piątek, 25 października 2013

Eli, Eli, lama sabachtani?

Uwielbiam reportaże. Uwielbiam publikacje Wydawnictwa Czarnego i uwielbiam Wojciecha Tochmana. Gdy tylko dowiedziałam się, że autor ,,Dzisiaj narysujemy śmierć" przebywa na Filipinach, gdzie zbiera materiały do swojej najnowszej książki, zaznaczyłam przewidywalny termin jej wydania w kalendarzu i niecierpliwie oczekiwałam dnia premiery. I stało się. ,,Eli, eli" pojawiło się na półkach księgarń i, niemalże w tym samym czasie, w moim rękach.

Zacznijmy od tego, że nie jest to książka o Filipinach. Jest to praca (tak, praca) dotycząca granic tego, co możemy fotografować i o czym możemy pisać w ramach literatury faktu. W jaki sposób mamy pisać o kobiecie, która zamienia się w drzewo? Jak z nią rozmawiać? Jak zrobić jej zdjęcie? Umówić się na sesję zdjęciową? Cyknąć fotkę z daleka i bez pozwolenia czy zrobić pojedyncze zdjęcie po zapytaniu o zgodę? Na te pytania Tochmanowi pomógł odpowiedzieć Grzegorz Wełnicki, znany fotograf, autor wielu znakomitych zdjęć, które możecie obejrzeć wpisując jego nazwisko w wyszukiwarce Google. Wszystkie zdjęcia w książce, w tym to na okładce jest jego autorstwa. 

Zamysł był szlachetny i z wszech miar ciekawy. Szkoda, że nie do końca wszystko się udało. ,,Eli, eli" to wszystko i nic. Z każdej strony wylewają się liczne nieszczęścia: choroby, gwałty, mieszkanie na cmentarzu,  morderstwa, praca ponad siły i brak perspektyw na przyszłość...
Ciężko jednak powiedzieć jaka jest nić wiążąca wszystkie te ludzkie katastrofy. Bierność Zachodu? Hipokryzja filipińskiego Kościoła? Ciężko powiedzieć. Książka składa się niemalże z samych pytań, które każdy kiedyś sobie zadał. Odpowiedzi na nie autor pozostawił czytelnikowi. Nie tego się spodziewałam.

Mimo to, myślę, że warto kupić i oczywiście przeczytać tę książkę. Dlaczego? Po pierwsze, język Tochmana wciąż zachwyca. Autor potrafi opisać ludzkie nieszczęście nie epatując przy tym grozą i szczegółami fizjonomii. Dzięki tej cesze Tochman plasuje się wśród najlepszych polskich reporterów, a zarazem moich ulubionych pisarzy. Po drugie, ,,Eli, eli" to jedna z porządniej wydanych ostatnio książek. Piękne zdjęcia, ciekawa okładka, przyjemny w dotyku papier. Da się zauważyć, że wydawca wierzył w ten projekt, zresztą nic dziwnego. Książkę czyta się wyjątkowo szybko, mnie jej lektura zajęła jeden ranek. 

Nie żałuję, że zdecydowałam się kupić ten reportaż. Jak już wspomniałam, spodziewałam się po nim zupełnie czegoś innego (konkretnego?), ale dzięki niej przemyślałam sobie kilka istotnych spraw. Lektura tej książki była ku temu wspaniałą okazją. Wojciech Tochman wciąż jest jednym z moich ulubionych reporterów, z niecierpliwością będę oczekiwała kolejnej jego książki. Może bardziej przypominającej stylem poprzednie jego teksty.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna.

wtorek, 22 października 2013

Zapowiedź!


6 listopada nakładem Wydawnictwa Otwartego ukaże się książka Stephena Talty'ego i Richarda  Philipsa - bohaterskiego kapitana kontenerowca ,,Maersk Alabama", który w kwietniu 2009 roku został zaatakowany przez somalijskich piratów. Było to pierwsze porwanie amerykańskiego statku od 150 lat! 
Piraci nie spodziewali się tak zaciętego oporu kapitana, który gotów był narazić swoje życie dla obrony reszty załogi statku, który przewoził żywność dla głodującej ludności Somalii i Ugadny.  
Wspomnienia kapitana stały się inspiracją dla powstania filmu ,,Kapitan Philips", w którym główną rolę zagra Tom Hanks, dwukrotny zdobywca Oscara.  Film w reżyserii Paula Greengrassa będzie można oglądać w naszych kinach już od 8 listopada. Zachęcam zarówno do lektury książki jak i do obejrzenia filmu.

A już niedługo recenzja książki ,,Kapitan. Na służbie" ukaże się na Strofkach. Serdecznie zapraszam!


piątek, 18 października 2013

O początkach państwa polskiego

,,Kronika polska" Galla Anonima to jedna z książek, o przeczytanie których nigdy bym się nie podejrzewała. Ponad 800-letnie dzieło anonimowego autora nie wydaje się być zbyt atrakcyjne dla współczesnego czytelnika. A jednak, zajęcia z historii literatury polskiej zmusiły mnie do zabrania się za ten tekst i muszę przyznać, że jestem nim wyjątkowo pozytywnie zaskoczona.

Kronika, a właściwie dzieje skupiają się na opisie panowania trzech Bolesławów: Chrobrego, Śmiałego i Krzywoustego, choć autor nie poskąpił czytelnikowi wiadomości o Mieszku I czy Piaście i Popielu. Jednak nie sama akcja jest w tej książce warta uwagi. To styl i języka Galla jest prawdziwie godny podziwu i nie raz wywołał uśmiech na mojej twarzy. Niewygodne epizody zazwyczaj zamykane są twierdzeniem ,,długo by o tym mówić" i kończeniem wątku. Śmiem twierdzić, że w obecnych czasach autor byłby całkiem niezłym specem od PR-u.

To, co zazwyczaj odstręcza nas od starszych utworów to archaizmy, trudne słowa, które już dawno temu wyszły z użycia i z pewnością pozostają poza kręgiem naszych zainteresowań. W ,,Kronice polskiej' oczywiście jest ich całkiem sporo, ale nie są to wyrazy, których nie jesteśmy wstanie zrozumieć. Dodatkowo, zostały one użyte w taki sposób, że pomagają nam poczuć klimat czasów, z których pochodzą jednocześnie nie utrudniając nam lektury książki.

Kronika została napisana na zlecenie Bolesława Krzywoustego. Da się to odczuć nawet nie znając tego faktu historycznego gdyż opisy dokonań przodków tegoż króla stanowią tylko tło dla opowieści o nim samym. Książka nie jest zbyt obszerna, jedynie dwieście dwadzieścia kilka stron, z czego ponad połowa to wstęp Mariana Plezi (bardzo interesujący!). Wartą ją przeczytać z kilku oczywistych powodów - warto jest znać swoje korzenie, a poza tym można sobie poprawić humor kolejny raz zauważając zakamuflowane aluzje Galla Anonima kierowane do Bolesława dotyczące spodziewanego wynagrodzenia za trud włożony w przygotowanie kroniki. Polecam!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniach: Czytamy książki historyczne, Czytam książki wydane przed 1990 rokiem, Nie tylko literatura piękna oraz Polacy nie gęsi.

czwartek, 10 października 2013

Coś dla fanów literackich debiutów i fantastyki.

Nie jestem wielbicielką fantasy. Rzeczywistość jest dla mnie wystarczająco ciekawa. Mimo to, jako szanujący się mol książkowy, postanowiłam zapoznać się z jedną z książek należących do tego gatunku. ,,Worn" to debiutancka powieść Piotra Molendy, wrocławianina, absolwenta Politechniki Wrocławskiej.

Każdy, kto próbował kiedyś wydać swoją pierwszą (i każdą kolejną) książkę wie jak ciężko jest tego dokonać teraz, gdy czytelnictwo, a co za tym idzie, sprzedaż książek drastycznie spada. Piotr Molenda sam wydał swój tekst w formie elektronicznej, możecie go zakupić na oficjalnej stronie książki, do czego serdecznie namawiam.

Worn od zawsze nazywany był przybłędą i odmieńcem toteż nikt za nim specjalnie nie tęsknił gdy porwały go gnomy. Mężczyzna został przez nich doprowadzony przed oblicze istoty zwanej władcą czasu. W zamian za darowanie życia i dziesięcioletni morderczy trening Worn musi wyruszyć w niebezpieczną podróż celem odnalezienia czarnego klucza - drkaka. Przebrany za włóczęgę Worn spłaca swój dług przeżywając w tym czasie mnóstwo mrożących krew w żyłach przygód.

Piotr Molenda stworzył swój własny świat, w którym oprócz ludzi znalazło się miejsce dla wspomnianych już gnomów, wiedźm i innych tego typu istot. Mimo tej niezwykłej różnorodności postaci, które można spotkać na kartach tej książki najciekawszym jej bohaterem jest sam Worn. Mężczyzna, który potrafi zaopiekować się odrzuconym kotkiem nie cofnie się przed wymordowaniem całej wioski. Również jego skrajnie dziwaczny i, wydaje się, obrazoburczy światopogląd nie pozwala nam beznamiętnie przejść obok tej postaci. Rzadko się zdarza, że główny bohater książki jest jednocześnie jej najmocniejszym punktem.

Pomimo blisko siedmiuset stron, książkę czyta się całkiem szybko. Piotr Molenda swobodnie operuje charakterystycznym fantastyce językiem, choć chwilami rozbudowane opisy nużą czytelnika choć pozwalają też dokładniej zapoznać się ze światem przedstawionym w tekście. Myślę, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Polecam nie tylko fanom gatunku.

Za możliwość zrecenzowania książki dziękuję jej autorowi.


***

Pewnie zdążyliście już zauważyć moją dość długą nieobecność na blogu moim i na Waszych stronach. Przepraszam Was za to, ale w pierwszych dniach października rozpoczęłam studia, w które muszę się ,,wgryźć". Liczę więc na Waszą wyrozumiałość. :)

Nawiasem mówiąc, Alice Munro zdobyła Literacka Nagrodę Nobla. Ulubieniec bukmacherów, Haruki Murakami kolejny raz musiał obejść się smakiem. Myślicie, że to słuszny wybór?

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi.

poniedziałek, 30 września 2013

Zeldzie - raz jeszcze

Ładnych parę lat temu obejrzałam fragment filmu, którego nie mogę zapomnieć do dziś. Włączyłam go w momencie gdy jakaś kobieta wbiegając na ulicę została potrącona przez nadjeżdżający z dużą prędkością samochód. Obraz jej zmasakrowanego ciała zaniesionego przez świadków wypadku do jednego z okolicznych budynków i złożonego na stole zapadł mi w pamięci jak żaden inny kadr filmowy (nigdy przesadnie nie interesowałam się kinem). Teraz, gdy już skończyłam czytać ,,Wielkiego Gatsby'ego" Francisa Scotta Fitzgeralda dowiedziałam się, że był to kadr z ekranizacji tejże książki. Domyślam się, że ta informacja w żaden sposób nie sprawiła, że Wasze życie zmieniło się nie do poznania (moje również pozostało takie samo), ale miło jest się dowiedzieć, że już kiedyś miałam już do czynienia z tą historią.

 „Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (...) przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty.”

I wojna światowa dobiegła końca, miliony amerykańskich chłopców wracają do swych domów. Jednym z nich jest Nick Carraway, który przybywa do Nowego Yorku by robić karierę.W pewnym momencie poznaje niebotycznie bogatego Jaya Gatsby'ego, również weterana I wojny światowej. Mężczyzna wydaje się dość nachalnie zabiegać o jego przyjaźń. Po pewnym czasie okazuje się, że Gatsby'ego łączy coś z Daisy Buchanan, żoną znajomego Nicka ze studiów. 

Jak we wszystkich książkach i w tej istnieje wątek główny, wokół którego toczą się poczynania bohaterów. Mimo to, mam wrażenie, że historia Gatsby'ego jest tylko pretekstem ku temu, by ukazać życie zblazowanych wyższych klas społecznych po I wojnie światowej. Nick Carraway to typowy amerykański dorobkiewicz z dobrego domu, Gatsby jest już zdecydowanie ciekawszą postacią. Wychowany na zachodnim wybrzeżu chłopak od najmłodszych lat musiał zarabiać na swoje utrzymanie. Jego życie diametralnie się zmienia gdy poznaje ekscentrycznego milionera, Dana Cody'ego i wyrusza z nim w podróż.Wtedy właśnie młody Gatsby zauważa, że można żyć inaczej, lepiej. Szczególnie ciekawie opisane są postacie Daisy i Toma Buchanana. Pomimo tego, że byli oni ludźmi, którym miałam ochotę splunąć w twarz, nie zostali oni opisani w sposób przerysowany. Zostali oni przedstawieni jako małżeństwo, które możemy spotkać tuż za rogiem, co powinno nas przerażać gdyż: 
Francis Scott Fitzgerald

,,Tom i Daisy niszczyli rzeczy i ludzi, a potem wracali do stanu absolutnej beztroski, do swoich pieniędzy, do tego wszystkiego, co trzymało ich razem, i piwo, którego nawarzyli kazali pić innym...".

,,Wielki Gatsby" przypomina mi książkę innego przedstawiciela tzw.straconego pokolenia, Ernesta Hemingwaya i jego ,,Słońce też wschodzi". Pomimo tego, że Fitzgerald nie wziął udziału w I wojnie światowej to w jego prozie również można dostrzec rozgoryczenie rzeczywistością. Fitzgerald obdziera z magii amerykański sen, w który niektórzy wierzą do dzisiaj. Lata dwudzieste, które wciąż uznawane są za ,,niepowtarzalne i piękne" okazały się być okrutne i niewiele warte

Powieść-klasyk, najsłynniejszy tekst Francisa Scotta Fitzgeralda absolutnie mnie nie zawiódł. Tę książkę można czytać na n sposobów. Dowiemy się z niej o wiele więcej niż tylko tego, że pieniądze szczęścia nie dają. Polecam!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca