Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 października 2014

Ostatni Shangri La [Ashi Dorji Wangmo Wangchuck ,,Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka"]

Czytałam już książki napisane przez polityków, wysokich rangą żołnierzy, celebrytów, społeczników, krótko mówiąc, ludzi ze świecznika, jednak pierwszy raz mam przed sobą publikację napisaną przez królową! Ashi Dorji Wangmo Wangchuck jest żoną ,,najcenniejszego Skarbu Królestwa Grzmiącego Smoka Jego Wysokości Jigme Singye Wangchuck", czwartego króla Bhutanu. Książkę, którą popełniła w 2011 roku, ,,Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka", zadedykowała właśnie jemu.

Ashi Dorji Wangmo Wangchuck,
,,Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka"
Świat Książki,
Warszawa 2011,
stron 222.
Bhutan jest jednym z niewielu krajów, które zachowały swoją kulturę sprzed wieków. Udało się to dzięki naturalnemu ukształtowaniu terenu (Bhutan otoczony jest potężnymi górami) oraz izolacjonizmowi kulturowemu. Jeszcze w ostatnich latach XX wieku tylko nieliczni cudzoziemcy mogli odwiedzić ten kraj-zagadkę, przez co wielu się nim interesowało. W tym przypadku zadziałał efekt zakazanego owocu - każdy chciał się dowiedzieć, co kryje się w tym niepozornym azjatyckim państwie. Obecnie dostanie się na teren Bhutanu jest o wiele prostsze niż przed laty, ale należy się spodziewać zastania kompletnie innej niż europejska kultury, obyczajowości i natury. Przewodnikiem po tym niezwykłym kraju, ostatnim Shangri La, może być jego słynąca z niezwykłej urody królowa. Po lekturze jej książki będziecie wiedzieli o Bhutanie wszystko, a zarazem nic.

,,Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka" zostały wydane w Polsce dzięki niejakiej Małgorzacie, przyjaciółce autorki, która jest również prezesem Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Bhutańskiej. Ashi Dorji Wangmo Wangchuck wspomina o niej w dwustronicowym wstępie ,,Od autorki". Kolejna część tej książki ,,Wprowadzenie" zawiera podstawowe, typowo przewodnikowe, informacje dotyczące historii, monarchii oraz ludzi współczesnego Bhutanu. Druga część jest najbardziej wdzięczna i urocza. W ,,Dorastając z Bhutanem" autorka opisała swoje dzieciństwo w wiosce Nobgang, doroczne święta i obrzędy. Kolejna część ,,Jacy jesteśmy" i ,,Ludzie i miejsca" są dokładnie o tym samym. Królowa podróżuje pieszo, konno, samochodem, na jakach (!) po kraju i opisuje napotkane plemiona, dzongi, czorteny i naturę, która w Bhutanie jest niezwykle różnorodna. Na koniec autorka w żaden sposób nie żegna się ze swoimi czytelnikami, dodatkiem do tekstu głównego są jedynie indeks i rozbudowany słowniczek. Zdjęcia, głównie autorki i jej rodziny, zamieszczone są w dwóch wkładkach z kredowego papieru.
[Ashi Dorji Wangmo Wangchuck

Nie potrafię stwierdzić, jakiego gatunku książkę chciała napisać Ashi Dorji Wangmo Wangchuck: typową książkę podróżniczą, reportaż czy autobiografię. W ,,Skarbach Królestwa Grzmiącego Smoka" znajdziemy wszystko po trochu: podróże po kraju, szczegółowe opisy kultury określonych grup ludzi i bąble na stopach podróżniczki. Krótko mówiąc, w tej książce panuje chaos informacyjny. Historia Bhutanu opisana jest w kilkunastu miejscach, wiele razy powtarzane jest, że autorka pochodzi z Nobgang, kilka razy podane są te same informacje. Język autorki jest dwojaki: w pierwszym rozdziale jest chłodny, typowo przewodnikowy, w dalszej części książki staje się coraz bardziej poufały. Podobny schemat wykorzystany jest przy prezentowaniu treści, od podstawowych, do tych bardziej swojskich, bliższych autorce.

