczęła wieść Ivonne, która jest zdecydowanie najlepiej zarysowaną postacią całej tej powieści. Została ona zestawiona z Madeilne na zasadzie kontrastu. Ivonne to kobieta z krwi i kości, mająca swoje dobre i złe strony, błyskotliwa, choć i wyrachowana oraz przebiegła. Dzięki niej pojawiły się w tej książce dwa wątki kryminalne, które stanowiły dwa najważniejsze zwroty akcji całej książki. Wiecznie blada (ale i lubiąca się rumienić!) Madeleine jest za to spokojną, rozsądną dziewczyną, gotową na poświęcenie w imię wyższych wartości, jest też zwyczajnie nudna. Bardzo dobrze, że pisarze nobilitują pożądane wzorce osobowe, ale nie istnieją ludzie bez wad, a Lakotta bardzo chciała udowodnić swoim czytelnikom, że jednak tak.

Muszę przyznać, że pomimo kilku typowo romansowych chwytów fabularnych, za którymi nie przepadam, od pewnego momentu ,,Madeleine" zwyczajnie mnie wciągnęła. Zakończenie tej powieści nie jest zbyt zaskakujące, ale droga do niego nastręczyła bohaterom wielu problemów. Nie wszyscy wszyli z niej cało. Lekturę umilał mi ładny, obecnie raczej już niespotykany styl Lakotty pełen kwiecistych porównań i wzniosłych słów (z kilkoma wyjątkami). Drażnił mnie za to w żaden sposób nieokreślony czas rozgrywania się akcji tej powieści. Język postaci oraz rządzące nimi obyczaje wskazywałyby na XIX wiek, ale podróże Madeleine i jej koleżanki metrem oraz kilka innych szczegółów już nie. 

,,Madeleine" to bardzo nierówna książka. Tragiczno-śmieszny początek wskazywał na to, że nie warto kontynuować lektury, jednak wraz z upływem stron, akcja stawała się coraz ciekawsza. Moim zdaniem jest to idealna ,,powieść odprężająca", która uatrakcyjni nam kilka wolnych godzin, ale w żaden sposób nie wpłynie na nasze życie. Polecam wielbicielkom (i wielbicielom, a jakże!) gatunku.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

*Consilia Maria Lakotta, Madeleine, Kraków 2014, s.8.
Consilia Maria Lakotta, Madeleine, Wydawnictwo M, Kraków 2014, stron 259.

sobota, 30 listopada 2013

Puszkin i jego miłostki

Uwielbiam stragany z książkami wystawiane wzdłuż najpopularniejszych deptaków w wakacyjnych kurortach. Można w nich znaleźć wspaniałe książki w naprawdę niskich cenach. W tym roku udało mi się upolować ,,Córkę kapitana" autorstwa Aleksandra Puszkina. Jestem wielką miłośniczką wierszy Puszkina, wiec byłam bardzo ciekawa jak taki liryczny geniusz poradził sobie w tak nietypowej dla siebie formie.


Słówko o fabule. Młodziutki Piotr Griniow zostaje wysłany przez swojego ojca do wojska. Jednak nie do Petersburga, miasta dworskich uciech, lecz do przyjaciela seniora, na prowincję. Pietia przyjeżdża do twierdzy Biełogorskiej spotykając po drodze dwóch ciekawych jegomościów, wobec których zachowuje się nad wyraz szlachetnie.

W końcu przyszły żołdak trafia do swojego poczciwego kapitana i jego żony i oczywiście zakochuje się w ich córce, strachliwej Maszy Iwanownej. Młodzi nie mają jednak okazji by spędzić ze sobą odrobinę czasu bowiem samozwaniec Pugaczow nadciąga w bliskie twierdzy rejony podbijając wszystkie okoliczne warownie i mordując ich przywódców. Pomimo szlachetnej postawy kapitana twierdza Białogorska również zostaje zdobyta. Wszyscy oficerowie zostają natychmiast powieszeni. Wszyscy oprócz Piotra, dlaczego? Okazuje się, że bycie dobrym i przy okazji młodzieńczo naiwnym czasami się opłaca.
Młodziutka Masza zostaje ukryta u miejscowego popa, a Piotr robi wszystko, by ją uwolnić i powstrzymać nieobliczalnego Pugaczowa. Przygoda właśnie się zaczyna.

