poniedziałek, 23 czerwca 2014

Rozum i wiara? Wiara w co?

Książki katolickie nie cieszą zbyt wielką popularnością wśród polskich czytelników. Kojarzą nam się one z religijną papką, której autorowi wydaje się, że posiadł wszystkie rozumy i dzięki temu ma prawo mówić nam, jak powinniśmy żyć. Na szczęście, od kilku lat pisarze katoliccy piszą już inaczej i starają zbliżyć się do czytelnika, a nie tylko wytykać mu błędy. Mimo to, dość długo nie sięgałam po publikacje zaliczające się do tego typu, stereotypy były silniejsze. Dopiero niedawno zdecydowałam się przeczytać jedną z nich i na dodatek niejako przez pomyłkę. 

Gdy dostałam propozycję zrecenzowania książki, której autorami są obecny papież Jorge Mario Bergoglio, rabin Abraham Skórka i dr Marcelo Figueroa, członek Kościoła prezbiteriańskiego San Andres, zatytułowaną Rozum i wiara. Modlitwa. Godność. Solidarność byłam pewna, że będzie  ona dotyczyła postrzegania tych wartości w reprezentowanych przez autorów odmianach chrześcijaństwa. Jak się okazało, różnice pomiędzy tymi wyznaniami nie odegrały w tej książce większej roli. Najważniejsze są w niej odpowiedzi na pytania: czym właściwie są wiara, modlitwa, godność i solidarność?

Na tę książkę składa się zapis rozmowy, którą w jednym z programów telewizyjnych przeprowadzili wyżej wymienieni panowie. Całość podzielona jest na cztery rozdziały zatytułowane tak, jak kolejne części tytułu książki. Wypowiedzi rozmówców są dość długie, co najmniej kilkunastowersowe. Można wyczuć w nich szacunek dla pozostałych dyskutantów, brak wywyższania się i postawy ,,to ja jestem tu najważniejszy". Wspaniale jest zapoznać się, z rozmową osób, które rzeczywiście rozmawiać potrafią. 

Wszystkie poruszane problemy wyjaśniane są w odniesieniu do chrześcijaństwa, choć podmiotem wszystkiego tego, co powinno czynić się, aby - powiedzmy - odpowiednio pojmować godność, jest człowiek, a nie tylko chrześcijanin. Nie jest więc powiedziane, że muzułmanin czy ateista nie może dbać o swoją godność. Bardzo podoba mi się ten zabieg. W końcu nie tylko wierzący są dobrymi ludźmi, o czym zdaje się czasami zapominać część dziennikarzy związanych z tematyką religijną. Pomimo tego, że w tytule tej książki widnieją wyjątkowo górnolotne i szumne słowa, czytając zapis rozmowy autorów, czytelnik czuje się niczym podsłuchiwacz, który akurat natknął się na dyskutujących na te, a nie inne tematy, dobrze znających się ludzi, a nie jak uczeń. 
,,Bóg nie umieścił ludzi w sferze przyrody niczym przedmioty swojej rozrywki, zostawiając ich samych i dając im instrukcję, żeby potem usiąść na chmurze i pokazywać, co robią źle, a co dobrze "*
Zdaję sobie sprawę z tego, że po tę książkę sięgną jedynie ci, którzy chociaż trochę interesują się tematyką, którą ona porusza. Religia i wszystko, co z nią związane mają to do siebie, że aby w jakiś sposób się nimi zająć, trzeba  chociaż trochę się nimi ciekawić. Jeśli więc należycie do tej religijnoznośnej grupy, to mogę zaręczyć, że nie zawiedziecie się na tej książce. Reszcie takiego poręczenia nie złożę, ponieważ wydaje mi się, że pomimo zalet tej publikacji, które wymieniłam, mimo wszystko oscylowanie jedynie wokół tych czterech tematów, niezbyt zainteresowanych nimi czytelników może nieco znudzić. Wszystkim pozostałym oraz wielbicielom literackich i/lub światopoglądowych eksperymentów, polecam Rozum i wiarę... i życzę miłej lektury.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz tej książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu M. 

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Nie tylko literatura piękna, Z literą w tle.

