sobota, 24 października 2015

Chciała dobrze [Wojciech Jagielski „Wszystkie wojny Lary”]

Lara — była aktorka z Groznego wychowana w zapomnianej gruzińskiej dolinie Pankisi, matka dwóch mudżahedinów, spotkała się w McDonaldzie z Wojciechem Jagielskim, by opowiedzieć mu historię swojego życia. Jej zapis został uwieczniony w książce „Wszystkie wojny Lary”, która niedawno ukazała się na rynku, idealnie wstrzeliwując się w okres, kiedy jest najbardziej aktualna, bynajmniej nie ze względu na datę wydania. 
Wojciech Jagielski,
„Wszystkie wojny Lary”,
Wydawnictwo Znak,
240 stron.


Lara jest bowiem pretekstem do opowieści o tym, jak rodzi się fanatyzm, o konflikcie islamu ze światem, islamu z islamem i o nas samych. Lara — kobieta, której nie udało się uciec przeznaczeniu, czy dokładniej — fatum. Odkąd została matką, robiła wszystko, by uchronić swoje dzieci przed koszmarem wojny, przez którą zmuszona była uciekać z Groznego do Pankisi, swojej rodzinnej doliny, spokojnej, jakby zapomnianej przez świat. Tam wojna w swej najbardziej oczywistej postaci nie dotarła, dotarły za to pojedyncze oddziały partyzantów, którzy szybko zaczęli imponować chowanym pod mamusinymi spódnicami chłopcom i nadawać rytmowi życia w dolinie swój własny, jedyny słuszny, porządek. W dolinie udało im się go wprowadzić połowicznie, w głowach chłopców zaprowadzili za to prawdziwe spustoszenie. 

Nad Larą i jej rodziną wisi fatum, którego ona nie dostrzega. Czytelnik wręcz przeciwnie - obserwuje zmiany, jakie zachodzą w jej synach, a Lara dostrzega je dopiero po czasie i puka się w czoło, niejako tłumacząc się Jagielskiemu ze swojej naiwności. Nieuchronność zdarzeń przytłacza odbiorcę tego tekstu i każe zastanowić się nad swoim życiem i szczęściem narodzin w odpowiednim miejscu i momencie dziejowym. Synów Lary wojna goniła od Czeczenii, przez Gruzję aż do zachodniej Europy. Jak łatwo się domyślić, w końcu ich dopadła i wysłała do Syrii. Bracia Lary również nie ustrzegli się pokusy wojaczki — gdy tylko spadło z nich brzemię opieki nad rodzicami, wyruszyli walczyć z Rosją. Lara została sama. Swietłana Aleksijewicz ma rację - wojna nie ma w sobie nic z kobiety.

„Wszystkie wojny Lary” to książka nie tylko o tytułowej bohaterce i jej synach, nie o wojnach rosyjsko-czeczeńskich i wojnie w Syrii, ale też o Europie i o miejscu, które zajmują w niej imigranci i uchodźcy. Ojciec Szamila i Raszida robił wszystko, by chłopcy zaaklimatyzowali się w nowym kraju, pracował dniami i nocami, by niczego im nie zabrakło — chciał zrobić z nich pełnoprawnych Europejczyków. Oni wybrali jednak inną drogę. Wojciechowi Jagielskiemu udało się stworzyć reportaż, który może być czytany na wiele sposobów i świetnie nadaje się do tłuczenia po łbach tych, którzy widzą świat w czarno-białych barwach, nie dostrzegając setek jego odcieni.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz recenzencki tej książki dziękuję Wydawnictwu Znak, 

wtorek, 6 października 2015

Ile szczurów złapałeś? [Marek Krajewski „Arena szczurów”]

Po wojnie Edward Popielski ukrywa się w rządzonym przez Armię Czerwoną i Urząd Bezpieczeństwa Darłowie. Niespodziewanie w mieście pojawia się zwyrodnialec, który gwałci i gryzie kobiety, zarażając je przy tym śmiertelną chorobą. Popielski, chcąc nie chcąc, musi odnaleźć sprawcę tych zbrodni. Nie spodziewa się jednak tego, że budzący grozę morderca jest tylko trybikiem w machinie zła, które przyczaiło się w pozornie spokojnym nadmorskim miasteczku. 

Marek Krajewski,
„Arena szczurów”,
Wydawnictwo Znak,
300 stron.
„Arena szczurów” to ostatni kryminał autorstwa Marka Krajewskiego, którego głównym bohaterem jest Edward Popielski i zarazem pierwszy, który przeczytałam (czytanie części cykli literackich w odpowiedniej kolejności zawsze sprawiało mi nieopisany trud), przez co nie mam możliwości porównania tej książki z jej poprzedniczkami. Tych, którzy planują pójść moim śladem i zapoznać się najpierw z finałem przygód „Łysego” uprzedzam, że znajomość poprzednich powieści o lwowskim policjancie nie jest konieczna, by móc bez przeszkód czytać o jego ostatnich doświadczeniach, ale przy tym ostrzegam, że zasadnicze wątki poprzednich części tego cyklu, zostały w jego zwieńczeniu skrupulatnie wyjaśnione.

Wbrew pozorom „Arena szczurów” nie jest typowym kryminałem. Zbrodnia kryminalna to drugo-, może nawet trzeciorzędny wątek, który został stworzony po to, by doprowadzić Popielskiego do tytułowej areny szczurów i wyprowadzić kluczowe dla tej powieści zagadnienie: czy można dla ocalenia własnego życia zabić niewinnych ludzi? Z odpowiedzią na to pytanie mierzył się nie tylko główny bohater, ale też, wiele lat po swoim ojcu, jego syn — Wacław Remus. Współczesność, przez którą prowadzi nas Remus jest drugorzędnym planem fabularnym w stosunku do przeszłości, a konkretnie roku 1948. Mimo to zagadka, którą próbuje rozwikłać syn detektywa, jest nie mniej ważna niż to, co dzieje się z Popielskim.

Krajewski zaznaczył, że dołożył wszelkich starań, by wiernie odwzorować powojenną darłowską rzeczywistość. Nietrudno jest dostrzec efekty jego wysiłków, ale nie są one wystarczające. Co prawda w lasach ukrywają się konkretne ugrupowania Żołnierzy Wyklętych, a Popielski spaceruje po rzeczywistych ulicach Darłowa, lecz są to jedynie przejawy poprawności faktograficznej. To za mało, by poczuć atmosferę powojennego nadmorskiego miasta. Kiepsko wypadają próby stylizowania wypowiedzi postaci na język przedwojennych inteligentów lub wręcz przeciwnie — chłopów ledwie oderwanych od pługa, którzy dostali od czerwonoarmistów trochę władzy. Stylizacja powinna być albo dokładna i skończona, albo wcale nie powinno jej być. W „Arenie szczurów” raz jest, a raz jej nie ma: tylko wybrane postacie posługują się jakąkolwiek gwarą lub odmianą języka, która zdradza ich pochodzenie lub stan społeczny, przez co ten zabieg wydaje się zbędny, a już na pewno niedopracowany.

Po lekturze tej książki wnioskuję, że Krajewski lubuje się w soczystych opisach przejawów okrucieństwa. W „Arenie szczurów” jest ich pod dostatkiem, a pewnym momencie jest ich tak dużo, że stają się one groteskowe, a nie przerażające. Pożegnanie Popielskiego przypomina raczej thriller, a nie klasyczny kryminał. Jest to typowy przykład literatury rozrywkowej bez drugiego dna, ale stosunkowo przyjemnej w odbiorze.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz recenzencki tej książki dziękuję Wydawnictwu Znak. 

wtorek, 22 września 2015

Japonia autorska [Joanna Bator „Rekin z parku Yoyogi”]

„Japoński wachlarz” (którego nie miałam przyjemności czytać) był pierwszym wydanym jako książka przejawem oczarowania Joanny Bator Japonią. „Rekin z parku Yoyogi” jest „efektem zagęszczenia opisu” — naturalnego stanu rzeczy po czteroletnim pobycie w miejscu, które niezmiennie fascynuje i zadziwia. Dodatkowym impulsem do powstania tej książki było również tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi oraz wywołane przez nie tsunami, które w 2011 roku nawiedziły Japonię i pozostały głęboko w podświadomości Japończyków oraz Joanny Bator, by stać jednym z głównych motywów kolejnej jej książki. 
Joanna Bator,
„Rekin z parku Yoyogi”,
Wydawnictwo W.A.B.,
238 stron. 