Fabuła książki jest dość prosta i przewidywalna. Przypomina typowy romans historyczny, wczesne ,,Ogniem i mieczem" (czyżby nasz Sienkiewicz wzorował się na Puszkinie?). Problem w tym, że wszystko w tej książce jest aż za bardzo przewidywalne i naiwne. Dodatkowo, wyjątkowo drażniące są redaktorskie pomyłki. Wydawało mi się, że kolekcja Hachette to jednak jakaś marka tymczasem nie oszczędzono mi smaczków typu: ,,Tego wieczoru nastój miałem czuły i serdeczny", czy ,,Zostałem awansowano do stopnia oficera". Jeśli zdecydujecie się sięgnąć po tę książkę, polecam sięgnąć po wydanie Państwowego Instytutu Wydawniczego, za którym szczerze przepadam.

Wracając do samej książki. Puszkin zdecydowanie lepiej odnajduje się w liryce i jej odwołaniach do ludzkiej wyobraźni i uczuć. W ,,Córce kapitana" wiele wątków zostało pominiętych, a na koniec wszystko w cudowny sposób dobrze się skończyło dzięki łaskawej imperatorowej Katarzynie II. Książka liczy sobie 145 stron podczas gdy akcji wystarczyłoby na kilka tomów. Wtedy byłoby to arcydzieło, teraz czytelnik kończąc lekturę czuje pewien niedosyt.

Nie chcę Was jednak całkowicie zrażać do tej powieści, którą średnio wyrobiony czytelnik jest w stanie pochłonąć w godzinkę, góra dwie. Puszkinowi udało się tchnąć w tę książkę rosyjską duszę oraz stworzyć postać, która zdobyła moje serce. Sewielicz, stary opiekun głównego bohatera, uparty i na swój sposób inteligentny jest jednym z lepiej wykreowanych bohaterów literackich, na jakich miałam przyjemność się natknąć.

,,Córka kapitana" jest idealną lekturą na zimowy wieczór dla kogoś, kto pragnie cofnąć się w czasie do romantycznej XVIII-wiecznej Rosji. Jeśli macie ochotę na raczej lekką, trochę wyidealizowaną powieść to z czystym sercem polecam Wam Puszkina.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Book-Trotter oraz Czytam książki wydane przed 1990 rokiem.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Sparks i melodramat z nutką tajemnicy

Ostatnio miałam szansę się przekonać, że wieści szybko idą w świat. O moich czytelniczych zainteresowaniach wiedzą już chyba wszyscy (zwłaszcza wśród krewnych i znajomych oraz krewnych i znajomych moich krewnych i znajomych) i co i rusz pożyczają mi jakieś książki. Kilka dni temu zostałam obdarowana dwiema powieściami, które ze względu na tego samego autora postanowiłam zrecenzować w jednym poście.

Te książki to ,,Prawdziwy cud"  oraz ,,Dla ciebie wszystko", obie wyszły spod pióra Nicholasa Sparksa, jednego z najbardziej znanych ,,babskich" pisarzy naszych czasów. Jego książki charakteryzują się niezbyt porywającą fabułą oraz zaskakującym zakończeniem. Przez dwieście stron zazwyczaj nie dzieje się nic, a na sam koniec autor serwuje nam bombę, której wcześniej naprawdę nie daje się przewidzieć.

W ,,Dla ciebie wszystko" było podobnie. Książka opowiada historię Amandy i Dawsona, którzy za młodych lat byli parą, ale nie mogli być razem ze względu na swoje rodziny. Oboje pochodzą bowiem z zupełnie przeciwnych biegunów społecznych. Teraz, po latach spotykają się na pogrzebie ich wspólnego przyjaciela i próbują poradzić sobie z przeszłością. Cytując napis na okładce: ,,Dwoje ludzi, których życie naznaczyła tragedia. Czy potrafią wymazać przeszłość i odnaleźć dawną miłość?". Opis mnie nie zachwycił, ale zauroczył mnie zielonkawy, niezwykle nastrojowy kolor okładki (ci, którzy śledzą mój blog od dłuższego czasu wiedzą, że jestem typowym wzrokowcem) więc postanowiłam zacząć od tej właśnie książki i już po pierwszych kilkudziesięciu stronach miałam ochotę zrezygnować.

