środa, 16 kwietnia 2014

Upadłe damy międzywojnia

Okres dwudziestolecia międzywojennego powszechnie uważany jest za czas rozkwitu kultury rozumianej zarówno jako synonim wszelakiej sztuki jak i moralny poziom społeczeństwa. Niby wszystko się zgadza. W latach 1918-1939 na polskiej scenie literackiej objawiło się kilku geniuszy, o których teraz uczymy się w szkołach, a na ulicach słychać było wszędobylskie ,,dzień dobry, szanowny panie" zamiast uczniowskiego ,,bry". Jednak prawda nie rysowała się tak różowo, co w swoich książkach postanowił udowodnić Kamil Janicki.

Upadłe damy II Rzeczpospolitej to fabularyzowany dokument opisujące najpoważniejsze zbrodnie popełnione przez najważniejsze persony ówczesnej klasy wyższej, jeśli nie najwyższej. Publikacja ta składa się z prologu opisującego głośną sprawę Rity Gorgonowej oraz siedmiu rozdziałów, z których każdy dotyczy jednej zagadki kryminalnej. Konstrukcja rozdziałów nie jest jednolita. W części z nich zbrodniarkę poznajemy już na samym początku i przez kolejnych kilkadziesiąt stron śledzimy jej proces. W innych najpierw zapoznajemy się z przestępstwem, poznajemy jego okoliczności, kilka podejrzanych, aż w końcu poznajemy JĄ - poszukiwaną kryminalistkę. 

Czytając o upadłych damach mamy wrażenie, że zapoznajemy się z przyzwoitym kryminałem, a nie opracowaniem historycznym. Dużą zasługę ma w tym dynamiczny język autora, który kolejne fakty, nierzadko poparte materiałem źródłowym, przytacza niczym zwyczajne ciekawostki. Nie licząc opisu spraw kryminalnych, w książce Janickiego czytelnik zapoznaje się z brutalną obyczajowością epoki. Chwilami bardziej niż morderstwa, oburzające było postępowanie gawiedzi, dla której ważniejsze niż dobro ofiar i ich bliskich było ujrzenie ciała, które tydzień przeleżało w ludzkich fekaliach. W procesach oskarżonych istotne było pochodzenie oskarżonych, a dowody w przypadku obcowania z przedstawicielami ówczesnej arystokracji traktowane były niczym poszlaki. Powszechnym sposobem unikania kar było przekupywanie lekarzy sądowych, którzy orzekali, że oskarżona nie może zostać ukarana ponieważ jest chora psychicznie, jednak nie na tyle, by miała się poddać leczeniu. 

Teraz muszę dać wyraz mojej czepliwości. Tytuł tej książki to Upadłe damy II Rzeczpospolitej. Rzeczpospolita to w sensie językoznawczym zrost rzeczownika z przymiotnikiem. W większości tego typu zrostów oba jego człony przyjmują swoje końcówki fleksyjnie - odmieniają się. W przypadku Rzecz(y)pospolitej możliwe są dwa wzorce odmiany: Rzeczpospolitej i Rzeczypospolitej, z tym że do normy wzorcowej należy ta druga forma. Moim zdaniem w książkach, nie licząc sytuacji, w których autor posługuje się stylizacją językową, powinno używać się właśnie normy wzorcowej. Jeśli wydawcy tego tytułu mają inne zdanie to powinni się go trzymać, tymczasem w tekście znalazłam przypadek, w którym omawiane słowo odmienione jest w innej formie niż w tytule. Wiem, czepiam się, ale bardzo mnie drażnią tego typu błędy.

Polecam tę książkę miłośnikom nietypowych spraw kryminalnych oraz wielbicielom wszystkiego tego, co ma jakikolwiek związek z dwudziestoleciem międzywojennym. Janicki jakby niechcący naszkicował dość wyraźny obraz epoki, w której ambitna pani Parylewicznowa doprowadziła uprawianie kumoterstwa do rangi sztuki, poznańska panienka szantażowała listami męską połowę miasta, a niepozorna pani domu z wielką wprawą prowadziła dom publiczny dla pedofilów. Zachęcam do lektury. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

sobota, 12 kwietnia 2014

Życie swe dziecięce oddali za Ojczyznę

W 1918 roku, pomimo odzyskania przez Polskę niepodległości, wciąż nierozwiązana pozostawała sprawa jej granic, zwłaszcza wschodnich. Kością niezgody, jedną z wielu, był Lwów, do którego przyznawało się kilka państw, przede wszystkim Ukraina i właśnie Polska. W latach 1918-1919 toczyła się między tymi krajami wojna, w której do wygrania były olbrzymie połacie ziemi. Walki o Lwów były szczególnie zacięte i w pewien sposób nietypowe, ponieważ żołnierzami broniącymi polskich praw do tego miasta były dzieci - Orlęta Lwowskie.
Pamięci tych wszystkich,
którzy życie swe dziecięce
oddali za Ojczyznę*
Blisko dwadzieścia lat po tym wydarzeniu, węgierski twórca powieści dla młodzieży, Jenő Szentiványi napisał książkę o bohaterskiej postawie młodych Polaków i zatytułował ją po prostu Orlęta Lwowskie.  Dr Jarosław Szarek w swojej opinii dotyczącej tej książki zamieszczonej na jej okładce stwierdził, że
Ta książka sprawiła, że niejeden młody Węgier chwycił za broń w antysowieckim powstaniu 1956 roku*
Nie jestem pewna, czy to prawda, ponieważ na Węgrzech powieść ta została wydana tylko raz, co świadczy o tym, że nie była ona rozrywana przez czytelników. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że od jej powstania do słynnego zrywu węgierskiego minęło mniej niż dwadzieścia lat, więc ów pierwsze wydanie było wciąż dość aktualne. 

Głównymi bohaterami tej książki są członkowie rodziny Potockich. Kazimierz, Stanisław, Maria oraz ich matka mieszkają we Lwowie, ojciec rodzeństwa jako oficer przebywa obecnie w Warszawie. Życie Potockich toczy się dość zwyczajnie; do momentu, w którym dociera do nich informacja, że wojska austro-węgierskie wycofują się z terenów Rzeczypospolitej tym samym oddając sporą ich część, między innymi Lwów, Ukraińcom. Zdecydowana większość polskiej części tego miasta nie zgadza się z tym postanowieniem. Zaczyna się walka, w której naprzeciwko siebie stają wykwalifikowani i przede wszystkim dorośli żołnierze oraz... dzieci.

Orlęta lwowskie to opowieść o odwadze i poświęceniu ludzi, którzy zamiast w okopach powinni siedzieć w ławkach szkolnych. Uczniowie szkół lwowskich jak jeden mąż rzucili się do obrony swojego miasta, nierzadko oddając za nie swoje zdrowie i życie. Wojna polsko-ukraińska została w tej książce przedstawiona z perspektywy młodzieży biorącej w niej udział. Dzięki temu zabiegowi relacja z opisywanych wydarzeń jest bardzo emocjonalna, ale też rażąco prawdziwa i szczera. Niestety, zazwyczaj jest tak, że jeśli poznajemy daną historię z czyjejś perspektywy, wersja tej drugiej strony jest, łagodnie mówiąc, zaniedbana. Pomimo tego, że książka Szentiványiego jest powieścią historyczną, nie doszukamy się w niej wnikliwego analizowania sytuacji politycznej czy drobiazgowego przedstawiania określonych postaci historycznych (oczywiście wplecionego w tok narracji).  Orlęta lwowskie opowiadają o bohaterstwie młodych obrońców powracającej na mapy Europy Rzeczypospolitej. Z fabularnym opracowaniem historycznym niewiele ma ta powieść wspólnego, co jednak niekoniecznie musi być jej minusem. To, czego oczekujemy od powieści historycznej zależy tylko od nas. Jedni pisarze skupiają się na faktach historycznych, Szentiványi skupił się na ludziach. 

Bohaterowie tej książki nie są zbyt dobrze zarysowani przez narratora. Poznajemy ich głównie dzięki licznym dialogom pojawiającym się na kartach tej powieści. Wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, że większość z nich używa jeszcze czasu zaprzeszłego (zrobił był, poszła była), we współczesnej polszczyźnie już niemalże martwego. Ten szczegół dodaje powieści wiele uroku. 


Orlęta lwowskie to książka historyczno-młodzieżowa. Myślę, że warto podsuwać ją nastolatkom oraz starszym dzieciom do czytania ponieważ dostarcza ona wielu godnych naśladowania wzorców osobowych. Dodatkowo jest ona napisana w taki sposób, że nie zmęczy młodego czytelnika mnogością informacji czy trudnym językiem. Ja swoje 18-naste urodziny mam już kilka lat za sobą, ale również bardzo miło będę wspominała tę lekturę. Polecam ją wszystkim. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Wojna i literatura, Czytam książki historyczne i Czytam książki wydane przed 1990 rokiem. 

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M.

Szentiványi Jenő, Orlęta Lwowskie, Wydawnictwo M, Kraków 2013 (dedykacja)
Szentiványi Jenő, Orlęta Lwowskie, Wydawnictwo M, Kraków 2013 (fragment opisu na okładce)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Good morning korporacjo!

Kilka lat temu praca w korporacji była dla wielu osób szczytem marzeń. Obecnie słowo to jest synonimem gniazda mechanicznie pracujących robaczków, które bardzo łatwo można wymienić na inne. Często też zdarza nam się naśmiewać się z korporacji. Mnie zawsze najbardziej bawią zapożyczone z angielska nazwy sprawowanych funkcji, o których na pewno wiele razy słyszeliście. Być może język polski przestał być językiem narodowym Polaków, a ja jeszcze się o tym nie dowiedziałam? Nie wiem. Wiem za to, że Radek Bieliński, wieloletni i zaprawiony w boju pracownik korpo postanowił wyśmiać tę machinę za pomocą książki zatytułowanej przezornie Good morning korporacjo.

MaxiMind to międzynarodowa firma zajmująca się księgowaniem. Tak przynajmniej może się wydawać na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości najwięcej czasu pracownikom tego przedsiębiorstwa zajmuje tworzenie nowych procedur, z których większość ma na celu zapewnienie swoim twórcom oraz ich kolegom bezpieczeństwa, a dla firmy poprawy statystyk BHP Zero Goal for Accidents at Work. Praca w MaxiMindzie to prawdziwe spełnienie marzeń. Możliwość awansu pionowego i poziomego stoi przed każdym otworem, a na wolny wakat, nawet Head of Strategy, może aplikować nawet człowiek znikąd, choć wiadomo, że stanowisko i tak otrzyma Rudolf...

Radek Bieliński na swojej stronie internetowej zdradził, że pomysł napisania tej książki przyszedł mu do głowy, gdy razem z przyjacielem żartował z nowego bezsensownego zadania od szefa (przepisywania danych z jednego arkusza programu Excel do innego). To wiele wyjaśnia. Książka taka jak Good morning korporacjo mogła zostać napisana tylko przez kogoś, kto korporacyjne pranie mózgu ma już za sobą (bez względu na to, czy się mu poddał, czy nie). Pod przykrywką zabawnej otoczki, Bieliński zdaje swoim czytelnikom sprawę z tego, że każdy pracownik korporacji, bez względu na to, jak nazywa się ich stanowisko, są tylko trybikami wprawionymi w ruch przez boskie CEO. Skoro więc każdego pracownika można zastąpić każdym, to może małpami też?

Bohaterowie tej książki nie są zbyt dobrze zarysowani ponieważ autorowi zależało głównie na tym, by uchwycić ,,ducha korporacji", której indywidua nie są zbyt potrzebne. Nieco zadziwiające i irytujące jest to, że praktycznie wszyscy pracownicy MaxiMindu przedstawieni w tej książce mają za sobą patologiczną przeszłość, która krętymi drogami doprowadziła ich do bram korporacji, której przyświeca hasło: Full Respect of All. To, jak sobie za nią poradzili, zależało od wkładu włożonej pracy, efektywności działań i... stworzenia jak największej liczby procedur.

Warto zaznaczyć, że do ,,standardowej" książki dołączona jest jej wersja audio. Jeśli zaś preferujecie czytanie na ekranie, ebook, podobnie jak inne wersje tej publikacji, możecie kupić na stronie jej autora, czyli tutaj. 

Good morning korporacjo to słodko-gorzka powieści o korporacyjnej rzeczywistości, która z dnia na dzień przygarnia do swojej stajni coraz więcej owieczek. Pomimo plusów, które niesie ze sobą praca w tego typu firmie (na pewno jakieś są, prawda?), nie chciałabym związać swojego życia zawodowego z tym środowiskiem. Chociaż, kto wie? Radek Bieliński zdradza, że absolwenci filologii są mili widziani w korporacyjnym świecie księgowości. :-)

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wzywaniu Polacy nie gęsi.

Za egzemplarz tej książki dziękuję wydawnictwu Inspiracje oraz firmie Booksenso.

sobota, 5 kwietnia 2014

Co głosi ,,leyenda negra"?

Na początku tej recenzji muszę się Wam do czegoś przyznać. Jeszcze kilka lat temu jak gąbka chłonęłam wszelkie teorie spiskowe dotyczące Kościoła. Wystarczyło, że obejrzałam jakiś pseudo-dokument oparty na teoriach wywiedzionych z Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna i już łapałam haczyk śledząc rzekome francuskie losy Marii Magdaleny i jej dziecka. Na szczęście, niedługo po tym sama zaczęłam dostrzegać sprzeczności w tych rewolucyjnych teoriach i przestałam się nimi interesować, choć nie zaniechałam poszukiwania informacji o templariuszach, czy hiszpańskiej inkwizycji. Ostatnio trafiła do mnie książka, która miała rozwiać wszystkie moje ewentualne wątpliwości. Ciemne postacie w historii Kościoła z wdzięcznym podtytułem Mity, kłamstwa, legendy to dzieło autorstwa Michaela Hesemanna, niemieckiego historyka i publicysty specjalizującego się w tematach związanych z historią Kościoła. Autorytetu dodaje mu lista kierunków, które studiował: historię antropologię kulturową, literaturoznawstwo oraz dziennikarstwo. 

Ciemne postacie w historii Kościoła to publikacja popularnonaukowa podzielona na dwadzieścia rozdziałów dotyczących najbardziej kontrowersyjnych i/lub znanych postaci oraz wydarzeń wiążących się w jakikolwiek sposób z historią Kościoła. Książka zaczyna się kilkustronicowym wstępem wyjaśniającym pojęcie czarnej legendy, czyli powtarzającego się ciągu plotek i pomówień dotyczących pewnego zagadnienia, w tym wypadku Kościoła. Pierwotnie leyenda negra odnosiła się do uporczywego oskarżania Hiszpanii o wszelkie zło związane z kolonializmem. Stereotyp ten powstał dzięki Elżbiecie I, królowej angielskiej, która nie potrafiąc zniszczyć potęgi Hiszpanii, postanowiła skompromitować ją na arenie międzynarodowej. Jak powszechnie wiadomo, obmowa Elżbiety przetrwała do naszych czasów. Czarna legenda, powiedzmy - ,,kościelna" ostatnio ma się coraz lepiej, a wykorzystujący ją pisarze i reżyserzy zbijają krocie na popularnym wykorzystywaniu kłamliwych komunałów.

Przejrzyjmy teraz listę tematów, które w swej książce omówił Hasemann. Wśród nich znajdziemy zarówno wałkowane od lat motywy (Maria Magdalena jako kochanka Jezusa, ewangelia Judasza, templariusze, inkwizycja) jak i te mniej znane (listy Jezusa, nieomylność papieża). Szeroka rozpiętość tematyczna i historyczna tej książki sprawia, że każdy powinien znaleźć w niej jakiś interesujący dla siebie fragment. 

Wielką zaletą tej książki jest przystępność przekazu czasami dość skomplikowanych informacji. Czytałam ją niczym świetną książkę przygodowo-historyczną. Z pewnością jest to zasługa odpowiedniego podziału wiadomości na te przekazywane w dość suchej formie  (np. statystyki) a tymi przypominającymi narracyjną opowieść o przeszłości. Wertując strony tej publikacji wielką uwagę przywiązywałam do tego, jakie stanowisko wobec opisywanych spraw zajmie autor. Cóż, na pierwszy rzut oka da się zauważyć, że jest on publicystą skłaniającym się ku stanowisku zajmowanym przez Kościół. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze tej książki bowiem Hasemann przytacza, zgodne z prawdą, wydarzenia, dane itp. i tylko czasami niemal niedostrzegalnie, czy nawet nieświadomie, ocenia je. Za przykład niech posłużą wyprawy krzyżowe, dość szczegółowo omawiane w tej książce. Pisarz podaje przyczyny ich zawiązania, omawia przebieg i przytacza skutki. Rozpatrując postępowanie ówczesnych papieży, nie unika sformułowań typu ,,z bólem serca przystał na...", ,,niestety, posłuchał podstępnego wichrzyciela" itp.  Wydawnictwo zaręcza jednak, że autor opowiada się za prawdą historyczną i w większości muszę się z tym zgodzić. 

Ciemne postacie w historii kościoła to publikacja skierowana do szerokiego grona odbiorców. Niestety, część z nich może odstraszyć dość jednoznaczna okładka przywodząca na myśl książki przeznaczone dla, przepraszam za wyrażenie, oszołomów. To jednak tylko pierwsze, mylne wrażenie. Jeśli interesujecie się historią, lubicie czytać książki publicystyczne poparte olbrzymią wiedzą autora oraz pokaźną bibliografią, które na dodatek czyta się niczym  rasowe przygodówki, nie zawiedziecie się na tej pozycji. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniu Nie tylko literatura piękna. 

Za egzemplarz tej książki dziękuję Wydawnictwu M. 

środa, 2 kwietnia 2014

,,Bartek zły, mamrocze coś o babie i motorze..."

Współczesne książki podróżnicze zwykłam dzielić na dwie kategorie. Do pierwszej należą publikacje, których autorzy żyją z podróżowania; do drugiej teksty, których autorzy pewnego dnia postanowili wstać od biurek i - jak mawia Wojciech Cejrowski - sprzedać lodówkę i ruszyć w dal. Przedstawicielami tego drugiego rodzaju są Marta Owczarek i Bartek Skowroński, prawniczka i fotograf, którzy postanowili zmienić swoje życie i wyruszyć w podróż dookoła świata. Po powrocie do kraju, świeżo upieczeni podróżnicy napisali książkę Byle dalej. W 888 dni dookoła świata, która odniosła wielki sukces na naszym rynku wydawniczym.  

Jak wskazuje tytuł tej książki, podróż Marty i Bartka trwała dokładnie 888 dni. Zaczęła się w Mongolii, gdzie początkujący podróżnicy wybrali się razem z grupą przyjaciół, by obserwować zaćmienie słońca. Dalej musieli radzić sobie sami, a przed nimi były Chiny, prawdziwe wyzwanie dla niewprawionych w boju wędrowców. Na szczęście wszystko poszło zgodnie z planem. Aż do pierwszego złamania nogi...

O podróży opisanej w tej książce można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest banalna. Marta i Bartek jak ognia unikali potężnych aglomeracji miejskich, zatłoczonych miejsc i wszelkich opcji wypoczynku all-inclusive. Z Byle dalej nie dowiecie się, która peruwiańska restauracja serwuje najlepsze świnki morskie, ale zachęci Was do sięgnięcia po te przygotowywane przez ulicznych kucharzy w tzw. zapadłej dziurze gdzieś na zachodzie Peru. Jeśli odpowiada Wam ten sposób podróżowania i chcecie o nim czytać, polecam Wam tę książkę.

Bartek i Marta odwiedzili wszystkie kontynenty świata (poza Afryką i Antarktydą), spróbowali najdziwniejszych potraw, zwiedzili najbardziej znane zabytki, poznali wyjątkowych ludzi, przeżyli przygodę życia... No, właśnie. Słowo ,,przygoda" w ich książce zostało odmienione przez wszystkie przypadki, co daje czytelnikowi jasny komunikat: ,,my nie podróżujemy, by odkryć nieznane i potem się tym szczycić, my chcemy się bawić". Doskonale uwidocznia się to w stylu pisania autorów. Czytając ich relację z odwiedzin kolejnych fascynujących miejsc, mamy wrażenie, że opowiada nam ją para dobrych, bardzo sympatycznych i inteligentnych przyjaciół. Podobnie jest ze zdjęciami, które nie przypominają stereotypowych fotografii z książek podróżniczych. Te, zamieszczone w Byle dalej są  nad wyraz zabawne i urocze. Takie, jakie pokazuje się tylko bliskim znajomym. Brak dystansu między autorami a czytelnikami odczuwa się w każdym kolejnym akapicie, co sprawia, że czujemy się towarzyszami podróży Bartka i Marty (przez co ośmielam się nazywać autorów, dość niegrzecznie, po imieniu).

Jedynym minusem tej książki jest skupianie się jej autorów jedynie na dobrych stronach podróży. Wszelkie trudniejsze momenty, takie jak problemy z  noclegiem, złamana noga, zagubienie się, zostały sprowadzone do  roli nic nieznaczących wpadek. Trudno się jednak temu dziwić ponieważ nie przeczy to profilowi tej książki. Porównując ją do Utraconego serca Azji Colina Thubrona, nie możemy znaleźć pomiędzy tymi książkami praktycznie żadnych cech wspólnych i to pomimo tego, że obie te publikacje zaliczają się do szeroko rozumianej literatury podróżniczej. Byle dalej jest książką podróżniczą w wersji light, w zdecydowanej większości pozbawioną waloru dydaktycznego, a nastawioną na zabawę. W tej funkcji, książka Marty i Bartka sprawdza się idealnie.

Czas na krótką rekomendację. Jeśli macie ochotę na lekturę lekkiej książki opowiadających o podróżach, napisanej przez ludzi obdarzonych niesamowitym poczuciem humoru oraz odwagą do spełniania własnych marzeń, polecam Wam Byle dalej. Satysfakcja z lektury gwarantowana.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytania i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Odkrywamy białe plamy, Polacy nie gęsi, Z literą w tle oraz Nie tylko literatura piękna.