Tytułowy rekin pewnego dnia pojawił się w parku Yoyogi w dzielnicy Harajuku, budząc konsternację opinii publicznej i przez pewien czas burząc spokój psychiczny okolicznych mieszkańców. Wiadomo było, że ktoś tego rekina przyniósł i zostawił. Ale dlaczego to zrobił? Dlaczego przyniósł akurat rekina? Dlaczego do tego parku? Te zagwozdki skłoniły Joannę Bator do rozmyślań o literaturze, a konkretnie o realizmie magicznym i prozie Harukiego Murakamiego. Podobny schemat (japońskie „coś” jest pretekstem do rozważań o czymś głębszym niż spostrzeżenia podróżnika, nawet podróżnika-absolwenta kulturoznawstwa) występuje w esejach zaliczających się do dwóch pierwszych ścieżek, którymi Bator podąża ku oswojeniu Japonii zatytułowanymi kolejno Niesamowitości i Alegorie. Trzecia ścieżka Heterotopie”jest inna, bardziej skupiona na sobie, a konkretnie na subkulturze otaku, miłośników mangi i anime. 

Rozrzut tematyczny „Rekina z parku Yoyogi” jest niemały. Bator pisze zarówno o okresie Edo, podczas trwania którego Japonia była odcięta od świata, jak i o kosplejerkach czy panu, który porusza się po Tokio w stroju lolity. Wątki, które powtarzają się przynajmniej w kilku esejach to trzęsienie ziemi z 2011 roku, prostota powieści Murakamiego, kultura otaku. Inspirują one Bator, ponieważ nie pozwalają jej stworzyć pełnego obrazu Japonii. Przeszkadza jej w tym stara ciotka przyczepiona do pleców bohatera jednego z opowiadań autorstwa etatowego japońskiego kandydata do literackiej Nagrody Nobla czy nagłe zburzenie perfekcyjnego porządku  społecznego przez fale tsunami. Bator przyznaje, że Japonia wciąż ją zadziwia, wymyka się wszelkim znanym jej klasyfikacjom, a jej opis wciąż nie jest wystarczająco zagęszczony. W książce czytamy więc o jej autorskim pomyśle na Japonię, a raczej o jej interpretacji japońskiej kultury, w której tworzeniu pomagają jej wielkie nazwiska, których nie trzeba znać przed lekturą tego tekstu, ale które dobrze jest znać w ogóle. Bator nie popisuje się swoim wykształceniem, elokwencją, obyciem, lecz co i raz wtrąca do tekstu zdania, które pozwalają przypuszczać, że niejedną dobrą książką w życiu przeczytała.

Niejednokrotnie porównuje się w tym tekście kultury polską i japońską. Zazwyczaj te porównania wypadają na niekorzyść kraju znad Wisły. Trudno stwierdzić, czy zawsze słusznie, w wielu przypadkach tak. Bator nazywa samą siebie „nabuzowaną emocjami Słowianką” i chyba dobrze jej z tym określeniem, lubi i nie wstydzi się go używać, choć przyznaje, że jak na japońskie standardy jej emocjonalność jest czymś prawdziwie niezwykłym. 

„Rekin z parku Yoyogi” to zbiór esejów, z których część była wcześniej publikowana w „Gazecie Wyborczej” i w „Bluszczu”. Stąd pewnie wynika ich nieco gazetowo-felietonowy charakter: pobieżne ujęcie tematu i wyraźna puenta na końcu tekstu. Fakt ten nie zaważył jednak na poziomie literackim tej książki, który jest na tyle wysoki, że pozwala przypuszczać, że jej autorka dostała kiedyś jakąś nagrodę z dziedziny literatury i niejedną jeszcze dostanie.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

środa, 16 września 2015

La Divina [Anne Edwards „Maria Callas. Primadonna stulecia”]

Anne Edwards tytułuje Marię Callas primadonną zaledwie stulecia, choć nie ma wątpliwości, że była ona jedną z największych diw operowych wszech czasów. We wstępie do swojej książki Edwards wspomina: „Po raz pierwszy zobaczyłam ją [Callas] na własne oczy w 1964 roku na scenie Royal Opera House w londyńskiej Covent Garden w roli Toski. Byłam oszołomiona. Oto śpiewaczka, która głęboko rozumiała nie tylko wykonywaną przez siebie muzykę, lecz również słowa i osobę, którą portretowała. (...) Na zawsze odmieniła oblicze opery”. Na śpiew Marii podobnie reagują słuchacze jej nagrań, choć Głos był tylko jednym z jej atutów, które pozwalały jej budować niezapomniane role. Pozostałe to gra aktorska, ogromne oczy (zawsze odpowiednio podkreślone) i wrodzony talent do odczuwania i interpretowania muzyki. Na scenie Maria była Toscą, Madame Butterfly, Normą. Kim była poza nią? Edwards w książce zatytułowanej „Maria Callas. Primadonna stulecia” próbuje odpowiedzieć na to pytanie, ale przyznaje, że Callas, jak przystało na damę, pozostawiła po sobie wiele niedomówień i niejasności.  
Anne Edwards,
„Maria Callas. Primadonna stulecia,
Wydawnictwo Znak,
400 stron,
tłumaczenie - Mieczysław Godyń.

Pierwszy rozdział tej biografii wprowadza nas w świat, na którym Maria miała się dopiero pojawić. W 1916 roku jej rodzice wzięli ślub. Dziewięć miesięcy później na świecie pojawiła się Hiakinta (Jackie), potem Vassilios, który zmarł w niemowlęctwie. Najmłodsza z nich, Anna Cecylia Zofia Maria w przeciwieństwie do swojego rodzeństwa nie urodziła się Grecji, lecz już w Ameryce, dokąd jej rodzice Litza i Georgios wyemigrowali za pieniędzmi. W tym i w kilku kolejnych rozdziałach zapoznajemy się z tym, co ukształtowało młodszą z sióstr Kalogeropoulou, przede wszystkim z postępowaniem jej matki, która początkowo wyrastała na główną bohaterkę tej książki. Trudno stwierdzić, czy Edwards celowo wysunęła ją na piedestał, czy był to przypadek, ale ostatecznie wyszło to jej książce na dobre. Usunięcie Marii w cień podkreśliło to, jak wielką rolę odgrywała w jej życiu despotyczna i toksyczna Litza, drugi i ostatni raz podobny zabieg został zastosowany (lub „tak wyszło”) w rozdziałach opisujących życie Marii, gdy ta pozostawała w związku z charyzmatycznym i bajecznie bogatym Arystotelesem Onassisem. 

Edwards duży nacisk położyła na to, jak wielki wpływ na Callas mieli inni ludzie. Nawet po osiągnięciu oszałamiających sukcesów Maria szukała akceptacji w oczach partnerów i wybranych współpracowników, co miało wielki wpływ na większość jej życiowych wyborów. Edwards starała się też jak najdokładniej opisać to, co w danym momencie musiało dziać się w głowie Marii i tu w dużej mierze postawiła na swoją intuicję, ponieważ nawet w przypadku braku dowodów na to, co powodowało danymi poczynaniami Marii, Edwards bez zahamowań pisała, że Maria zdecydowała się na ten, a nie inny krok ponieważ wciąż rozmyślała o tym, jak to kiedyś zrobiła coś, co nie pozwalało jej teraz zachować się inaczej. Każdy biograf skazany jest na podobne domysły, ale w tej biografii są one podawane z taką pewnością, że zaczynają one wzbudzać podejrzenia. Szczęśliwie dotyczą one tylko psychiki Marii, a nie faktów z jej życia.

Fakty Edwards starała się podawać jak najrzetelniej, swoją pracę oparła w dużej mierze na książce Johna Ardoina (o czym wspomniała już na wstępie), ale też przeprowadziła wiele dodatkowych wywiadów, które potem kilkakrotnie przytaczała. Jak każdy biograf-miłośnik danej osoby, nie ustrzegła się ona przed gloryfikowaniem i usprawiedliwianiem swojej bohaterki, ale też nie wahała się kilka razy skrytykować jej zachowania. Co najważniejsze, starała się utrzymać swój tekst na pewnym poziomie, nie zniżając się do standardów, do których przyzwyczajają nas brukowce (jedyną jej wpadką na tym polu było kilkukrotne wspomnienie o seksualnych przyzwyczajeniach Marii i Arystotelesa, w tym o czysto łóżkowych preferencjach Onassisa z czasów, gdy nie znał on jeszcze Marii!). Polecam tę książkę wielbicielom talentu La Diviny, ale też proszę — nawet jeśli nie macie ochoty na lekturę tej biografii, wysłuchajcie kilku arii w wykonaniu Callas.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Za egzemplarz recenzencki tej książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

sobota, 12 września 2015

Niech spadnie gwiazda [Ida Fink „Podróż”]

„Stojąc w oknie, pomyślała: niech spadnie gwiazda. Była przesądna, wszyscy wtedy byli przesądni, każdy na swój własny, sobie tylko znany sposób”. Ida Fink nie zobaczyła spadającej gwiazdy, ale znalazła połówkę podkowy. Podobno tylko cała podkowa przynosi szczęście, ale Ida nie przejęła się tym, że jej znalezisko najprawdopodobniej straciło nie tylko część swojego fizycznego jestestwa, ale i nadnaturalną moc uszczęśliwiania innych. Wtedy jak nigdy potrzebowała znaków świadczących o tym, że będzie dobrze, bo gorzej już być nie mogło. W 1942 roku Ida i jej siostra Maria były jedynymi przedstawicielkami młodego pokolenia swojej rodziny. Reszta rozstała się z życiem jak większość żydowskich mieszkańców prowincjonalnego polskiego miasteczka, ocalałych czekał podobny los, jednak ani Ida, ani Maria, ani ich ojciec nie chcieli umierać. Ociec postanowił się ukryć, a córki zdecydował się wyprawić w podróż do najbezpieczniejszego miejsca dla dwóch młodych żydówek — do hitlerowskich Niemiec. 

Wbrew pozorom nie był to straceńczy pomysł. Ówcześnie wiele Żydówek po wywalczeniu polskich papierów wyjeżdżało do Niemiec jako polskie wieśniaczki. Taki plan miały też Ida i Maria, panienki z dobrego żydowskiego domu. Maria była śniada, miała ciemne włosy i oczy, obie miały zadbane ręce, mówiły staranną polszczyzną. Nie wyglądały jak proste dziewczęta ze wsi. Musiały zabawić się w makabryczny teatr (tak swoje wojenne poczynania po latach wspominała Ida), obie zmieniały tożsamości, udawały, że uczą się języka niemieckiego, który miały perfekcyjnie opanowany, wiedziały, że ich tłumacze, zmieniają znaczenie ich słów, ale nie mogły oponować, a co najgorsze musiały zmierzyć z murem ludzkiej obojętności i nienawiści. Na raz. 
Ida Fink,
„Podróż”,
Wydawnictwo W.A.B.,
200 stron.

Historia Idy i Marii jest przerażająca, wyciska łzy, uświadamia bezradność — jest dokładnie taka, jaka powinna być standardowa autobiografia z Holocaustem w tle. Przykro mi to pisać, ale jedynym plusem wielu wojennych powieści jest to, że są one rozdzierająco smutne. Ida Fink swoją „Podróżą” udowodniła, że o wojnie można pisać inaczej: bez emfazy, bez patosu, ale też nie czysto naturalistycznie i nie bohatersko. Fink była przede wszystkim pisarką, a dopiero potem ofiarą Holocaustu, była też niekwestionowaną mistrzynią narracji. To, w jaki sposób panowała nad każdym czasownikiem użytym w tej książce zasługuje na najwyższe uznanie, podobnie jak elegancki, zdystansowany styl pisarki. Przy jego pomocy całe napięcie, które towarzyszyło siostrom w najtragiczniejszych momentach przenosi się na czytelnika, czyniąc lekturę książki czynnością intymno-ekstremalną. Sama nazywała tę książkę fikcją autobiograficzną. Myślę, że każdy, kto przeczyta „Podróż” na swój sposób zrozumie, jaką rolę pełni w tym określeniu słowo „fikcja”.

Fink nie zastosowała w swej książce konwencji doskonałej pamięci, wiele razy pyta samej siebie pamiętasz?”, przyznaje się do luk w pamięci, ale podaje przy tym  szczegóły, które budują rzeczywisty klimat tej książki („Pierwsze szepty —  Żydówki, Żydówki złapali...”).  Pisze w kilku osobach, żadnej nie używa przypadkowo. Jej „Podróż” jest jakby utkana z żelaznej koronki. Fink rozrywa ją dopiero w ostatnim rozdziale, w którym opisuje drugą podróż, którą, już po wojnie, odbyła z mężem. Razem z nim odwiedzała miejsca, w których kiedyś ważyły się jej losy. Dopiero wtedy wyzbyła się opiekuńczej maniery starszej siostry i przyznała „mam dość”. 

„Wybitna książka, bardzo osobista w szczegółach, a jednocześnie uniwersalna w swej wymowie”
                                                                                                                           The New York Times