Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura francuska. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2014

Eric-Emmanuel Schmitt ,,Kobieta w lustrze"

Oto książka o kobietach. Eric-Emmanuel Schmitt postanowił przedstawić ród niewieści za pomocą sylwetek trzech kobiet, które różni absolutnie wszystko, a łączy płeć i świadomość tego, że nie chcą i nie potrafią żyć tak, jak dotychczas. Mistyczka, wiedeńska arystokratka i przeraźliwie współczesna gwiazda filmowa. Wymienione panie nie miały szansy się spotkać. Pierwszą od drugiej oddzielają cztery wieki, drugą od trzeciej sto lat. Na jakiej podstawie pisarz zestawił je ze sobą w jednej książce? Życiorys każdej z nich nadaje się przecież na osobną powieść. Powstał jednak tylko jeden utwór Kobieta w lustrze. Tytuł tej powieści jest dla nas podpowiedzią, czy wspomniane wyżej kobiety mogły zobaczyć się w zwierciadle? 


Eric-Emmanuel Schmitt,
Kobieta w lustrze,
Kraków 2012,
stron 464. 
Anne właśnie bierze ślub. Jej przyszły mąż nie jest brzydki, więc kobiety z otoczenia dziewczyny uważają, że ich małżeństwo będzie doskonałe. Jednak Anne pojmuje miłość nieco inaczej niż wszyscy i ucieka sprzed ołtarza. Wybiega do lasu, gdzie zamieszkuje przez najbliższe dni. Ta prosta, wychowana na wsi dziewczyna woli przebywać z roślinami i zwierzętami niż z ludźmi. Anne zdaje się rozumieć naturę, a natura wydaje się rozumieć ją. Po pewnym czasie niedoszła panna młoda zamieszkuje w beginażu, skupiającym pragnące żyć samotnie kobiety. Tam szybko zostaje okrzyknięta mistyczką, co nie podoba się hierarchom kościelnym i jej przebiegłej kuzynce, Idzie.

W 1904 roku wiedeńska arystokratka Hanna wznawia kontakt ze swoją kuzynką Gretchen. W listach do niej opisuje swoje na pozór bajkowe życie. Hanna jest bogata, ma wspaniałego męża i pasję — namiętnie zbiera szklane kule millefiori. Wciąż jest jednak tylko kobietą i jako zamężna przedstawicielka płci pięknej musi wywiązać się ze swojego obowiązku — urodzić dziecko. Zewsząd do niej dobiegające serdeczne rady doprowadzają w końcu do tragedii, po której Hanna decyduje się diametralnie odmienić swoje życie. 

Anne jest aktorką, publiczność ją kocha, kamera również. Jednak Anne nie kocha samej siebie, woli narkotyki. Po wypadku, do którego doprowadziła ją własna głupota, poznaje mężczyznę, który wydaje się być jej aniołem. Upadłym. Dziewczyna stopniowo próbuje kierować swoje i jego życie na właściwe tory, co nie jest proste. Zwłaszcza, gdy patrzy na ciebie cały świat.

Kobieta w lustrze to moje drugie spotkanie z prozą Schmitta. Pierwsze było wyjątkowo rozczarowujące. Historie miłosne, zbiór opowiadań, były tak nużące i przewidywalne, że nie miałam ochoty ich kończyć, a tym bardziej czytać kolejnej powieści tego pisarza. Jednak stało się. Przyznaję się bez bicia, że Kobieta w lustrze skusiła mnie swoją okładką nawiązującą do historii Hanny. Dodatkowo, do mojego egzemplarza dołączono audiobook tej powieści, który jest wielkim atutem tego bibliofilskiego wydania. Powieść liczy sobie ponad czterysta pięćdziesiąt stron, ale czyta się ją niezwykle szybko. Największy wpływ ma na to fakt. że historie trzech głównych bohaterek przeplatają się sobą, z tym że historia Hanny jest dodatkowo wyróżniona poprzez epistolarną formę jej wyznań. Każdy rozdział kończy się małym trzęsieniem ziemi, przez co czytelnik nie może doczekać się kontynuacji danej historii. Z największą uwagą czytałam o perypetiach Hanny, między innymi ze względu na to, że bohaterka w pewnym okresie swojego życia zainteresowała się psychoanalizą oraz wierszami pewnej kobiety, o której zapomniała historia.

W ostatnim rozdziale dotyczącym współczesnej nam Anne, Schmitt we wiarygodny sposób wyjaśnił w jaki sposób życie jednej z tych kobiet wpłynęło na drugą i trzecią. Spotkałam się z głosami, że w tej powieści Schmitt rozpracował kobiecą psychikę i stworzył lustro, w którym może przejrzeć się każda z nas. Nie zgadzam się z tym. Schmitt kilka razy podkreślał, że jego bohaterki są inne, że nie pasuję do społeczeństwa i niekoniecznie świadomie buntują się przeciwko zastanym konwenansom. Pisarz pominął natomiast całe rzesze ,,zwykłych" kobiet. Tych, których życie toczy się według ustalonego schematu i które są z tego zadowolone. Nie jest to wielka skaza na profilu tej powieści, ale warto o niej wspomnieć.

Kobieta w lustrze to ambitna powieść o kobietach i dla kobiet, inaczej nie da się jej sklasyfikować. Panowie oczywiście również mogą sięgnąć po tę książkę, ale z pewnością szybko zrozumieją, że nie do nich jest ona skierowana. Niemniej polecam ten misz-masz powieściowy wielbiciel(k)om fikcyjnych wątków historycznych, interesujących portretów psychologicznych i książek obyczajowych. Ja po jego lekturze zdecydowałam się dać Schmittowi zielone światło i sięgnąć po kolejne jego teksty.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

piątek, 31 stycznia 2014

Ni una más!

W 1993 roku w Ciudad Juárez znaleziono pierwsze ciała brutalnie zamordowanych kobiet. Wszystkie zostały zgwałcone, a następnie uduszone/podpalone/kilkakrotnie rozjechane samochodem. W 2005 roku liczba ofiar sięgała już 400 i wciąż rosła. Tymczasem mordercy wciąż pozostawali na wolności i popełniali kolejne przestępstwa, co ułatwiała im marionetkowa policja i bierność władz. 

Marc Fernandez i Jean-Christophe Rampal postanowili zbadać tę sprawę i aby tego dokonać spędzili w Ciudad Juárez dwa lata. Efektem ich pracy jest książka Miasto morderca kobiet, w której starają się usystematyzować zdobytą wiedzę i przekazać światu choć ułamek tego, co warto wiedzieć o Juárez. 

Dlaczego juareskie morderstwa są tak chętnie i dokładnie opisywane w mediach? Przecież teczki prokuratorów z całego świata pełne są aktów dotyczących morderstw, czasem okrutnych. Północ Meksyku nie jest chwalebnym wyjątkiem, jednak przypadki zabójstwa z Juárez mają wiele punktów wspólnych. Ofiarami zawsze są kobiety, młode, niezamożne, podobne do siebie pod względem fizycznym. Każda z nich przed śmiercią została zgwałcona, zazwyczaj przez kilku mężczyzn. Co jeszcze je łączy? To, że ich mordercy nigdy nie zostali ukarani.


Ciężko w jednej książce, niespełna 240-stronicowej, zawrzeć informacje o zbrodniach popełnianych przez 13 lat. W związku z tym, w Mieście... panuje informacyjny chaos. Na początku książki czytamy głównie o ofiarach, potem następuje gwałtowny przeskok do danych dotyczących ewentualnych (zawsze ewentualnych) winnych. Nie oskarżałabym jednak autorów o brak kompetencji literackich, już na pierwszy rzut oka widać, że są oni dziennikarzami, a nie mistrzami beletrystyki. Wielkim plusem tego reportażu jest fenomenalna podstawa źródłowa, niemalże każda oficjalna wypowiedź każdego z bohaterów tej książki jest w odpowiedni sposób udokumentowana. Na końcu tekstu znajduje się niepełna lista ofiar, skany dokumentów związanych z konkretnymi zabójstwami (niestety, jedynie w języku hiszpańskim) oraz lista polityków zajmujących się ,,umarłymi z Juárez". Chylę czoła przed ogromem pracy włożonym w tę książkę przez Fernandeza i Rampala.




Bardzo mi się podoba okładka Miasta.... Fotografia przedstawiająca różowe krzyże z wypisanymi na nich imionami kobiet znajduje się na polu bawełny, na którym znaleziono osiem ciał kobiet, których imiona widnieją na tych krzyżach. Sprawcy tych morderstw, podobnie jak wielu innych, nigdy nie zostali ukarani. 

Pomimo tego, że treść tego reportażu jest szokująca, czyta się go niezwykle szybko. Całość podzielona jest na krótkie, zazwyczaj kilkustronicowe rozdziały. Mniej więcej w połowie książki znajduje się wstawka z kilkunastoma czarno-białymi zdjęciami przedstawiającymi głównie juarewskich polityków, Abdela Latifa Sharifa - głównego podejrzanego w kilku sprawach oraz dwa zdjęcia przedstawiające to, co zostało z ofiar. Zwłaszcza jedno z nich zrobiło na mnie kolosalne wrażenie.

Pomimo tego, że wiadomości nie są w tej książce odpowiednio posegregowane, można się niej naprawdę sporo dowiedzieć, co więcej - stanowi ona świetny materiał do dalszego zapoznania się ze sprawą ,,umarłych z Juárez''.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,

Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Z literą w tle, Nie tylko literatura piękna, Przeczytam tyle, ile mam wzrostu, Jasna strona mocy i Literacka Ameryka Południowa.


poniedziałek, 4 listopada 2013

Walka kapitału i pracy

Już dawno nie byłam tak poruszona żadną książką. Emil Zola to klasyk, z którego twórczością jednak do tej pory nie przyszło mi się zapoznać. Wiedziałam o nim tyle, że był on prekursorem, a zarazem mistrzem naturalizmu i napisał ,,Nanę". Gdy tylko usłyszałam o tej książce (niestety, od razu zdradzono mi zakończenie) bardzo chciałam ją przeczytać, ale jakoś nie było nam po drodze. Za to ostatnio udało mi się dostać ,,Germinal" tego autora i zachęcona pozytywnymi recenzjami znalezionymi w internecie natychmiast zaczęłam ją czytać.

Mam taki nawyk, że przed rozpoczęciem lektury dowolnej książki, muszę przeczytać jej ostatnie zdanie. W przypadku ,,Germinalu" brzmiało ono: ,,Wzrastała czarna armia mścicieli, w głębokich bruzdach kiełkował wolno posiew, aby rozerwawszy skorupę ziemi przynieść plon w nadchodzącym stuleciu.". Zdanie to jest dla mnie wyjątkowe z trzech powodów. Po pierwsze, jest ono świetnie napisane, zapisałam je sobie w notesie. Po drugie, zapowiada rewolucję społeczną, która nastąpi w XX wieku (pamiętajmy, że ,,Germinal" powstaje w 1885 roku). I w końcu po trzecie, stanowi doskonałe uwieńczenie jednej z lepszych książek, jakie miałam przyjemność przeczytać.

Pewnego mroźnego dnia Stefan Lantier, bezrobotny maszynista przybywa w poszukiwaniu pracy do kopalni le Voreux, gdzie udaje mu się znaleźć zatrudnienie. Mężczyzna pomieszkuje w biednej, ale poczciwej rodzinie górniczej Maheu. Stefan szybko orientuje się, że górnicy są wykorzystywani przez Towarzystwo, cierpią głód i niedolę nie mając żadnych szans na poprawę swojego losu. Postanawia to zmienić i organizuje w mieście filię Międzynarodówki zajmującej się poprawą sytuacji robotników na całym świecie. W le Voreux dochodzi do strajku, na czele którego staje Stefan. Początkowo wszystko wydaje się iść w dobrym kierunku, jednak po pewnym czasie górnikom zaczyna doskwierać głód, który prowokuje ich do gwałtownych działań. Górnicy zaczynają niszczyć kopalnie i atakować swoich przełożonych, a Stefan traci kontrolę nad sytuacją. Sprawy zaczynają przybierać coraz bardziej dramatyczny obrót, aż w końcu dochodzi do tego, że żandarmi decydują się otworzyć ogień do protestujących.

Ulotka zapowiadająca publikację ,,Germinala"
Tej książce nie brakuje niczego, co uważane jest za wyznacznik dobrej powieści. Nie licząc elementów fabuły, o których wspomniałam powyżej w książce spotykamy interesujący i niebanalny trójkąt miłosny, w kolejnych rozdziałach ścierają się racje robotników i burżujów i nic nie okazuje się być takie, jakim się wydaje. Żadna postać występujące w książce nie jest czarna, ani biała (no, może poza panią Hannebou, ale to już jest przypadek wrodzony burżuazyjnej głupoty i ignorancji). Żadna postawa wobec problemu walki kapitału i pracy nie została pominięta, a na szczególną uwagę zasługuje to, w jaki sposób Zola przedstawił nędzę górników. Naturalizm jednoznacznie kojarzy nam się z epatowaniem naturalnością rozumianą jako okrutna dosadność. ,,Germinal" jest jednak tak napisany, że żadna sytuacja nie wydaje się nam przesadzona ani sztuczna. Mistrzostwo!

Na koniec chciałabym wspomnieć o tym, że nie warto bać się tej powieści. Jasne, że porusza ona poważne tematy, ale została napisany w sposób, który nie utrudni lektury nawet wielbicielom lekkich książek na jeden wieczór. Zaręczam, że każdy znajdzie w ,,Germinalu" coś dla siebie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle i Czytam książki wydane przed 1990 rokiem.

czwartek, 18 lipca 2013

Wśród kamienia i gargulców


W życiu każdego szanującego się czytelnika nadchodzi czas, gdy ten musi zmierzyć z klasyką. Ale czym właściwie jest klasyka? Czy zaliczają się do niej jedynie dzieła Sofoklesa, Arystotelesa, Homera i innych klasyków(!) greckich? A może klasyka to dzieła stworzone przez ludzi, którzy w swojej dziedzinie osiągnęli doskonałość i do dziś stanowią niedościgniony wzór dla innych twórców (znana ze szkoły para Horacy-Kochanowski)? Poniekąd tak. Prawdziwe arcydzieła bronią się same nawet wtedy, gdy wyniki sprzedaży nie potwierdzają osiągniętego sukcesu. Ja, kilka dni temu postanowiłam zmierzyć się z romantycznym gigantem spod pióra francuskiego pisarza Wiktora Hugo. Drodzy czytelnicy, przed Wami ,,Katedra Marii Panny w Paryżu"!


Głównym bohaterem książki jest archidiakon Frollo, pobożny człowiek nauki uważany przez współczesnych za czarownika. Rodzice mężczyzny zginęli podczas zarazy, z której ocalał jedynie młodszy brat ówczesnego kleryka, Jan. Frollo postanawia zadbać o dziecko najlepiej jak tylko potrafi, otacza go należytą troską i miłością. Pewnego dnia kobiety znajdują w katedrze podrzutka. Dziecko jest niezwykle brzydkie. Bogobojne paryżanki uznają je za potomka diabła i postanawiają spalić na stosie. W ostatniej chwili nielubiany i wzbudzający postrach ksiądz postanawia je adoptować a po kilku latach umieszcza go w dzwonnicy katedry Notre Damme i tytułuje dzwonnikiem. Przez tę pracę chłopiec traci słuch. Jedyną osobą z którą korzystając z licznych umownych znaków może się porozumiewać jest Frollo. W książce pojawia się również Esmeralda, szesnastoletnia uliczna tancerka, która nieświadomie wzbudza namiętność w wielu mężczyznach choć sama jest do nieprzytomności zakochana w dalekim od świętości kapitanie Febusie. W niezwykły, choć jak najbardziej prawdopodobny sposób losy tych bohaterów przeplatają się tworząc jedną z najlepszych powieści jakie widział świat (biorę pełną odpowiedzialność za te słowa).

Jeśli miałabym podsumować tę powieść w jednym zdaniu, napiszę: oto książka, która wygrywa fabułą. Zdaję sobie sprawę, że drugi akapit niniejszej recenzji będący streszczeniem tej pozycji nawet w ułamku procenta nie oddaje magii tej książki. Możecie czytać ją jako romans, powieść historyczną, obyczajową, a nawet kryminał.
Hugo stworzył świat, który zapada w pamięć i  inspiruje. Akcja książki nie rozwija się jednostajnie, momentami czytelnik aż drży z oczekiwania na następną stronę a czasami pojawia się chwila spokoju, która, jak to zwykle bywa, jest tylko ciszą przed burzą.

Żeby nie było tak cukierkowo (co absolutnie nie pasuje do tej książki, wierzcie mi, nie sądziłam, że jakakolwiek książka może skończyć się aż tak źle) wskażę jeden jej mankament. Mianowicie Hugo jest niezwykłym miłośnikiem architektury, szczególnie średniowiecznej. W powieści występują trzy wielostronicowe fragmenty, w których fabuła dosłownie zamiera i na pierwszy plan wysuwają się poglądy autora na współczesną mu architekturę oraz barbarzyństwo, którym nazywa niepotrzebne jego zdaniem a tragiczne w skutkach modyfikacje średniowiecznych budynków. Początkowo owe fragmenty wydały mi się całkiem interesujące lecz po kilkudziesięciu kolejnych stronach gdybania już nie mogłam doczekać się powrotu do głównego wątku książki, od którego doprawdy trudno jest się oderwać.


Na podstawie ,,Katedry Marii Panny..." powstał film animowany zatytułowany ,,Dzwonnik z Notre Damme". Gdy byłam dzieckiem, oglądałam go wielokrotnie i gdy tylko dowiedziałam się, że jest to ekranizacja, postanowiłam jak najszybciej przeczytać książkę, na postawie której powstała ta produkcja. Jak to zwykle ze mną bywa, od słów do czynów przeszłam kilkanaście lat później. Teraz już mogę przyznać, że film przejął od książki tylko główne wątki fabularne, sama akcja toczy się zupełnie inaczej. Ja nie zdecydowałbym się zekranizować tej książki jako filmu dla dzieci. Relacja Frollo-Esemralda jest zbyt skomplikowana i nie do przyjęcia dla przeciętnego, ,,nieuświadomionego" dziecka. Po prawej stronie zamieszczam fragment filmu, piosenkę śpiewaną przez sędziego. Powiem szczerze, nic tak dobrze nie oddaje ducha ,,Katedry Marii Panny w Paryżu" jak ta właśnie pieśń. Polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Z półki 2013Z literą w tleCzytamy książki historyczneCzytam książki wydane przed 1990 rokiem.




środa, 26 czerwca 2013

Książka Jakkażda


Przyznam się, że do ,,Historii miłosnych" podeszłam z niekłamanym entuzjazmem. Jak dotąd twórczość Erica Emmanuela Schmitta przechodziła mi koło nosa choć pozycje takie jak ,,Trucicielka", czy ,,Intrygantki" od dawna widniały na mojej liście książkowych marzeń. Podczas ostatnich Warszawskich Targów Książki podczas wymiany w ręce wpadła mi ,,Kobieta w lustrze" oraz właśnie ,,Historie...". Niewielki rozmiar drugiego tekstu przekonał mnie do przeczytania drugiej z tych pozycji i... teraz trochę tego żałuję.


Książka składa się z siedmiu opowiadań, których głównym tematem jest miłość, a największym minusem... pretensjonalność i co ważniejsze - powtarzalność. Trudno jest mi zrecenzować tę publikację nie zdradzając jej treści, ale szczerze mówiąc już przy drugim opowiadaniu odniosłam wrażenie, że pomimo upływu stron wciąż czytam o tym samym. Po lekturze ostatniego opowiadania pomimo tragicznej końcówki zaśmiałam się i to wyjątkowo głośno. Właściwie każde opowiadanie miało taką samą fabułę, która skupiała się wokół motywu przemijania i żalu za błędy oraz smutku po śmierci bliskiej osoby, której wcześniej się nie doceniało. Świetny temat na opowiadanie, ale jedno, nie siedem.

Jest  jednak rzecz, która naprawdę mnie w te książce zachwyciła i to już w pierwszym opowiadaniu. Mianowicie jest to niezwykły (pod względem literackim) przewodnik erotyczny, którego bohaterce mogłaby pozazdrościć niejedna E.L. James. Pozwolę sobie zacytować: ,,Ulisses, jak wszystkim wiadomo, by nie dać się omamić syrenim śpiewom, kazał przywiązać się do masztu swojego żaglowca. Mój pan będzie identycznie przywiązany i skąpo odziany - jedna opaska zasłoni mu oczy, a druga nie pozwoli mówić. Wokół niego będzie krążyła ponętna syrena. Będzie muskać jego ciało, zupełnie go nie  dotykając. Będzie szeptać do ucha i opowiadać o swoich najskrytszych pragnieniach. Jeśli syrena będzie miała bujną wyobraźnię, tak jak i jej pan, czułe słowa sprawią jej taką rozkosz, jakby wszystkie marzenia się wypełniły".

Książka jest skierowana do osób, które cenią sobie romantyczne historie i język pełen sensualności oraz, zaryzykujmy, magii. Mnie ,,Historie miłosne" zdecydowanie nie przypadły do gustu, ale samemu Schmittowi chciałabym dać jeszcze jedną szansę ponieważ naczytałam się sporo dobrego na temat pozostałych jego książek. A Wy co sądzicie o tym autorze?

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

niedziela, 14 kwietnia 2013

Historia pewnej kurtyzany


,,Jestem tego przekonania, że nie można stworzyć żadnej kreacji, nie poznawszy dobrze ludzi, podobnie jak nie można mówić jakimkolwiek językiem, nie nauczywszy się go wprzódy.
Nie mam jeszcze lat, w których się tworzy - zadawalam się więc opowiadaniem."

Na ,,Damę Kameliową" Aleksandra Dumasa (dla jasności - syna) natrafiłam w trakcie zakupów w jednym z supermarketów. Co prawda tandetny projekt okładki raczej zniechęcał mnie do kupna, a tym bardziej przeczytania tej powieści, ale urokliwy tytuł oraz pierwsze kilka linijek tekstu, które pozwoliłam sobie powyżej zamieścić ostatecznie mnie do tego przekonały.

W wydaniu wydawnictwa Oxford Educational (seria Love&Story) zostało zachowane tłumaczenie sprzed kilkudziesięciu lat (niestety, nie napisano czyje), co moim zdaniem było znakomitym pomysłem. Mam wrażenie, że dzięki temu esencja tej historii została zachowana, a sam język choć w małym stopniu sprostał wyzwaniu oddania ,,ducha" tamtych czasów.

Książka opowiada historię Małgorzaty Gautier, eleganckiej paryskiej kurtyzany, której nigdy nie brakowało majętnych adoratorów. Pewnego dnia dziewczyna poznaje Armanda Duvala, mężczyznę z tzw. wyższych sfer, w którym ze wzajemnością zakochuje się. Niestety, związkowi przeciwni są właściwie wszyscy z najbliższego otoczenia pary. Mamy tu bowiem do czynienia ze standardowym mezaliansem.

Musicie mi wybaczyć tak oszczędne w szczegółach przedstawienie fabuły, ale opis zamieszczony na okładce wydania, które przeczytałam był tak dokładny, że samą lekturę książki właściwie mogłam już sobie darować. 

Aleksander Dumas (syn)
Romanse takie jak ten nie nadają się dla każdego. Wielu czytelników męczy sztampa, uczucia, opisy i ciągłe wzdychania kochanków czyli elementy charakterystyczne dla tego gatunku literackiego. ,,Dama kameliowa" jest jednak, jak podaje ciocia Wikipedia, ,,szczytowym osiągnięciem melodramatu" z czym w stu procentach się zgadzam. Dumas z wielką wprawą i wyczuciem opisuje nie tylko radosne momenty w życiu Małgorzaty i Armanda, ale i nieco mroczniejsze fragmenty tej powieści. Wyjątkowo spodobał mi się opis trupa jednego z bohaterów (nie zdradzę, którego).

Gorąco polecam Wam ten romans. Z komentarzy zamieszczonych pod poprzednim postem wiem, że wielu z Was planuje przeczytać ,,Annę Kareninę", ale nieco przytłacza ich objętość tejże książki. ,,Dama kameliowa" jest powieścią, która zabierze Wam o wiele mniej czasu, a, uwierzcie mi, nie będziecie po jej lekturze w żaden sposób rozczarowani.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca