wtorek, 23 września 2014

,,Czy Pan przypomina sobie małego U Jo Ni z Płakowic?" [Jolanta Krysowata ,,Skrzydło anioła"]

W PRL-u, zwłaszcza wczesnym, działy się rzeczy, które nie śniły się największym filozofom. Gdy brat zapytał się mnie ostatnio, o czym teraz czytam i odpowiedziałam mu, że o północnokoreańskim domu dziecka w Polsce, zobaczyłam na jego twarzy zdziwienie i konsternację. A jednak koreańskie sieroty przez sześć lat mieszkały i kształciły się w niewielkich Płakowicach, które obecnie są zaledwie osiedlem, częścią Lwówka Śląskiego. Nieznaną powszechnie historię tej mieściny opisała Jolanta Krysowata w swoim dość nietypowym reportażu literackim ,,Skrzydło anioła".
,,Skrzydło anioła",
Jolanta Krysowata,
wydawnictwo Świat Książki,
Warszawa 2013,
stron 268.

Po II wojnie światowej nasz glob został podzielony na dwa bloki: kapitalistyczny i socjalistyczny. Aby uchronić się przed zakusami konkurencyjnego bloku lud pracujący miast i wsi musiał się jednoczyć, nawet jeśli dotąd nic go nie łączyło. Ta idea przyświecała rządowi Polski Ludowej, który na znak przyjaźni z bratnim narodem koreańskim rządzonym ówcześnie przez Kim Ir Sena przyjął pod swoje strzechy ponad tysiąc sierot, których rodzice zginęli podczas niedawnej wojny. Dzieci przyjechały, pobyły i wyjechały. Słuch po nich zaginął.

Jolanta Krysowata zainteresowała się tą historią, gdy jej przyjaciel odkrył na cmentarzu w Osobowicach skromny grób trzynastoletniej Kim Ki Dok. Po nitce do kłębka dziennikarka dotarła do ludzi, którzy wiedzieli cokolwiek o samej dziewczynce jak i o lekarzach, którzy się nią zajmowali. Odpowiedzią na wszystkie pytania okazał się być ośrodek w Płakowicach, który w latach 1953-1959 gościł Kim Ki Dok i jej towarzyszy.

,,Skrzydło anioła" podzielone jest na dwie części. W pierwszej części Krysowata opisała początek swoich prób zdobycia jakichkolwiek informacji o dziewczynce i, nieco później, o Tadeuszu Partyce. Partyka był lekarzem zajmującym się Kim Ki Dok w ostatnich tygodniach jej życia. Jego biografia i próby ratowania życia młodej Koreanki są interesujące, ale zajęły ponad sześćdziesiąt stron, a nie wniosły zbyt wiele do historii tajnego ośrodka dla koreańskich sierot, o którym jest mowa na okładce. Ta część została napisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej, narratorem jest sama autorka, która w żaden sposób nie maskuje się przed czytelnikiem. Druga część przypomina już powieść. Narrator odautorski zniknął, a jego miejsce zajął narrator wszechwiedzący.

Właśnie do tej części mam najwięcej zastrzeżeń. ,,Skrzydło anioła" to reportaż, co prawda literacki, ale wciąż reportaż. Jest to gatunek, który wymaga rzetelnego przedstawienia faktów, tymczasem opowieść o Płakowicach została przedstawiona niczym wymysł autorki. W tym dziele przeczytamy o wszystkich aspektach życia w samowystarczalnym ośrodku: o różnicach w podejściu do dzieci nauczycieli polskich i koreańskich, o miłości ponad podziałami i bezduszności władz. Wszystko to zostało podane czytelnikowi bez wytłumaczenia mu, skąd autorka ma te wyjątkowo szczegółowe informacje. Całość czyta się bardzo dobrze, chwilami ciężko jest opanować skrajne emocje, które targają czytelnikiem, który poznaje świat tak odmienny od tego, do którego jest przyzwyczajony. Brakuje jednak źródeł. Informacje o tym, jak Krysowata dotarła do konkretnych osób to trochę za mało.

Z pewnością mogę polecić tę książkę osobom, które chciałyby poznać historię tego ośrodka, a nie mają ochoty na lekturę ciężkiego w odbiorze reportażu. ,,Skrzydło anioła" to swego rodzaju wariacja na temat tego, co mogło dziać się w ośrodku oparta na wywiadach z byłymi pracownikami płakowickiej placówki. Bez wątpienia dziennikarka włożyła mnóstwo pracy w przygotowanie tej książki. Mnie nie do końca odpowiada forma, w jakiej przedstawiła zgromadzone wiadomości, jednak wielu potencjalnych czytelników, zwłaszcza miłośników chwytających za serce powieści obyczajowych opartych na faktach, czy też lekkich reportaży literackich, będzie nią zachwyconych. Dodam jeszcze, że Jolanta Krysowata jest współtwórczynią filmu dokumentalnego o Kim Ki Dok, zatytułowanego imieniem i nazwiskiem swojej głównej bohaterki.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Powyższa recenzja bierze udział w wyzwaniach: Polacy nie gęsi i Nie tylko literatura piękna. 

22 komentarze:

  1. Wow, nie słyszałam wcześniej o tych koreańskich sierotach w Pl.. ciekawa sprawa..

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem w szoku. Dlaczego o takich rzeczach nie mówi się głośno, a książki są pomijane i zapominane. Chociaż reportaż ma trochę wad,to chętnie bym go przeczytała na początek, aby potem rozbudowywać sobie informacje o tym ośrodku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Doprawdy... coś takiego miało miejsce? Dlaczego to nie jest nagłaśniane, dlaczego o tym nie wiedziałam? Książka obowiązkowa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czuję się zaintrygowana tematem...

    OdpowiedzUsuń
  5. Dowiedziałam się o tym fakcie z filmu dokumentalnego, który nie tak dawno oglądałam.
    Krysowata była scenarzystką tego filmu a nosił tytuł "Kim Ki Dok"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspomniałam o tym filmie na końcu recenzji, jednak zamieściłam w niej tę wzmiankę kilka minut po publikacji, ponieważ wcześniej o niej zapomniałam. Mimo to, dziękuję za informację.

      Usuń
  6. To budujące, że autorka zainteresowała się tematem, który niemal odszedł w zapomnienie. Pomieszanie form trochę mnie martwi, ale sama historia jest na pewno ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, że te dwie części tak różnią się narracją, powoduje to pewien dyskomfort zapewne. Jednakże temat jest bardzo ciekawy, ale to głównie przez Twoją recenzję ;) Ty jak coś opiszesz to naprawdę... :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie czytuje reportaży, mimo wszystko szkoda, że opowieść o Płakowicach została przedstawiona niczym wymysł autorki. Wszak ten aspekt powinien być bardzo rzetelnie i fachowo dopracowany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wątpię w rzetelność autorki, o to akurat możesz być spokojna. Forma tego reportażu wymagała dopisania przez pisarkę kilku elementów, dzięki którym tekst stał się płynny. Mnie przeszkadzają właśnie te dopiski, a dokładniej brak opisania faktów przez chociażby przypisy, przez to czytelnik nie wie, co jest faktem, a co dopiskiem.

      Usuń
  9. Nigdy nie słyszałam nawet o takim ośrodku, pewnie jak i większość osób . Reportaży nie czytam, ale jak wspominasz, ten należy do dość lekkich, więc gdy trafię na ten tytuł w bibliotece, na pewno przeczytam.:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Też jestem w szoku. Nawet nie przyszło by mi do głowy, że mieliśmy w Polsce koreański sierociniec. Chętnie bym zgłębiła temat, ale mam obawy, że i mi ta forma mogłaby nie do końca odpowiadać.

    OdpowiedzUsuń
  11. Zrobiłam wielki oczy czytając recenzję, nie wiedziałam, że był taki sierociniec?

    OdpowiedzUsuń
  12. Czuję, że to moż być wstrząsająca dla mnie lektura. Forma mi odpowiada, więc czemu nie.

    OdpowiedzUsuń
  13. ta książka to przykład zbeletryzowanego reportażu, możesz mieć wrażenie, że opisywane wydarzenia są wymysłem autorki, ale jednak to jest reportaż, gdzie fakt jest świętością. Krysowata, moim zdaniem, świetnie poradziła sobie z tą formą. A jeżeli chodzi o materiały, to wykonała ogrom pracy, docierając do osób, które pracowały w ośrodku. Byłam na spotkaniu z autorką i byli na nim również nauczyciele, którzy uczyli w tym ośrodku. To było niesamowite przeżycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Absolutnie nie twierdzę, że druga część tej książki jest wymysłem Krysowatej. Po prostu informacje, które dziennikarka zdobyła na temat życia w ośrodku zostały wzbogacone o jej wyobrażenia dotyczące np. relacji między pracownikami. Nie ma w tym nic złego, to zwykła beletryzacja. Ja jednak nie przepadam za tym zabiegiem, ponieważ preferuję reportaże, w których fakt jest świętością i jest to udowodnione czytelnikowi. Brak bibliografii, przypisów i informacji na temat tego, skąd autorka wie to i tamto sprawiło, że siłą rzeczy potraktowałam ,,Skrzydło anioła" jako powieść, przed napisaniem której autorka wykonała porządny research. Nie wątpię jednak w to, że ludziom przepadającym za tym gatunkiem, książka Krysowatej zdecydowanie powinna przypaść do gustu.

      Usuń
  14. Czytałam już kilka opinii na temat tej książki i przyznam się szczerze, że nie jestem do końca do niej przekonana. Nadal się waham czy po nią sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
  15. Wiesz co? Dwadzieścia lat mieszkałam 30 km od Płakowic, a dopiero w tym roku dowiedziałam się, że istniał tam taki ośrodek. I mam plan, że jak wybiorę się do rodzicielki, to zrobię sobie małą wycieczkę po okolicy.

    OdpowiedzUsuń
  16. Jestem na pierwszych stronach tej książki, którą pożyczył mi mój nastoletni brat. To chyba jedyna książka, którą przeczytał kilka razy.
    Od urodzenia mieszkałam w Płakowicach, chodziłam do szkoły podstawowej, w której uczyły się koreańskie dzieci. Do dziś widnieje tam piękny napis, który przypomina mieszkańcom historię tej dawnej wsi.

    Nie mogę jeszcze wystawić żadnej opinii na temat książki, ale jej język mi odpowiada (choć z wykształcenia jestem polonistką i mogłabym się czepiać). Myślę, że właśnie ta "luźna" formuła książki sprawia, że sięgają po nią nawet młodzi ludzie.

    OdpowiedzUsuń
  17. Jestem na pierwszych stronach tej książki, którą pożyczył mi mój nastoletni brat. To chyba jedyna książka, którą przeczytał kilka razy.
    Od urodzenia mieszkałam w Płakowicach, chodziłam do szkoły podstawowej, w której uczyły się koreańskie dzieci. Do dziś widnieje tam piękny napis, który przypomina mieszkańcom historię tej dawnej wsi.

    Nie mogę jeszcze wystawić żadnej opinii na temat książki, ale jej język mi odpowiada (choć z wykształcenia jestem polonistką i mogłabym się czepiać). Myślę, że właśnie ta "luźna" formuła książki sprawia, że sięgają po nią nawet młodzi ludzie.

    OdpowiedzUsuń

Hej, jeśli przeczytałeś tę recenzję i chociaż odrobinę Ci się spodobała, daj mi o tym znać. Gdy tylko widzę chociaż jeden nowy komentarz naprawdę wierzę, że warto pisać dalej, a uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy. Znasz to uczucie, prawda?