*Jose Mario Bergoglio, Abraham Skórka, Marcelo Figueroa, Rozum i wiara. Modlitwa. Godność. Solidarność, Kraków 2014, s. 71.

środa, 18 czerwca 2014

,,Może w ten sposób mama urodzi go jeszcze raz"*

Ciężko jest pisać o kontrowersyjnych wydarzeniach z czasów PRL-u. Nie licząc samych zainteresowanych, nikt nie wie, jak było naprawdę. Kto strzelał? Kto podpisał? Kto zdradził? Kto odpowie? Wszelkie próby odpowiadania na te pytania kończą się awanturą z politycznym podtekstem. Książki, które w jakikolwiek sposób poruszają ten temat, reklamowane są jako ,,szokujące" i zazwyczaj wzbudzają dwudniową dyskusję w programach informacyjnych i wzruszenie ramion ich odbiorców. Czy o PRL-u nie można pisać niesensacyjnie? 

Mirosław Tomaszewski udowadnia, że tak. Jednym z wątków jego Marynarki są wydarzenia z grudnia '70. Wydaje się, że jest to motyw najważniejszy, jednak pojawia się on na kartach tej książko dopiero około setnej jej strony. Na początku powieści poznajemy tajemniczego mężczyznę, który zostaje zamordowany przez równie zagadkowych ludzi, którzy wtargnęli do jego mieszkania w poszukiwaniu koperty z nieznaną zawartością. Na to, kim byli zabójcy, co znajdowało się w kopercie i kim właściwie był zamordowany, przyjdzie czytelnikowi sporo poczekać. 

Marynarka składa się z kilkudziesięciu krótkich rozdziałów, których akcja pocięta jest na kilka wątków fabularnych, które pod koniec książki splatają się w całość. Dzięki temu zabiegowi  książkę czyta się naprawdę szybko i ciężko jest się od niej oderwać, zwłaszcza jeśli zainteresuje się jednym z opisywanych wątków. Moją uwagę zwróciły losy Karola, biznesmena, którego córka związała się z aroganckim karierowiczem. Inne postacie ważne dla rozwoju akcji tej powieści to Adam, zapomniana już gwiazda zespołu rockowego oraz Nina, pseudoambitna dziennikarka. Co były muzyk i pracownica prowincjonalnej gazety mogą mieć wspólnego z grudniem '70 i całkiem ,,świeżym" morderstwem? To się jeszcze okaże. 

Wspomniałam już o tym, że Marynarkę czyta się bardzo szybko i w gruncie rzeczy przyjemnie. Nie jest to jednak książka pozbawiona wad. Jedną z nich są dość sztampowi bohaterowie. Irytująca Nina jest przedstawiona jako ambitna, niezwykle inteligentna i ironiczna dziennikarka. Niestety, większość jej wypowiedzi jest do bólu przewidywalna i jakby przepisana z książek, w których występują podobnego typu postacie. Nina oprócz tego, że jest ,,ponad" jest też zafascynowana Adamem, kolejnym inteligentnym, tajemniczym typem, którego nikt nie potrafi rozgryźć. Najbardziej oryginalną postacią jest wspomniany już przeze mnie Karol, bezwzględny człowiek interesów, który ma swoje ludzkie oblicze oraz tajemniczą przeszłość. Trzeba jednak przyznać, że postacie tej książki, jakie by nie były, nie pojawiają się w niej przypadkiem, praktycznie każda z nich, nie licząc oczywiście postaci epizodycznych, ma jakieś zadania do wykonania i stanowi poszlakę pomocną w rozwiązaniu kilku zagadek, które pojawiają się w toku akcji.

Marynarka zaskoczyła mnie wyjaśnieniem tytułu (byłam pewna, że chodzi w nim o marynarkę wojskową, a nie o ubiór) i subtelnością w przedstawieniu wydarzeń grudnia '70. Rozczarowali mnie za to bohaterowie, którzy nie zostali zbyt dokładnie i oryginalnie opisani. Mimo tego nie żałuję, że zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę. Nie zostanie ona w mojej pamięci na lata, ale spędziłam przy niej kilka bardzo miłych godzin. Nie czuję, że zmarnowałam ten czasu, choć oczekiwałam czegoś więcej. Polecam przeczytać tę książkę w ciągu kilku rzeczywiście wolnych godzin. Odpoczniecie przy niej, ale nie będziecie mieli poczucia, że ta lektura nic Wam daje. W końcu są rzeczy i wydarzenia, o których nie można zapomnieć. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytania i pozdrawiam,
Franca

Za możliwość przeczytania i zrecenzowania tej książki dziękuję bardzo wyrozumiałej i cierpliwej Marii Zofii Tomaszewskiej.