      Przeszkodą niemalże nie do pokonania okazały się być sztuczne dialogi i to, co zauważyłam już na początku mojej ,,przygody" ze Sparksem. Pisarz nie umie wiarygodnie kreować czarnych charakterów. Nagromadzenie wulgaryzmów, które nijak nie pasują do reszty wypowiedzi,  pozorny luz, a tak naprawdę głupota postaci i... rozkładający się trup jelenia przy rozmyślającym przestępcy? Nie, wbrew pozorom zdecydowanie nie tworzy to atmosfery strachu. Za to zakończenie, znowu wszystko wywróciło się do góry nogami i na pierwszy plan wskoczyła postać, która wcześniej pojawiała się tylko w rozmowach oraz rozmyślaniach głównych bohaterów. Książka dla wytrwałych wielbicieli melodramatów i niespełnionych miłości.


,,Prawdziwy cud" zadziwił mnie nieco zaskakującą jak na tego autora fabułą. Dziennikarz śledczy z Nowego Jorku, Jeremy Marsh przyjeżdża do sennego, zapomnianego miasteczka Bone Creek by wyjaśnić tajemnicę niezwykłych świateł pojawiających się co jakiś czas  na opuszczonym cmentarzu. Znaczna część mieszkańców wierzy, że są to duchy nawiedzające okolicę w związku z klątwą rzuconą na to miasto przez niejaką Hattie. Wydawałoby się typowa dla jego pracy sprawa wydaje się Jeremiemu banalna do rozwiązania. Sprawę komplikuje jednak pojawienie się uroczej bibliotekarki, która również interesuje się sprawą świateł i zamierza pomóc Jeremiemu w wyjaśnieniu tej sprawy. Dlaczego komplikuje?Oczywiście, bohaterowie zakochują się w sobie, lecz żadne nie chce się do tego przyznać.


,,Prawdziwy cud" jest książką napisaną o wiele lepiej niż jego poprzedniczka. Jedynym co w niej razi to nachalne powtarzanie słowa ,,toteż". Nie wiem, czy jest to błąd autora, czy może tłumaczki, ale utrudnia to lekturę powieści, a zwłaszcza dialogów, które stają się przez tę skazę odrealnione i przesadnie grzeczne. Mimo to, książkę czyta się o wiele lepiej i szybciej niż ,,Dla ciebie wszystko" z tym, że znowu przez dwieście stron nie dzieje się właściwie nic. Autor ukrył to całkiem zgrabnie zarysowanymi bohaterami (zwłaszcza zapadającą w pamięć postacią burmistrza), ale po pewnym czasie nie możemy doczekać się jakiegoś zwrotu akcji. Sparks wydaje się prowadzić główny wątek tylko po to, by nagle wyciągnąć jakiś epizod, o którym czytelnik zdążył już zapomnieć i niespodziewanie uczynić go kanwą książki. W tym wypadku w miarę zaskakująca końcówka wyjaśnia tytuł książki, który z duchami niewiele ma wspólnego.

W twórczości Nicholasa Sparksa trudno szukać arcydzieł, które na stałe wejdą do kanonu literatury światowej. To pisarz specjalizujący się w lekkich powieściach z niespodziewanym, zazwyczaj tragicznym zakończeniem, które wymaga od bohaterów ułożenia swojego życia na nowo. Tego typu literatura ma swoje plusy i minusy, ja nie jestem jej fanką, ale polecam książki, które dzisiaj zrecenzowałam osobą, które potrzebują wytchnienia po ciężkim dniu/tygodniu lub nie najłatwiejszej lekturze. W tego typu momentach Sparks jest niezastąpiony.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

środa, 26 czerwca 2013

Książka Jakkażda


Przyznam się, że do ,,Historii miłosnych" podeszłam z niekłamanym entuzjazmem. Jak dotąd twórczość Erica Emmanuela Schmitta przechodziła mi koło nosa choć pozycje takie jak ,,Trucicielka", czy ,,Intrygantki" od dawna widniały na mojej liście książkowych marzeń. Podczas ostatnich Warszawskich Targów Książki podczas wymiany w ręce wpadła mi ,,Kobieta w lustrze" oraz właśnie ,,Historie...". Niewielki rozmiar drugiego tekstu przekonał mnie do przeczytania drugiej z tych pozycji i... teraz trochę tego żałuję.


Książka składa się z siedmiu opowiadań, których głównym tematem jest miłość, a największym minusem... pretensjonalność i co ważniejsze - powtarzalność. Trudno jest mi zrecenzować tę publikację nie zdradzając jej treści, ale szczerze mówiąc już przy drugim opowiadaniu odniosłam wrażenie, że pomimo upływu stron wciąż czytam o tym samym. Po lekturze ostatniego opowiadania pomimo tragicznej końcówki zaśmiałam się i to wyjątkowo głośno. Właściwie każde opowiadanie miało taką samą fabułę, która skupiała się wokół motywu przemijania i żalu za błędy oraz smutku po śmierci bliskiej osoby, której wcześniej się nie doceniało. Świetny temat na opowiadanie, ale jedno, nie siedem.

Jest  jednak rzecz, która naprawdę mnie w te książce zachwyciła i to już w pierwszym opowiadaniu. Mianowicie jest to niezwykły (pod względem literackim) przewodnik erotyczny, którego bohaterce mogłaby pozazdrościć niejedna E.L. James. Pozwolę sobie zacytować: ,,Ulisses, jak wszystkim wiadomo, by nie dać się omamić syrenim śpiewom, kazał przywiązać się do masztu swojego żaglowca. Mój pan będzie identycznie przywiązany i skąpo odziany - jedna opaska zasłoni mu oczy, a druga nie pozwoli mówić. Wokół niego będzie krążyła ponętna syrena. Będzie muskać jego ciało, zupełnie go nie  dotykając. Będzie szeptać do ucha i opowiadać o swoich najskrytszych pragnieniach. Jeśli syrena będzie miała bujną wyobraźnię, tak jak i jej pan, czułe słowa sprawią jej taką rozkosz, jakby wszystkie marzenia się wypełniły".

Książka jest skierowana do osób, które cenią sobie romantyczne historie i język pełen sensualności oraz, zaryzykujmy, magii. Mnie ,,Historie miłosne" zdecydowanie nie przypadły do gustu, ale samemu Schmittowi chciałabym dać jeszcze jedną szansę ponieważ naczytałam się sporo dobrego na temat pozostałych jego książek. A Wy co sądzicie o tym autorze?

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

środa, 22 maja 2013

Ludzie listy piszą... z wojny.

Zauważyłam, że moje ostatnie zdobycze wzbudziły w Was entuzjazm, to świetnie:-). Niestety, na recenzje wspomnianych książek przyjdzie Wam troszkę poczekać ponieważ mam już kilka zobowiązań, które stety, niestety muszę dopełnić. Dzisiejsza książka pomoże mi nadrobić braki w aż trzech wyzwaniach i mam nadzieję, że będzie godnym supportem(sic!) przed tak wyczekiwanymi przez Was recenzjami;).

***



,,Niedoręczony list" Sarah Blake dostałam w prezencie jakieś dwa lata temu i natychmiast zabrałam się do lektury tej książki. Niestety, po około czterdziestu stronach odrzuciłam to romansidło w kąt i postanowiłam nigdy do niego nie wracać. Jeszcze nigdy nie byłam tak znudzona jakąkolwiek lekturą, a tu proszę, da się? Da się! Zaczęło się tak, że Emma, świeżo upieczona doktorowa Fitch przyjeżdża do miasteczka gdzie naczelniczką poczty jest wierząca w system służbistka Iris James. Podczas gdy w miasteczku Franklin życie toczy się spokojnie Europa targana jest wojną, najstraszniejszą ze wszystkich, jakie dotychczas miały tu miejsce. Frankie Bard jest dziennikarką radiową, która przekazuje Ameryce wieści z frontu. Opis z tyłu okładki zapowiadał, że losy tych trzech kobiet w jakiś przedziwny sposób się połączą. Niestety, pierwsze strony książki nie zapowiadały, że dokona się to w jakiś ciekawy lub chociaż prawdopodobny sposób, a jednak.


Jak już powiedziałam, byłam wyjątkowo sceptycznie nastawiona do tej książki. Fabuła nie zapowiadała się ciekawie, a język autorki wyjątkowo mnie drażnił.Wszystko zmieniło się gdy po kilkudziesięciu stronach akcja nabrała tempa, wszystko nagle zaczynało się ze sobą wiązać i się przenikać. Sarah Blake skupiła się na tym, by przedstawić to, jaki wpływ na tzw. wielką historię mają pojedyncze jednostki i odwrotnie, jaki wpływ na historię może odgrywać niepozorna na pierwszy rzut oka jednostka. Fabuła książki jest tylko osnową dla tego zamysłu.

Kolejnym ciekawym aspektem tej książki jest ukazanie niezwykłej roli radia i dziennikarstwa w ogóle w życiu ludzi lat czterdziestych XX wieku. Frankie wraz ze swoimi kolegami po fachu wielokrotnie dyskutuje o istocie dziennikarstwa, a liczne, zaryzykujmy, przygody przeżyte przez pannę Bard zmieniają jej wydawało się dość spójny pogląd na świat i na jej zawód. Co ciekawe, w ,,Niedoręczonym liście" pojawia się wątek Polski, a właściwie polskich Żydów. W wielu książkach kwestia ta jest dość niezgrabnie pomijana.

Jedyne, co dręczyło mnie przy czytaniu tej książki to mnogość nieskończonych wątków. Nie jest to jednak wada stylu autorki, ale zamierzony efekt. Śmierć Thomasa, o której nigdy nie dowiedzą się jego rodzice, chłopiec, który podczas nalotu bombowego stracił matkę, czy dziecko, które samo musiało podróżować do Lizbony i następnie do Stanów. Nigdy nie dowiemy się jak dalej potoczyła się ta historia i to właśnie jest kanwą tej opowieści. Niedokończona historia jednostek, o istnieniu których większość ludzi nigdy się nie dowie.

Pomimo dość ,,babskiej" okładki i równie nieinteresującego tytułu polecam tę książkę absolutnie wszystkim. Rzeczywiście, początkowo jest dość nużąca, ale w miarę upływu stron robi się coraz ciekawiej. Z czystym sumieniem polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z półki 2013Tea Time z CorridąZ literą w tle oraz w wyzwaniu Wojna i literatura.


piątek, 3 maja 2013

XXI-wieczny król romansu


Na początek chciałabym Was z całego serca przeprosić za to, że piszę o tej książce z perspektywy czasu i w bardzo oszczędny sposób. Niestety, zbliżająca się wielkimi krokami matura chwilowo uniemożliwiła mi czytanie książek innych niż podręczniki, czy wszelkiego rodzaju repetytoria. Mam nadzieję, że mimo to, poniższa recenzja chociaż odrobinę Was zaciekawi. A tymczasem, zgodnie z prośbą Gosiarelli - Nicholas Sparks!

***

Długo nie mogłam przekonać się do tego autora. W gimnazjum wszystkie dziewczyny z mojej klasy czytały Sparksa i wymieniały się jego książkami, a po seansie ,,Szkoły uczuć" napisały list do jednej za stacji telewizynych z prośbą, a właściwie rozkazem powtórzenia emisji filmu. Ja, jak zwykle, postanowiłam zrobić światu na przekór i nie tknęłam żadnej jego książki przez naprawdę długi czas. W końcu jednak, po wielu namowach uległam i sięgnęłam po kilka książek tego autora, ,,Pamiętnik", o którym chcę Wam napisać był bodajże czwarty z kolei. Dostałam tę książkę w prezencie gdy uczęszczałam do  pierwszej klasy liceum i z umiarkowanym entuzjazmem zabrałam się do jej lektury.

Dlaczego z umiarkowanym? Niestety, danym mi było dostać tę książkę z ,,filmową" i bardzo kiczowatą okładką z Rachel McAdams i Ryanem Goslingiem. Nie przepadam za okładkami inspirowanymi ekranizacją książek i zwykle szukam wcześniejszych wydań z mniej nastawioną na zysk oprawą.

Nawiasem mówiąc, już ładnych parę razy zastanawiałam się, ile stron liczyłyby książki Sparksa, gdyby wydano je małą, standardową czcionką. Obecna przywodzi mi na myśl książki dla dzieci.

Słówko o fabule. Książka opowiada historię Noaha i Allie, zakochanych, którzy z różnych względów musieli rozstać się na niemal czternaście lat. W końcu parze udało się pokonać wszystkie przeciwności losu i wziąć ślub. Niestety, to życie jak z bajki było tylko przysłowiową ciszą przed burzą.

Cóż można napisać o tej książce i jej autorze? Umówmy się, Sparks nie jest i nigdy nie będzie literackim geniuszem. Ja ze swojej strony już dawno temu ochrzciłam go czołowym autorem ,,książek odstresowujących".
Nie zawsze przecież mamy ochotę na prozę Sienkiewicza, liryki Puszkina, czy kryminały Roberta Ludluma. Wtedy z pomocą przychodzi nam Nicholas Sparks ze swoimi naiwnymi historiami, dziecięcymi metaforami i raczej lekkim piórem. W tej roli pisarz sprawdza się doskonale.

Nie mogę ani polecić, ani odradzić Wam tej książki. Doskonale zdaję sobie sprawę, że nie jest to lektura ponadczasowa, ale wiem, że choćby dla poprawy humoru sięgnę po następne książki tego autora. To chyba jakiś urok.

To wszytko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca