wtorek, 9 kwietnia 2013

Carska Rosja, walc i miłostki

,,Anna Karenina" była jednym z najszumniej zapowiadanych filmów ostatnich miesięcy. Polska premiera  miała miejsce w listopadzie zeszłego roku i niemalże od razu przywiodła do kin masę ludzi spragnionych obejrzenia  adaptacji arcydzieła Lwa Tołstoja o tym samym tytule. Nachalna reklama filmu oraz głównej aktorki podziałała głownie na wielbicieli  historyczno-romantycznych obrazów Wrighta, przy których bardzo często współpracował z odtwórczynią roli Anny Kareniny, Keirą Knightley.

Już pierwsze minuty projekcji wskazywały na to, że widzowie będą mieli do czynienia z baśniową wręcz scenografią i przewijającym się przez cały film motywem teatru. Trudno powiedzieć czemu miał służyć ten zabieg. Czy chodziło o zastosowanie metafory życia jako teatru, czy też teatr miał być ilustracją panującego w ówczesnej Rosji szaleństwa konwenansów  Trudno powiedzieć. Tak, czy inaczej pod koniec filmu widz czuł się już zmęczony tym pomysłem. Gdzie nie pojawiła się główna bohaterka, tam widać było scenę.

A propos innych, nieco technicznych walorów filmu, szczególną uwagę przyciąga synchronizacja akcji filmu ze ścieżką dźwiękową. Jest to szczególnie widoczne w momencie przyjścia Stiwy do swojego biura. Rytmiczny stukot pieczątek, ukłony przyszłych urzędników czy niemalże taneczny proces zmiany odzienia przez Obłońskiego przez te kilka minut zmieniał film dramatyczny w musical. Przyczyniła się do tego również wspaniała scena taneczna. Walc w wykonaniu Wrońskiego oraz Kareniny ma szansę stać się klasyką gatunku.


Jeśli chodzi o grę aktorską to należy pochwalić dwóch niesowitych mężczyzn, którzy nadali temu filmowi, zaryzykujmy, urok. Mowa tutaj o odtwórcach ról  Karenina, Wrońskiego i właśnie Obłońskiego. Obsadzenie Juda Lawa w roli statecznego, prawego męża i roztropnego polityka wywołało sprzeciw fanów aktora przyzwyczajonych do ról uroczych, współczesnych bawidamków, w które wcielał się ich idol. Mimo to, Law w tej roli pokazał cały swój kunszt autorski genialnie broniąc postać Karenina, która była niezwykle łatwa do zbanalizowania. Postać Stiopy w oczach zarówno producentów jak i widzów nie przejawiała się jako szczególnie warta zainteresowania. A jednak, niezwykła żywotność, energia oraz przysłowiowy błysk w oku Matthewa Mcfadyen'a uczynił postać poczciwego Stiepana godną uwagi, zainteresowania oraz co najmniej Złotego Globu. Podobnie należałoby ocenić również Domhnalla Gleesona, Alicie Vikander oraz większą część obsady filmu. A co z dwójką głównych bohaterów? Aaron Taylor-Johnson mimo młodego wieku oraz sprzeciwu entuzjastów filmu dobrze poradził sobie z rolą hrabiego Wrońskiego. Jednak rola młodego, bogatego, przystojnego oficera sama z siebie była tak sztampowa, że skądinąd dobrą grę Johnsona może określić jedynie jako prawidłowe spełnianie wytycznych. I w końcu dochodzimy do tytułowej roli, której zagranie przypadło w udziale Keirze Knightley, zdaje się ulubienicy Wrighta. Jej grę można określić jako poprawną, Uroda Keiry i Kareniny ,,piękności Petersburga  absolutnie się nie pokrywały. Podobnie jak ciągły płacz, wzdychanie, pretensje do życia, Wrońskiego, świata, Karenina i siebie samej odgrywane było wciąż w ten sam sposób. W grze Knightley szczególnie irytujący był język angielski, który skutecznie zakłócał niezwykłą atmosferę carskiej Rosji. Oczywistym jest, że wybór język był konieczny w przypadku takiego doboru producentów, obsady i tak dalej, ale w niektórych momentach aż prosiło się o słowiańską nutę w film filmie. Momenty rozmowy Kareniny z synem i dialogi, w których język angielski spotykał się z rosyjskim były wyjątkowo irytujące, zwłaszcza gdy padało w nich imię dziecka  głównej bohaterki ,,Sierioża".

Również scenariusz pozostawia wiele do życzenia.  Karenina i Wroński zakochują się w sobie w ciągu sekundy  Scenarzyści i reżyser nie poświęcili nawet kilku minut na ukazanie rozwoju tego uczucia. Podobnie otoczenie zakochanych niespodziewanie szybko dowiaduje się o tej miłości. Wyjątkowo głupiutka i nieprzystosowana do niezależności księżna Betsy określa Wrońskiego ,,cieniem" Anny już po jednym dniu ich znajomości.

Podsumowując, najnowsza adaptacja ,,Anny Kareniny" funduje widzowi niezłą dawkę emocji, wzruszeń i przemyśleń. Dość dobra gra aktorska, zachwycająca, choć chwilami nachalna scenografia oraz ogromny budżet filmu czyni z obrazu wart obejrzenia dramat, do którego jednak nie warto wracać. Głównym minusem filmu jest fakt, że nie odkrywa on niczego nowego. Romantycznych filmów, w których pojawia się wątek  nakręcono już wiele. ,,Anna Karenina" niczym specjalnym spośród nich się nie wyróżnia.

14 komentarzy:

  1. Filmu nie widziałam, za to czytałam książkę i byłam zachwycona!
    kolodynska.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ja również będę.

      Usuń
  2. Najpierw chcę przeczytać książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja popełniłam ten podstawowy błąd, że, niestety, najpierw obejrzałam film (wycieczka szkolna). Tak, czy siak książka zdobyła aprobatę mojego polonisty, a to nie lada wyczyn:).

      Usuń
  3. Chciałabym najpierw przeczytać książkę. Mam nadzieję, że mi się to uda. Jakoś ciężko mi się zabrać za to tomisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bardzo chętnie bym się za nie zabrała, ale jak na razie matura mi nie pozwala. Życie:)

      Usuń
  4. Od strony wizualno-technicznej bardzo bardzo mi się podobało. Zdecydowanie gorzej z umiejętnie poprowadzoną fabułą, której brakowało emocji i prawdziwości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam bardzo podobne odczucia, które, mam nadzieję, udało mi się wyrazić w recenzji.

      Usuń
  5. Zgadzam się z Twoją recenzją, film jest przeciętny. Mam natomiast pytanie ; co skłoniło Cię do ocenienia filmu? Zazwyczaj piszesz o książkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wena:). Od jakiegoś czasu planowałam zrecenzować jakiś film lub serial, a w pierwszym poście zapowiedziałam, że będę zajmować się ,, szeroko rozumianą kulturą" więc mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda mi się Cię zaskoczyć:)

      Usuń
  6. Słyszałam dobre opinie na temat tego filmu, więc chyba go kiedyś obejrzę. Ale najpierw chcę ksiązkę przeczytac.:)

    OdpowiedzUsuń
  7. O tak! Jest to z pewnością film wart obejrzenia! Nie miałam okazji czytać książki, ale po obejrzeniu filmu chwyciłam po angielską wersję tej powieści, przeczytałam nawet kilka rozdziałów, lekturę zamierzam dokończyć na wakacjach, bo czytanie po angielsku bywa jednak czasochłonne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale Cię rozumiem. Mnie zdarza się czytywać również po francusku i wiem, że nie jest to najłatwiejsze zadanie. Słownik najlepszym przyjacielem przyszłego lingwisty:).

      Usuń

Hej, jeśli przeczytałeś tę recenzję i chociaż odrobinę Ci się spodobała, daj mi o tym znać. Gdy tylko widzę chociaż jeden nowy komentarz naprawdę wierzę, że warto pisać dalej, a uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy. Znasz to uczucie, prawda?