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi i Z literą w tle. 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

,,Nie wszystko złoto, co się świeci z góry"*

Nie wiadomo czemu, powszechnie uważa się, że humor i dowcip jest domeną współczesnych, a ludzie żyjący kilkaset lat temu potrafili jedynie rozdzierać szaty i ,,cierpieć za miliony". W szkołach uczy się dzieci, że Kochanowski był statecznym mędrcem, dla którego liczyła się jedynie sztuka i rodzina, a Mikołaj Rej zachwycał się pięknem przyrody i lubił język polski. Tymczasem staropolscy ludzie również lubili (i potrafili) się bawić, także literaturą. Doskonałym, choć bardzo jaskrawym tego przykładem, jest literatura sowiźdrzalska. Sowiźrzałowie wykpiwali wszystko to, co im się nie podobało i czynili to w mistrzowski sposób. Mogli oni na wszystko sobie pozwalać, ponieważ byli oni wyrzutkami, z różnych powodów nie uczestniczyli w życiu społeczeństwa, jakie ówcześnie stanowiła jedynie szlachta. Nieco bardziej stonowani musieli być arystokraci, oni nie mogli pozwolić sobie na tak wiele. Za dużo mieli do stracenia. Tym bardziej dziwi publikacja Monachomachii, czyli Wojny mnichów. 


Autorem tego tekstu jest Ignacy Krasicki, naczelny klasycysta polskiego oświecenia i... biskup warmiński. Czyżby poeta lubił pluć we własne gniazdo? Niejako tak. Krasicki z pewnością było dobrym obserwatorem, potrafił w swoich bajkach, satyrach i listach wykpić wszystko, co przyciągnęło jego uwagę. Trzeba jednak przyznać, że zawsze robił to klasą. Krasicki był mistrzem inteligentnego humoru. Był on tak pewien swojej sztuki, że nie bał żadnych konsekwencji  z wyśmiewania tego, czy owego. Mimo to, Monachomachii nie odważył się opublikować. Zrobili to za niego mu życzliwi. Najprawdopodobniej jeden z jego sekretarzy wykradł ten tekst i przekazał Michałowi Grollowi, który wydał ten tekst w Lipsku w 1778 roku. Nawet w zachłyśniętym libertynizmem oświeceniu tak otwarte wyśmiewanie duchownych było obyczajowym strzałem w stopę.

Fabuła Monachomachii jest bardzo prosta. W jednym z sennych, biednych polskich miasteczek znajduje się dziewięć klasztorów należących do różnych zgromadzeń. Z punku widzenia akcji tej książki najważniejsi są dominikanie i karmelici, którzy wdali się ze sobą w spór wywołany przez Jędzę Niezgodę. Spokojna dyskusja prowadzona przez wyznaczonych mnichów-reprezentantów przeobraziła się jednak w bitwę, w której bronią były sandały, kufle i księgi. Wojowników pogodził dopiero kielich ze szlachetnym trunkiem, który ukoił ich zszargane bitwą nerwy.

Uwielbiam tę książkę. Raczej nie zdarza mi się emocjonalnie (płaczem, śmiechem etc.) reagować na lekturę jakiegokolwiek tekstu, ale czytając Monachomachię niejednokrotnie roześmiałam się jak dziecko. Nie dziwię się, że ten poemat wywołał taki skandal w ówczesnym społeczeństwie.

Krasicki, z oczywistych względów, postanowił odwołać swoje poprzednie dzieło Antymonachomachią wydaną w 1780 roku. W tym tekście autor chwali zakonników, do klasztoru, których Jędza Niezgoda podrzuca egzemplarz Monachomachii, która wywołuje ich oburzenie. Jak na odwołanie poglądu głoszonego w poprzednim tekście, całkiem sporo znajdziemy w Antymonachomachii ironii i sarkazmu, przez co ciężko jest uwierzyć w szczere intencje Krasickiego. Polecam lekturę tych książek wielbicielom komizmu, ironii i lekkich, ciekawie napisanych tekstów. Nie zawiedziecie się.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi.

*Ignacy Krasicki, Monachomachia i Antymonachomachia, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1969, s. 3. 

piątek, 30 maja 2014

Wpis wielofunkcyjny

Z racji braku czasu wolnego nie mogę ostatnio poświęcać blogowi tyle czasu, ile bym chciała, dlatego jestem zmuszona tym jednym wpisem objąć co najmniej trzy tematy:
- V Warszawskie Targi Książki,
- podsumowanie miesiąca,
- kilka wyjaśnień.

Źródło
Zacznę od tego, na co czekałam przez cały ostatni rok. V Warszawskie Targi Książki nadeszły w momencie, gdy miałam na ich zwiedzanie bardzo mało czasu. Mój ambitny plan obejścia Stadionu Narodowego kilka razy, porozmawiania z wybranymi pisarzami i kupienia wszystkich książek, na jakie poluję już od dawna uległ zmianie i skurczył się do udziału w wymianie książek i pospiesznego odwiedzenia kilku stoisk. Na szczęście, udało mi się odpowiednio spożytkować czas spędzony na Targach (całe trzy i pół godziny!) i wyniosłam z nich mniej więcej tyle, ile chciałam. Oto moje nowe nabytki:

Jak zwykle muszę przeprosić Was za jakość moich zdjęć.
Mój aparat nadaje się jedynie do wyrzucenia :)
A oto książki, które upolował mój młodszy brat:


I jeszcze książki, które w różny sposób trafiły do mnie w tym miesiącu:


Wpadła Wam w oko któraś z powyższych pozycji?

Najbardziej żałuję tego, że zapomniałam wziąć na Targi aparat fotograficzny i telefon, przez co nie mogłam zrobić podczas tej imprezy żadnych zdjęć. Najwięcej czasu spędziłam na wymianie książek, dzięki której udało mi się zdobyć sporo książek z powyższych stosików. Dzięki niej mogłam obserwować atrakcje przygotowane dla dzieci, głównie przebieranie się za Pipi Pończoszankę. Maluchy bawiły się niesamowicie i w ogóle nie były skrępowane sporą widownią. Coś czuję, że wyrosną z nich małe gwiazdy :)

Wielką zaletą wszelkich targów książek jest możliwość spotkania na nich swoich ulubionych pisarzy. Ja wypisałam sobie długą listę osób, z którymi chciałabym porozmawiać, ale brak czasu zrobił swoje. Nie zdążyłam porozmawiać z żadnym z nich, za to w biegu udało mi się spotkać Iwonę Kienzler, Macieja Stuhra, Grzegorza Miecugowa, Sylwię Chutnik i Annę Dymną, która wzbudziła wśród gości największe emocje. Kolejka do niej była tak długa, że przysłoniła kilka okolicznych stoisk.

Ale dość już o targach, czas na podsumowanie maja, który zaczął się dla mnie bardzo dobrze (oczywiście pod względem czytelniczym), a skończył wielką przedsesyjną harówą. W ostatnim miesiącu udało mi się przeczytać następujące książki:

1. Anna Stanisławska Transakcyja,
2. Tiziano Terzani Dobranoc, panie Lenin,
3. Remigiusz Mróz Prędkość zdarzeń,
4. Stanisław Dziedzic Romantyk Boży,
5. Arystoteles Poetyka,
6 i 7. Ignacy Krasicki Monachomachia i Antymonachomachia. 

Recenzje dwóch ostatnich pozycji pojawią się na Strofkach w ciągu najbliższych kilkunastu dni w ramach cyklu Klasyka Zapomniana. W najbliższym czasie opublikuję również recenzje kilku egzemplarzy recenzenckich, które dotarły do mnie w ostatnim czasie. Dziękuję ich nadawcom za cierpliwość i wyrozumiałość. Wam również za to dziękuję. Mam nadzieję, że w ten weekend uda mi się nadrobić zaległości w odwiedzaniu Waszych blogów, które od kilku miesięcy jest moim hobby. W połowie czerwca wszystko powinno wrócić do normy. Trzymajcie za mnie kciuki!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

czwartek, 22 maja 2014

O romantyku Bożym i jego twórczości

Karol Wojtyła został wybrany na papieża w 1978 roku, dokładnie czterdzieści lat po swoim debiucie poetyckim. Ciężko stwierdzić, czy ta okrągła rocznica ma jakiekolwiek znaczenie, ale faktem jest, że jego próby poetyckie przełożyły się na jego niezwykłe sukcesy, gdy był już znany jako Jan Paweł II. Zapewne nikt z nas nie potrafi przeczytać ot, tak słów: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi! Każdy z nas przeczyta to naśladując charakterystyczną intonację ,,naszego papieża". Recytacji młody Karol nauczył się... O tym, gdzie się jej nauczył przeczytałam w książce Stanisława Dziedzica o wdzięcznym tytule Romantyk Boży.

Wszyscy wiemy, że Jan Paweł II kochał poezję i że sam popełnił kilka utworów. Na tym jednak kończy się nasza wiedza dotycząca jego twórczości. Zdecydowałam się sięgnąć po Romantyka Bożego, by czegoś się o niej dowiedzieć. Książka dzieli się na cztery części. Pierwsza z nich poświęcona jest Wadowicom - ,,miejscu, w którym wszystko się zaczęło", druga - teatralnym próbom przyszłego papieża, trzecia jego twórczości poetyckiej i dramaturgicznej, czwarta część jest podsumowaniem całej jego twórczości. Dodatkowo, wraz z ewolucją talentu pisarskiego Karola Wojtyły, zapoznajemy się w tej książce z elementami jego biografii. Z racji niewielkich rozmiarów tej publikacji wszystkie te tematy nie zostały omówione zbyt wnikliwie, ponieważ jest to tekst w ogromnej mierze popularnonaukowy, skierowany do czytelnika, którzy nie ma za sobą skończonych studiów polonistycznych, a chce zapoznać się z twórczością kogoś, kogo dajmy na to podziwia. 

Jak na książkę, która traktuje o czyjejś twórczości, zaskakująco mało w niej tekstów źródłowych. W większości nie jest to jednak minusem tej publikacji, ponieważ Dziedzic skupia się raczej na inspiracjach Karola Wojtyły, na ludziach, których podziwiał i którzy mieli na niego największy wpływ oraz na relacjach osób, które dobrze go znały. Da się zauważyć, że autor naprawdę interesuje się tematem, o którym napisał książkę. Większość zdjęć w niej zamieszczonych jest jego autorstwa, spotkał się on też z większością ludzi, o których chociażby wspomniał, imponująca jest również baza źródłowa, na której się opierał. Niestety, chwilami jego pasja była aż za bardzo widoczna, ponieważ Dziedzicowi zdarza się powtarzać kilka razy to samo lub odchodzić od tematu. Na szczęście, na dłuższą metę nie jest to zbyt drażniące, ponieważ ilość materiału, który porusza ta książka jest tak duża, że czasami aż prosi się o powrót do pewnych informacji, które są niezbędne niepogubienia się w gąszczu kolejnych wiadomości. Całość jest jednak podana w wyjątkowo lekkostrawnej, jak na taką tematykę, wersji.

Na mojej półce już od dawna znajduje się książka zawierająca niemalże wszystkie dzieła świętego już Jana Pawła II. Żałuję tego, że jeszcze się z nią nie zapomniałam, choć cieszę się, że przeczytałam wcześniej Romantyka Bożego. Dzięki niemu wiele rzeczy w twórczości Wojtyły stało się dla mnie jaśniejsze. Wspaniale śledziło się również ewolucję jego zmagań z literaturą. Uwielbiam obserwować zmiany zachodzące w twórczości oraz poglądach poetów i pisarzy, więc sięgnięcie po książkę Stanisława Dziedzica było dla mnie oczywistością. Wydaje mi się jednak, że dla osób niezainteresowanych tematem miejscami może być ona nużąca. Mimo to - polecam. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.