Ashi Dorji Wangmo Wangchuck dużo miejsca poświęciła opisaniu kultury i realiów życia licznych ludów Bhutanu. Polskiego czytelnika prowokuje to do porównania kultury tego kraju z kulturą polską. Różnice są olbrzymie. Jaskrawym przypadkiem tego, co w Europie jest nie do pomyślenia, a w Bhutanie jest codziennością jest fakt, że Ashi Dorji Wangmo Wangchuck jest jedną z czterech żon byłego już króla, pozostałe jego wybranki są... jej rodzonymi siostrami. Nie jest to jedyny system poligamiczny, jaki można spotkać w Bhutanie, Wangmo Wangchuck opisuje przypadki, gdy jedna kobieta ma kilku mężów i wszyscy są w tym układzie szczęśliwi. Na uwagę zasługuje również sposób, w jaki królowa podróżuje po kraju, część podróży odbyła na podarowanym jej przez jednego z hodowców jaku, do którego bardzo się przywiązała.

,,Skarby Królestwa Grzmiącego Smoka" to przeciętna książka, która jednak zapada w pamięć. Warsztat pisarski Ashi Dorji Wangmo Wangcuck pozostawia wiele do życzenia, chwilami jest nawet infantylny, ale oddaje klimat Bhutanu oraz tradycje, wierzenia i mentalność jego mieszkańców. Logika podpowiada, że królowa przedstawiła raczej tę lepszą, przystępniejszą dla ,,zachodniego czytelnika" stronę swojego kraju, ale na jej korzyść świadczy to, że nie pominęła problemów, z jakimi boryka się to państwo (choć wielokrotnie zaznaczała, że dzięki oświeconemu królowi wszystko zmierza ku dobremu). Pomimo wspomnianych uchybień czysto literackich, książkę tę czyta się z zainteresowaniem. Każda kolejna strona niesie ze sobą niespodziankę, czytelnik stara się odgadnąć, co autorka spotka za kolejnym mostem linowym czy stromym podejściem. Doświadczenie podpowiada, że może spodziewać się niespodziewanego.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

wtorek, 23 września 2014

,,Czy Pan przypomina sobie małego U Jo Ni z Płakowic?" [Jolanta Krysowata ,,Skrzydło anioła"]

W PRL-u, zwłaszcza wczesnym, działy się rzeczy, które nie śniły się największym filozofom. Gdy brat zapytał się mnie ostatnio, o czym teraz czytam i odpowiedziałam mu, że o północnokoreańskim domu dziecka w Polsce, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie i konsternację. A jednak koreańskie sieroty przez sześć lat mieszkały i kształciły się w niewielkich Płakowicach, które obecnie są zaledwie osiedlem, częścią Lwówka Śląskiego. Nieznaną powszechnie historię tej mieściny opisała Jolanta Krysowata w swoim dość nietypowym reportażu literackim ,,Skrzydło anioła".
,,Skrzydło anioła",
Jolanta Krysowata,
wydawnictwo Świat Książki,
Warszawa 2013,
stron 268.

Po II wojnie światowej nasz glob został podzielony na dwa bloki: kapitalistyczny i socjalistyczny. Aby uchronić się przed zakusami konkurencyjnego bloku lud pracujący miast i wsi musiał się jednoczyć, nawet jeśli dotąd nic go nie łączyło. Ta idea przyświecała rządowi Polski Ludowej, który na znak przyjaźni z bratnim narodem koreańskim rządzonym ówcześnie przez Kim Ir Sena przyjął pod swoje strzechy ponad tysiąc sierot, których rodzice zginęli podczas niedawnej wojny. Dzieci przyjechały, pobyły i wyjechały. Słuch po nich zaginął.

Jolanta Krysowata zainteresowała się tą historią, gdy jej przyjaciel odkrył na cmentarzu w Osobowicach skromny grób trzynastoletniej Kim Ki Dok. Po nitce do kłębka dziennikarka dotarła do ludzi, którzy wiedzieli cokolwiek o samej dziewczynce jak i o lekarzach, którzy się nią zajmowali. Odpowiedzią na wszystkie pytania okazał się być ośrodek w Płakowicach, który w latach 1953-1959 gościł Kim Ki Dok i jej towarzyszy.

,,Skrzydło anioła" podzielone jest na dwie części. W pierwszej części Krysowata opisała początek swoich prób zdobycia jakichkolwiek informacji o dziewczynce i, nieco później, o Tadeuszu Partyce. Partyka był lekarzem zajmującym się Kim Ki Dok w ostatnich tygodniach jej życia. Jego biografia i próby ratowania życia młodej Koreanki są interesujące, ale zajęły ponad sześćdziesiąt stron, a nie wniosły zbyt wiele do historii tajnego ośrodka dla koreańskich sierot, o którym jest mowa na okładce. Ta część została napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej, narratorem jest sama autorka, która w żaden sposób nie maskuje się przed czytelnikiem. Druga część przypomina już powieść. Narrator odautorski zniknął, a jego miejsce zajął narrator wszechwiedzący.

Właśnie do tej części mam najwięcej zastrzeżeń. ,,Skrzydło anioła" to reportaż, co prawda literacki, ale wciąż reportaż. Jest to gatunek, który wymaga rzetelnego przedstawienia faktów, tymczasem opowieść o Płakowicach została przedstawiona niczym wymysł autorki. W tym dziele przeczytamy o wszystkich aspektach życia w samowystarczalnym ośrodku: o różnicach w podejściu do dzieci nauczycieli polskich i koreańskich, o miłości ponad podziałami i bezduszności władz. Wszystko to zostało podane czytelnikowi bez wytłumaczenia mu, skąd autorka ma te wyjątkowo szczegółowe informacje. Całość czyta się bardzo dobrze, chwilami ciężko jest opanować skrajne emocje, które targają czytelnikiem, który poznaje świat tak odmienny od tego, do którego jest przyzwyczajony. Brakuje jednak źródeł. Informacje o tym, jak Krysowata dotarła do konkretnych osób to trochę za mało.

Z pewnością mogę polecić tę książkę osobom, które chciałyby poznać historię tego ośrodka, a nie mają ochoty na lekturę ciężkiego w odbiorze reportażu. ,,Skrzydło anioła" to swego rodzaju wariacja na temat tego, co mogło dziać się w ośrodku oparta na wywiadach z byłymi pracownikami płakowickiej placówki. Bez wątpienia dziennikarka włożyła mnóstwo pracy w przygotowanie tej książki. Mnie nie do końca odpowiada forma, w jakiej przedstawiła zgromadzone wiadomości, jednak wielu potencjalnych czytelników, zwłaszcza miłośników chwytających za serce powieści obyczajowych opartych na faktach, czy też lekkich reportaży literackich, będzie nią zachwyconych. Dodam jeszcze, że Jolanta Krysowata jest współtwórczynią filmu dokumentalnego o Kim Ki Dok, zatytułowanego imieniem i nazwiskiem swojej głównej bohaterki.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna. 

środa, 2 kwietnia 2014

,,Bartek zły, mamrocze coś o babie i motorze..."

Współczesne książki podróżnicze zwykłam dzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należą publikacje, których autorzy żyją z podróżowania; do drugiej teksty, których autorzy pewnego dnia postanowili wstać od biurek i - jak mawia Wojciech Cejrowski - sprzedać lodówkę i ruszyć w dal. Przedstawicielami tego drugiego rodzaju są Marta Owczarek i Bartek Skowroński, prawniczka i fotograf, którzy postanowili zmienić swoje życie i wyruszyć w podróż dookoła świata. Po powrocie do kraju, świeżo upieczeni podróżnicy napisali książkę Byle dalej. W 888 dni dookoła świata, która odniosła wielki sukces na naszym rynku wydawniczym.  

Jak wskazuje tytuł tej książki, podróż Marty i Bartka trwała dokładnie 888 dni. Zaczęła się w Mongolii, gdzie początkujący podróżnicy wybrali się razem z grupą przyjaciół, by obserwować zaćmienie słońca. Dalej musieli radzić sobie sami, a przed nimi były Chiny, prawdziwe wyzwanie dla niewprawionych w boju wędrowców. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. Aż do pierwszego złamania nogi...

O podróży opisanej w tej książce można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest banalna. Marta i Bartek jak ognia unikali potężnych aglomeracji miejskich, zatłoczonych miejsc i wszelkich opcji wypoczynku all-inclusive. Z Byle dalej nie dowiecie się, która peruwiańska restauracja serwuje najlepsze świnki morskie, ale zachęci Was do sięgnięcia po te przygotowywane przez ulicznych kucharzy w tzw. zapadłej dziurze gdzieś na zachodzie Peru. Jeśli odpowiada Wam ten sposób podróżowania i chcecie o nim czytać, polecam Wam tę książkę.

Bartek i Marta odwiedzili wszystkie kontynenty świata (poza Afryką i Antarktydą), spróbowali najdziwniejszych potraw, zwiedzili najbardziej znane zabytki, poznali wyjątkowych ludzi, przeżyli przygodę życia... No, właśnie. Słowo ,,przygoda" w ich książce zostało odmienione przez wszystkie przypadki, co daje czytelnikowi jasny komunikat: ,,my nie podróżujemy, by odkryć nieznane i potem się tym szczycić, my chcemy się bawić". Doskonale uwidocznia się to w stylu pisania autorów. Czytając ich relację z odwiedzin kolejnych fascynujących miejsc, mamy wrażenie, że opowiada nam ją para dobrych, bardzo sympatycznych i inteligentnych przyjaciół. Podobnie jest ze zdjęciami, które nie przypominają stereotypowych fotografii z książek podróżniczych. Te, zamieszczone w Byle dalej są  nad wyraz zabawne i urocze. Takie, jakie pokazuje się tylko bliskim znajomym. Brak dystansu między autorami a czytelnikami odczuwa się w każdym kolejnym akapicie, co sprawia, że czujemy się towarzyszami podróży Bartka i Marty (przez co ośmielam się nazywać autorów, dość niegrzecznie, po imieniu).

Jedynym minusem tej książki jest skupianie się jej autorów jedynie na dobrych stronach podróży. Wszelkie trudniejsze momenty, takie jak problemy z  noclegiem, złamana noga, zagubienie się, zostały sprowadzone do  roli nic nieznaczących wpadek. Trudno się jednak temu dziwić ponieważ nie przeczy to profilowi tej książki. Porównując ją do Utraconego serca Azji Colina Thubrona, nie możemy znaleźć pomiędzy tymi książkami praktycznie żadnych cech wspólnych i to pomimo tego, że obie te publikacje zaliczają się do szeroko rozumianej literatury podróżniczej. Byle dalej jest książką podróżniczą w wersji light, w zdecydowanej większości pozbawioną waloru dydaktycznego, a nastawioną na zabawę. W tej funkcji, książka Marty i Bartka sprawdza się idealnie.

Czas na krótką rekomendację. Jeśli macie ochotę na lekturę lekkiej książki opowiadających o podróżach, napisanej przez ludzi obdarzonych niesamowitym poczuciem humoru oraz odwagą do spełniania własnych marzeń, polecam Wam Byle dalej. Satysfakcja z lektury gwarantowana.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytania i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Polacy nie gęsiZ literą w tle oraz Nie tylko literatura piękna.  

wtorek, 24 grudnia 2013

Ebenezer Scrooge życzy wesołych świąt!

Ebenezer Scrooge to stary, chciwy i niezwykle skąpy człowiek interesu. Święta Bożego Narodzenia to dla niego brednie, podobnie jak wszystko to, co nie przynosi mu zysku. Świąt nie znosi chociażby dlatego, że jest zmuszony dać swojemu kanceliście w tym dniu dzień wolny, co nierozłącznie wiąże się z utratą kilkudziesięciu szylingów dziennego zysku. Scrooge jest więc na najlepszej drodze do zatracenia, które stało się udziałem jego zmarłego przed siedmioma laty wspólnikowi. Jakub Marley był taki jak jego przyjaciel, więc po śmierci zmuszony jest odrobić swoją pokutę, przed którą pragnie przestrzec Scrooge'a. Już jako zjawia Marley odwiedza więc swojego przyjaciela posyłając do niego trzy duchy: Wigilijnej Przeszłości, Tegorocznej Wigilii i Przyszłych Wigilii. Duchy zabierają Scrooge'a w podróż w czasie, dzięki której chciwiec pragnie zmienić swoje postępowanie. Jak to zwykle bywa w święta, cała historia kończy się dobrze, a naszemu bohaterowi udaje się w końcu zrozumieć, co tak naprawdę jest w życiu ważne.

To wszystko, co chciałabym napisać o tej książce bowiem jest ona jedną z tych, które stworzyły moje dzieciństwo i podejście do świąt oraz w ogóle do życia. Nigdy nie potrafiłam być wobec takich książek obiektywna, więc tym razem daruję sobie przyjemność płynącą z recenzowania.

 Chciałabym Wam życzyć, abyście wyciągając morał płynący z ,,Opowieści wigilijnej" poczuli magię świąt Bożego Narodzenia płynącą z dobra,
którym możemy w tych niezwykłych dniach obdarzyć bliskich (i nie tylko bliskich).
Spokojnej wieczerzy przy smacznych potrawach i dźwiękach najpiękniejszych polskich kolęd
życzy Wam
Franca

Słowem: Wesołych Świąt!

środa, 22 maja 2013

Ludzie listy piszą... z wojny.

Zauważyłam, że moje ostatnie zdobycze wzbudziły w Was entuzjazm, to świetnie:-). Niestety, na recenzje wspomnianych książek przyjdzie Wam troszkę poczekać ponieważ mam już kilka zobowiązań, które stety, niestety muszę dopełnić. Dzisiejsza książka pomoże mi nadrobić braki w aż trzech wyzwaniach i mam nadzieję, że będzie godnym supportem(sic!) przed tak wyczekiwanymi przez Was recenzjami;).

***



,,Niedoręczony list" Sarah Blake dostałam w prezencie jakieś dwa lata temu i natychmiast zabrałam się do lektury tej książki. Niestety, po około czterdziestu stronach odrzuciłam to romansidło w kąt i postanowiłam nigdy do niego nie wracać. Jeszcze nigdy nie byłam tak znudzona jakąkolwiek lekturą, a tu proszę, da się? Da się! Zaczęło się tak, że Emma, świeżo upieczona doktorowa Fitch przyjeżdża do miasteczka gdzie naczelniczką poczty jest wierząca w system służbistka Iris James. Podczas gdy w miasteczku Franklin życie toczy się spokojnie Europa targana jest wojną, najstraszniejszą ze wszystkich, jakie dotychczas miały tu miejsce. Frankie Bard jest dziennikarką radiową, która przekazuje Ameryce wieści z frontu. Opis z tyłu okładki zapowiadał, że losy tych trzech kobiet w jakiś przedziwny sposób się połączą. Niestety, pierwsze strony książki nie zapowiadały, że dokona się to w jakiś ciekawy lub chociaż prawdopodobny sposób, a jednak.


Jak już powiedziałam, byłam wyjątkowo sceptycznie nastawiona do tej książki. Fabuła nie zapowiadała się ciekawie, a język autorki wyjątkowo mnie drażnił.Wszystko zmieniło się gdy po kilkudziesięciu stronach akcja nabrała tempa, wszystko nagle zaczynało się ze sobą wiązać i się przenikać. Sarah Blake skupiła się na tym, by przedstawić to, jaki wpływ na tzw. wielką historię mają pojedyncze jednostki i odwrotnie, jaki wpływ na historię może odgrywać niepozorna na pierwszy rzut oka jednostka. Fabuła książki jest tylko osnową dla tego zamysłu.

Kolejnym ciekawym aspektem tej książki jest ukazanie niezwykłej roli radia i dziennikarstwa w ogóle w życiu ludzi lat czterdziestych XX wieku. Frankie wraz ze swoimi kolegami po fachu wielokrotnie dyskutuje o istocie dziennikarstwa, a liczne, zaryzykujmy, przygody przeżyte przez pannę Bard zmieniają jej wydawało się dość spójny pogląd na świat i na jej zawód. Co ciekawe, w ,,Niedoręczonym liście" pojawia się wątek Polski, a właściwie polskich Żydów. W wielu książkach kwestia ta jest dość niezgrabnie pomijana.

Jedyne, co dręczyło mnie przy czytaniu tej książki to mnogość nieskończonych wątków. Nie jest to jednak wada stylu autorki, ale zamierzony efekt. Śmierć Thomasa, o której nigdy nie dowiedzą się jego rodzice, chłopiec, który podczas nalotu bombowego stracił matkę, czy dziecko, które samo musiało podróżować do Lizbony i następnie do Stanów. Nigdy nie dowiemy się jak dalej potoczyła się ta historia i to właśnie jest kanwą tej opowieści. Niedokończona historia jednostek, o istnieniu których większość ludzi nigdy się nie dowie.

Pomimo dość ,,babskiej" okładki i równie nieinteresującego tytułu polecam tę książkę absolutnie wszystkim. Rzeczywiście, początkowo jest dość nużąca, ale w miarę upływu stron robi się coraz ciekawiej. Z czystym sumieniem polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z półki 2013Tea Time z CorridąZ literą w tle oraz w wyzwaniu Wojna i literatura.


piątek, 22 marca 2013

Muzeum marzeń niemożliwych

Nie oceniaj książki po okładce. Niby wszyscy znają to powiedzenie, ja również je znam i do niedawna wydawało mi się, że nawet je rozumiem. Niestety, przy pierwsze nadarzającej się okazji okazało się, że jest dokładnie inaczej. Po ,,Przedostatnie marzenie" Angeli Becerry nigdy bym sama z siebie nie sięgnęła. Po pierwsze dlatego, że tytuł wydał mi dość kiczowaty i po drugie dlatego, że okładka przypominała mi tandetne Harlequiny, za którymi zdecydowanie nie przepadam. Koniec końców książkę dostałam w prezencie od znajomej i siłą rzeczy musiałam ją przeczytać. Nie żałuję.


Pewnego dnia katalońska policja znajduje w jednym z mieszkań ubrane w ślubne stroje, zastygłe w wiecznym uścisku zwłoki dwójki staruszków, Juana i Soledad. Dlaczego nikt nic nie wiedział o miłości tej pary? Dlaczego i czy w ogóle zakochani popełnili samobójstwo? Ich historia sięga roku 1936...

Tę niezwykłą zagadkę próbują rozwiązać dzieci denatów -  egoistyczny i skupiony tylko na pieniądzach Andreu i wrażliwa nauczycielka gry na fortepianie Aurora. W miarę czytania równolegle obserwujemy ich śledztwo jak i cofamy się w czasie, by poznać Juana i Soledad oraz ich historię. W międzyczasie podróżujemy od Barcelony, przez Cannes aż po Kolumbię poznając niezwykłą atmosferę tych miejsc w ciężkich czasach dyktatury generała Franco oraz II wojny światowej.


Cechą charakterystyczną stylu Beccery są liczne, doskonale wpasowane w tekst metafory. Chwilami przypomina to styl Paolo Coehlo, z tym, że Beccera nie pisze tak drażniąco. Sugerując się tym, że prawdziwa literatura obroni się sama chciałabym zamieścić tutaj kilka cytatów pochodzących z ,,Przedostatniego marzenia:


,,Teraz już wiem, że świat dzieli się na tych, którzy mają, i tych, którzy umierają z pragnienia, żeby mieć"

,,Nie było żywej duszy wśród tylu dusz śpiących"
Angela Beccera

,,Zmarszczki istnieją tylko w umyśle młodych, bo oni się ich boją. A wiesz dlaczego? Bo ich nie rozumieją"

,,Miłość bez pocałunków jest jak czekolada bez sera... A miłość bez rozsądku to jak jajko bez soli"

,,Ona pierze bieliznę zabrudzoną przez bogaczy, a ja kręcę się tu, po wnętrznościach tego hotelu, karmiąc ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest głód."


Nie wszystkim pasuje taki styl pisania, stąd te cytaty -  gwoli ostrzeżenia. Ja ze swojej strony powtórzę, że byłam bardzo uprzedzona do tej książki, a po jej lekturze poczułam się mile zaskoczona. Polecam.


To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

czwartek, 14 marca 2013

Czy jesteś moją bratnią duszą?

              Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po tę książkę, ale nigdy nie zapomnę, że tuż po przeczytaniu ostatniej jej strony z mojego słownika zniknęło słowo przyjaciel. Od tej chwili wszystkich bliskich mi ludzi nazywałam ,,bratnimi duszami". Moją prywatną Aleją Zakochanych była Olszyna (krótka piaszczysta droga prowadząca od zabudowań aż do lasu, gdzie, ciekawostka, żadnych olszyn nigdy nie było), a Doliną Fiołków - Dolina Kaczeńców. Wiecie już o jaką książkę chodzi? To proste. Czas na  ,,Anię z Zielonego Wzgórza" Lucy Maud Montogmery. 


           Na początku chciałabym Wam pokazać moją kolekcję powieści o Ani, którą dostałam od mojej ukochanej babci ładnych parę lat temu. To od niej zaczęła się moja przygoda z Anią i muszę się przyznać, że nie potrafię czytać jakiejkolwiek części tego cyklu jeśli trzymam w rękach inne jej wydanie.
          Streszczając krótko fabułę: Ania Shirley jest sierotą, która przez pomyłkę zostaje zaadoptowana przez starsze już rodzeństwo: Marylę i Mateusza. Maryla jest dobrą, ale niezwykle surową i zdroworozsądkową kobietą, więc chce odesłać Anię z powrotem do sierocińca. Z Mateuszem zaś dziewczynka od razu ,,łapie kontakt" i zaprzyjaźnia się z nim. Dzięki Mateuszowi Ania zostaje na Zielonym Wzgórzu. W międzyczasie udaje jej się rozgniewać wścibską panią Linde, która ośmieliła się skomentować jej rudy kolor włosów. Jak wiedzą wszyscy, którzy czytali tę powieść, dzięki niechęci do swoich rudych włosów Ania przeżyje wiele ciekawych przygód oraz pozna swojego przyszłego męża.

Montgomery w wieku 10 lat
Źródło


Ale dość już o fabule, nie zdradzajmy najciekawszego. Wspomnijmy teraz o autorce tego niesamowitego cyklu. Lucy Maud Montgomery urodziła się w 1874 roku w Kanadzie. Gdy w wieku niespełna 2 lat zachorowała na gruźlicę ojciec oddał ją na wychowanie do dziadków, których zawsze wspominała jako surowych i poważnych. Jedyną jej pociechą były częste wizyty u ukochanej ciotki, Annie Macneill Campbell.
Źródło
         W 1887 roku jej ojciec ożenił się z Mary Ann McRae. Z tego związku na świat przyszło przyrodnie rodzeństwo Maud (na co dzień pisarka posługiwała się swoim drugim imieniem). Jednak ani z macochą, ani z rodzeństwem Montgomery nie utrzymywała bliskich kontaktów. We wrześniu 1891 roku pisarka ukończyła naukę w szkole powszechnej, a w roku 1894 skończyła dwuletni kurs nauczycielski w Prince of Wales College i została nauczycielką. W międzyczasie zaręczyła się z  Edwinem Simpsonem i romansowała z Hermanem Leardem. Żadnego z nich jednak nie kochała. W 1911 roku Maud wyszła za pastora  Evana MacDonalda, którego zdaje się, nigdy nie kochała. Niedługo po ślubie pisarka urodziła trzech synów, z których jeden zmarł tuż po porodzie. Sama Maud zmarła w 1942 roku, a jej mąż nieco ponad rok później. ,,Ania z Zielonego Wzgórza" zaczęła się ukazywać w 1908 roku jako powieść odcinkowa i niemalże od razu zaskarbiła sobie sympatię młodych ludzi. Do tej pory książkę przetłumaczono na 17 języków, polskie wydanie ukazało się w 1911 roku nakładem wydawnictwa M.Arcta. W historii Ani można znaleźć wiele nawiązań do biografii samej autorki (zawód nauczyciela, pisarstwo, śmierć pierworodnego dziecka). Być może nie powinnam poświęcać aż tak dużo miejsca samej autorce, ale proszę, zrozumcie, dzięki tej kobiecie moje dzieciństwo było naprawdę niezwykłe.

Źródło
           W 1985 roku na postawie książki nakręcono film o tym samym tytule w którym Anię zagrała Megan Follows, która, moim zdaniem, pasowała do tej roli jak nikt inny. Pierwszą część filmu możecie obejrzeć pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=jwHTijCwsMw. Następne znajdują się w panelu bocznym pod tym samym adresem.
           ,,Ania..." ma tylu zwolenników, co przeciwników. Ci drudzy zarzucają opowieści długie i nużące opisy, brak jakiejkolwiek akcji (zdanie mojego brata) i rozwlekłość. Ja uważam, że bez tych opisów książka straciłaby olbrzymią część swojego uroku. Zazwyczaj też jestem ich przeciwniczką (drażnią mnie, więc często po prostu ,,przelatuję je wzrokiem"), ale w tym jednym przypadku po wsze czasy będę ich zaciekłą obrończynią. 

Ania trochę utrudniła mi życie z tego względu, że przez nią wciąż jestem (i pewnie już zawsze będę) niepoprawną marzycielką i idealistką, a to, przyznajcie sami, trochę utrudnia życie. Co prawda nigdy nie zafarbowałam sobie włosów na zielono, ale sama lektura książki dała mi tyle wrażeń, że wystarczyło mi ich na całe dzieciństwo.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca