piątek, 5 grudnia 2014

Żmija na Wawelu [Kamil Janicki ,,Damy złotego wieku"]

Bohaterki Kamila Janickiego, postacie autentyczne, to kobiety, które zdecydowanie wyróżniały się wśród niewieściego rodu swoich czasów. Oczywiście, nie zawsze pozytywnie. O ile ,,Pierwsze damy II Rzeczpospolitej" stanowiły pewien wzór do naśladowania, to ,,Upadłe damy II Rzeczpospolitej" z pewnością nie. Najbardziej niejednoznaczne w ocenie są bohaterki trzeciej książki Janickiego a zarazem ósmej części serii ,,Prawdziwe historie" - ,,Dam złotego wieku".

Kamil Janicki,
,,Damy złotego wieku,
wydawnictwo Znak,
stron 493.
Tytułowe damy to Bona Sforza, Elżbieta Habsburżanka, Barbara Radziwiłłówna i Anna Jagiellonka Najważniejsza jest Bona, która jest wiodącą postacią dwóch rozdziałów, oraz co najmniej ważną wszystkich pozostałych. Jej wybór na najistotniejszą postać tej książki nie jest przypadkowy - Bona miała wyczucie polityczne, była sprytna i przebiegła, gdyby napotkała w Polsce na nieco bardziej przychylne ,,białogłowim rządom" otoczenie, mogłaby przejść do historii jako władczyni równie utalentowana co Izabela Kastylijska czy Elżbieta Tudor. Z dwóch jej znienawidzonych synowych, Habsburżanki i Radziwiłłówny, Janicki upodobał sobie tę drugą, bardziej wyrazistą. Potulna Elżbieta nawet na kartach tej książki nie została obdarzona jakimkolwiek temperamentem. Dziwi nieco kreacja Barbary Radziwiłłówny, szczwanej jak cały jej ród. Jej postać została w tej książce niemalże wyidealizowana; winą za wszelkie przypisywane jej przywary autor obwinia Mikołaja Czarnego, któremu rzeczywiście przez całe życie daleko było od świętości, zresztą najprawdopodobniej tak jak jego kuzynce. Anna Jagiellonka, od dziecka uważana za niewartą zainteresowania, dopiero pod koniec życia dała wyraz swojemu silnemu charakterowi i determinacji. To dzięki niej w Polsce władzę przejęła dynastia Wazów - potomkowie Jagiellonów.

W przeciwieństwie do pozostałych części wspomnianej serii, w ,,Damach złotego wieku" nie zastosowano podziału jeden rozdział-jedna postać. Ich nazwy na to wskazują, ale ich tytuły są jedynie koniecznym zabiegiem porządkującym spis treści. Losy tytułowych dam są tak ze sobą splątane, że rozdzielenie ich, nawet blisko pięćset lat po śmierci wszystkich heroin, byłoby niepoważne i przede wszystkim niepotrzebne.

Z lektury wynika, że Janickiemu najbardziej zależało na ukazaniu portretu psychologicznego swoich bohaterek. Nie dałoby się ich stworzyć, nie opierając się na faktach historycznych i źródłach z epoki, których w tej książce nie brakuje, jednak zabawa w odtwarzanie charakteru osoby, z którą nie miało się do czynienia, zawsze nosi znamiona wybitnie niehistorycznego gdybania. Janicki sam przyznaje, że ,,Damy złotego wieku'' nie są książką naukową. Nietrudno to zauważyć i bez wzmianki Janickiego, ale pisarz sam najlepiej wyjaśnił, jaki miał pomysł na swój najnowszy tekst:
,, ,,Damy złotego wieku" to książka przygotowana na podstawie literatury i źródeł historycznych, nie jest to jednak praca naukowa. Oceny zachowań i charakteru bohaterów, a także fabularyzowane sceny wzbogacające poszczególne rozdziały stanowią wizję autora - jedną z możliwych, ale na pewno nie jedyną. Zarazem ,,Damy złotego wieku" nie są w żadnym razie powieścią. Wszystkie wypowiedzi i cytaty wyszczególnione w książce w cudzysłowach pochodzą ze źródeł historycznych...*"
Pomimo tego, że publikacja ta nie jest powieścią, tak właśnie się ją czyta. Głównym tego powodem są liczne fabularyzowane wstawki oraz styl autora. Janicki lubi fantazjować na temat swoich bohaterek, ale nie waha się pochwalić swoim warsztatem profesjonalnego historyka, polemizując z przywołanymi kolegami po fachu. Czasami też ujawnia się i przenosi akcję (książka jest na tyle zbeletryzowana, że nie waham się użyć tego słowa) do współczesności, opowiadając o tym, jak obecnie wygląda grobowiec Bony czy jak dojechać do Neapolu. Nie jest to zbyt udany zabieg - niepotrzebnie odrywa czytelnika od zgłębiania się w staropolską rzeczywistość. Za tym, że ,,Damy złotego wieku" nie są książką stricte naukową świadczy również to, że brak w niej przypisów. Na szczęście tę wadę nadrabia rozbudowana bibliografia zawierająca aż dwieście dwanaście pozycji.

,,Damy złotego wieku" to książka o najsłynniejszych kobietach będącej u szczytu potęgi Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Kamil Janicki, oprócz wizerunku Boby Sforzy, Elżbiety Habsburżanki, Barbary Radziwiłłówny i Anny Jagiellonki, nakreśla też obraz kraju, który właśnie przeżywa lata swojej świetności jednocześnie tworząc podwaliny pod swój przyszły upadek. Pięknie wydana, ozdobiona licznymi ilustracjami książka jest lekcją historii, którą, jak to miała w zwyczaju, podporządkowała sobie władcza pani spod znaku pożerającego dziecko smoka. Zachęcam do lektury.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca
*Janicki Kamil, ,,Damy złotego wieku", Kraków 2014, s. 471. 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Znak Horyzont. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Podsumowanie pierwszej i zarazem ostatniej edycji wyzwania ,,Odkrywamy białe plamy"

Wszystko ma swój początek i koniec. Moje wyzwanie również. Gdy zakładałam swój blog, zachłysnęłam się wyzwaniami czytelniczymi - zgłosiłam się do kilkunastu i byłam zła, że nie nadążam za wszystkimi i że nie zgłaszam tak dużo książek jak pozostali uczestnicy. Kilka miesięcy temu zdałam sobie sprawę, że to robota głupiego i zrezygnowałam ze wszystkich wyzwań, także swojego. Tym samym zabawa Odkrywamy białe plamy przeszła do historii.

Cudo współczesnej grafiki komputerowej
Stworzyłam to wyzwanie pod wpływem chwili i bez szczególnego pomysłu na nie (co widać po niezwykle szczegółowym i dopracowanym bannerze, z którego śmieję się do dziś). Podstawowa zasada brzmiała: czytamy wszystko, co ma jakikolwiek związek z podróżami. Nie wymagałam niczego poza zgłaszaniem książek zaliczających się tematycznie do wskazanej grupy. Wyzwanie zaliczyły więc niemalże wszystkie osoby, które się do niego zgłosiły (oprócz dwóch osób, które nie zgłosiły ani jednej książki). Ile dokładnie, okaże się zaraz - zapraszam do przyjrzenia się kilku statystykom.

Razem ze mną oraz dwiema wspomnianymi osobami, do wyzwania zgłosiło się 14 osób. Największą aktywnością cały czas wykazywała się Alicjamagdalena, która zgłosiła aż 23 książki, ostatnią wczoraj, rzutem na taśmę wygrywając z Kamilem Nowakiem, który zgłosił 22 książki. Zgodnie z regulaminem, osoba, która zgłosiła najwięcej książek, otrzyma nagrodę w postaci książki-niespodzianki. Alicjo - nagroda zostanie do Ciebie wysłana, gdy na podany niżej adres e-mail, otrzymam Twój adres. Kolejną osobą, która otrzyma ode mnie książkę jest wspomniany już Kamil Nowak. W regulaminie zaznaczyłam, że drugą nagrodę otrzyma uczestnik, który moim zdaniem sięgał po najciekawsze książki. Wybór był bardzo trudny, długo się wahałam, ale w końcu musiałam podjąć decyzję. Niech pozostali uczestnicy wyzwania, wiedzą, że cenię i ich gust czytelniczy. Tymczasem Kamila proszę o wysłanie mi swojego adresu. Na wiadomości czekam pod adresem e-mail: franca.w.sieci@gmail.com. 

Kolejne świetne wyniki osiągnęły: Luka Rhei, Joanna Kulik i moja skromna osoba. Wszystkie zgłosiłyśmy po 16 książek. J. zgłosiła 9 książek, Klaudia 5, Magdalenardo 4 i AnnRK 3. Pozostałe dziewczyny zgłosiły po 1 książce. Wszystkim oczywiście gratuluję!

Łącznie zgłosiliśmy 118 książek. Ze statystyk wynika, że najczęściej sięgaliście (ja nie miałam ku temu okazji, po książki Martyny Wojciechowskiej (12 zgłoszeń) i Beaty Pawlikowskiej (10 zgłoszeń). Umiarkowaną popularnością cieszyła się również twórczość Wojciecha Cejrowskiego, Andrzeja Stasiuka, Krzysztofa Vargi, Pauliny Wilk, Piotra Kraśki, Jacka Hugo-Badera i kilku innych twórców.

Mam nadzieję, że zakończenie mojego wyzwania nie sprawi, że stracicie motywację do sięgania po literaturę podróżniczą. Byłabym przerażona, gdyby tak się stało! Tym, którzy muszą mieć nad sobą bat, pomocne mogą okazać się wyzwania i projekty Reporterskim okiem i Książkowe podróże (to drugie kończy się za 30 dni, ale jest możliwość przedłużenia go o kolejną edycję). Powodzenia!

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

wtorek, 25 listopada 2014

Ponowna wizyta u Grzmiącego Smoka [Sophie i Romio Shrestha ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka"]

Sophie Shrestha to ilustratorka, która od dziecka marzyła o tym, by zobaczyć najwyższą górę świata i spotkać mówiące tygrysy. Po studiach artystycznych wyjechała do Nepalu, gdzie spotkała swojego przyszłego męża, Romio Shrestha - ,,utalentowanego malarza tkanek i świętych zwojów buddyjskich". Obecnie para ma czworo dzieci; najstarsze z nich, Amber, zainspirowało rodziców do stworzenia baśni, której akcja rozgrywałaby się w Bhutanie. Tak powstała książeczka zatytułowana  ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka". 
Sophie i Romio Shrestha,
,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka",
Wydawnictwo M,
stron 36. 

Mała Amber oraz jej tata przylecieli do Bhutanu, by spotkać się z dawno niewidzianą rodziną: kuzynem dziewczynki Tashim, jego rodzicami oraz dziadkiem maluchów, który ,,był tak stary jak bhutańskie wzgórza"*. Podczas jednej z rozmów, starzec zapewnił dzieci, że nie powinny się obawiać burz, ponieważ to tylko Grzmiące Smoki bawią się w chowanego wśród chmur. Amber i Tashi zapragnęli zobaczyć ów smoki i za radą dziadka wyruszyli w podróż do klasztoru, w którym mieszka najstarszy mnich w kraju - jedyna osoba, która wie, jak dotrzeć do hałaśliwych podniebnych stworów. 

Już od pierwszych stron widać, że głównym założeniem autorów było przekazanie dziecku, odbiorcy tego tekstu, odpowiednio przetworzonych informacji o kulturze Bhutanu oraz stworzenie w jego głowie określonego wizerunku tego kraju. Państwo Shrestha skupili się więc na masie szczegółów, które rzeczywiście odsyłają wyobraźnię czytelnika do iście sielskich obrazów. Każdy zwróci uwagę na to, że dom dziadka Amber jest malowany we wzory tygrysów, kwiatów i tęczy a mały Tashi ma swojego górskiego kucyka, którym może podróżować ,,przez wiele wiosek, w górę i w dół, przez lasy i wzdłuż szerokich, wijących się zielonych rzek"*.

Bardzo ważną, o ile nie najważniejszą, częścią tej książki są ilustracje autorstwa Sophie i Romio Shrestha. ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" jest pomyślane tak, że na jednej stronie znajduje się tekst, maksymalnie kilkanaście linijek wydrukowanych dużą czcionką, a na drugiej ilustracja zajmująca całą powierzchnię kartki. Każdy z obrazków pod wieloma względami przypomina ten znajdujący się na okładce tej książki: stonowane, pozostające w skończonej gamie kolorystycznej barwy, nietypowa perspektywa i chwilami zaburzone proporcje. Myślę, że taka jest specyfika stylu, który artyści starali się naśladować. Ocenę ilustracji pozostawiłam małoletnim recenzentom sztuki, który orzekli, że ,,obrazki są ok". Okazało się, że nie lada gratkę stanowią dla nich  również niespodzianki w postaci niewidzialnych smoków ukrytych na każdej ze stron z tekstem. Aby je dojrzeć, dziecko musi nauczyć się grać i bawić się światłem.

Treść tej książki jest interesująca, ale sposób ich przekazu pozostawia wiele do życzenia. Autorzy stosują duże przeskoki w akcji i  pomijają fragmenty, które powinny wyjaśnić dziecku to, co dzieje się na kartach książki, którą czyta. Oto przykład, zaraz po rozmowie z dziećmi ,,lama zamknął oczy i zaczął nucić ,,Oh Mane Padma Hum", aż ściany klasztoru zadrżały po wpływem energii"*. Nie wiadomo, dlaczego lama zaczął to nucić, co oznaczają słowa jego pieśni, ani czym jest tajemnicza energia, która sprawiła, że ściany zaczęły drżeć. Dla dziecka ten fragment jest całkowicie niezrozumiały.

Ze względu na ilość stron, ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka" jest bajeczką na jeden wieczór. Jej niewątpliwym plusem jest wyjaśnianie, dlaczego dzieci nie powinny bać się burz oraz stworzenie możliwości zaznajomienia malucha z zupełnie inną kulturą.  Mimo to, tekst zdaje się jedynie dodatkiem do ilustracji, książka przypomina raczej album, niż książkę zawierającą baśń. Wskazuje na to, oczywiście rozbudowana strona graficzna, ale i prosty język oraz schematyczna fabuła. Kwestia polecenia komukolwiek tej książki zaczyna się i kończy na tym, czy właśnie takiej publikacji dana osoba poszukuje.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

*Shrestha Romio, Shrestha Sophie, ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka", Kraków 2014, s. 9.
*Shrestha Romio, Shrestha Sophie, ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka", Kraków 2014, s. 12.
*Shrestha Romio, Shrestha Sophie, ,,W poszukiwaniu Grzmiącego Smoka", Kraków 2014, s. 17.

środa, 19 listopada 2014

,,Zamknijcie jej usta (...), muchy włażą"* [Katherine Boo ,,Zawsze piękne"]

,,Na Zachodzie i wśród części elit indyjskich słowo ,,korupcja" wywoływało jednoznacznie negatywne skojarzenia, ponieważ zjawisko to było postrzegane jako przeszkoda na drodze rozwoju i postępu. Jednak w przeżartym przez korupcję państwie właśnie łapówkarstwo i krętactwo stanowiły jedną z niewielu prawdziwych szans dla biednych" 
Indie dopiero od niedawna zaczęły kojarzyć się raczej z biedą, niż z Bollywood i mistycznymi aśramami. Okazało się, że podobno barwny, podobno uduchowiony kraj ma więcej problemów, niż można sobie wyobrazić. Tym samym zaczął on interesować reporterów, dla których ubóstwo i nierówność społeczna to idealne tematy do stworzenia wielkiego reportażu. W 2007 roku do podobnego wniosku doszła Katherine Boo, amerykańska dziennikarka, laureatka Pulitzera w kategorii ,,służba publiczna". Śmiem twierdzić, że jej motywacja była bardziej szlachetna, wskazuje na to jej zaangażowanie w sprawę i doświadczenie zawodowe. Swoją wizję Indii, Boo zaprezentowała w wydanej w Polsce w 2013 roku książce o zaskakującym tytule ,,Zawsze piękne". Co w Indiach jest tak pięknego?

Katherine Boo,
,,Zawsze piękne",
wydawnictwo Znak,
stron 348.
Odpowiedź brzmi: włoskie kafelki. Najpiękniejsze w Indiach są włoskie kafelki. Trochę wyolbrzymiam, ponieważ przedmiotem działań Boo nie jest cały kraj, a najbiedniejsza dzielnica Bombaju - zachwycająca egzotyczną nazwą Annawadi. Reporterka spędziła w niej trzy lata, wtapiając się w rzeczywistość żebraków, śmieciarzy i kobiet, które starają się znaleźć sobie miejsce w prężnie rozwijającym się państwie, które o nich nie dba. Dziennikarka przyznaje, że przez pierwsze miesiące była lokalną atrakcją: biała kobieta, Amerykanka (!) przybywa do jednej z dzielnic biedy, by wypytywać jej mieszkańców o ich życie. Trudno jest zbierać materiał w takich okolicznościach. O tym Boo pisze w kilkunastostronicowej części ,,Od autorki". Poza tym rozdziałem autorka w książce nie istnieje, nie poznajemy jej sądów, ani przeżyć, przez co gdyby obedrzeć tę pozycję z okładki, wspomnianej części oraz podziękowań, można by czytać ją jako solidnie osadzoną w indyjskiej rzeczywistości powieść. Ten zabieg sprawia, że pomimo dużego ładunku emocjonalnego, ,,Zawsze piękne" są idealną pozycją dla osób, które chciałaby zaznajomić się z gatunkiem jakim jest reportaż. 

Ma to też swoje złe strony. Beletryzacja reportażu automatycznie obniża jego wartość faktograficzną, głównie poprzez ,,wpychanie" w usta bohaterów słów, których oni nigdy nie wypowiedzieli. Boo sama przyznaje, że pomimo tego, że nagrała większość swoich rozmów z mieszkańcami Annawadi, parafrazowała ich wypowiedzi, by uniknąć powtórzeń oraz by ,,pomóc im dokładniej oddać ich myśli". Nie ma sensu oskarżać dziennikarki o nieuczciwość skoro o tym wspomniała, ale każdy potencjalny czytelnik jej książki musi sam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy odpowiada mu taka forma reportażu.

Większość bohaterów ,,Zawsze pięknych" jest dobrze scharakteryzowana, ale nie jest trudno zauważyć, że są oni, po pierwsze - oczywiście sobą, po drugie - typami ludzi, których najłatwiej spotkać w Indiach. Ich problemy i biografia są charakterystyczne dla mas biedaków zamieszkujących slumsy, co Boo podkreśla przeplatając opisy ich problemów z fragmentami wyrażającymi uniwersalne prawdy, takimi jak ten, który zamieściłam u góry tej recenzji.

,,Zawsze piękne" to książka wstrząsająca i odwołująca się do empatii i poczucia sprawiedliwości odbiorcy. Mam wobec niej tylko jeden zarzut - jest ona zbyt dosłowna. Boo zarzuca czytelnika kolejnymi okropieństwami w taki sposób, jakby nie potrafił on samodzielnie myśleć i należałby mu nachalnie podsuwać pod nos kolejne odrażające obrazki. Jest to dość irytujące, ale nie na tyle, by móc uznać to za wadę dewaluującą całą pracę Boo.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

*Boo Katherine, Zawsze piękne, Kraków 2013, s. 168.
*Boo Katherine, Zawsze piękne, Kraków 2013, s. 59-60.

środa, 12 listopada 2014

Mendoza niesarkastycznie [Eduardo Mendoza ,,Walka kotów"]

Eduardo Mendoza jest jednym z najpopularniejszych współczesnych pisarzy hiszpańskojęzycznych. Jego proza jest ściśle związana z dziejami hiszpańskiej wojny domowej toczącej się w latach 1936-1939 i kulturowymi przemianami z lat 70. Jego debiut, wydana w 1975 roku  ,,Prawda o sprawie Savolty", zbiegł się w czasie ze śmiercią generała Franco, przez co Mendoza i jego powieści stały się mimowolnymi symbolami nowego porządku. W 2010 roku za sprawą ,,Walki kotów" pisarz zdobył jedną z najważniejszych hiszpańskich nagród literackich - Premio Planeta. 

Eduardo Mendoza,
,,Walka kotów"
Wydawnictwo Znak,
stron 424.
Znawca historii sztuki, Anthony Whitelands, zostaje zaproszony do Madrytu przez arystokratę będącego w posiadaniu pokaźniej kolekcji obrazów. Po wycenieniu niewiele wartych płócien, Anthony'emu zostaje zaprezentowany rodzinny skarb - nieznany akt autorstwa Velazqueza. Hiszpański możny  chce sprzedać obraz, by mieć pieniądze na godne życie zagranicą podczas wojny domowej, która zbliża się wielkimi krokami. Anglik, podobno rozsądny i inteligentny, daje się wmieszać w międzynarodową aferę, którą napędzają kręgi faszystów i komunistów oraz trzy piękne kobiety. Zagubienie bohatera potęguje niejasne tło społeczno-polityczne dążącego do rewolucji Madrytu lat 30. 

Fabuła ,,Walki kotów" powinna budzić uznanie amatorów kryminalnych zagadek, afer szpiegowskich oraz... trójkątów miłosnych. Powieść otwiera list Anthony'ego skierowany do jego kochanki Catherine. Znawca sztuki kończy zakazany romans z żoną przyjaciela i wyrusza do Madrytu, by wykonać zlecenie dane mu przez hochsztaplera z branży. Powieść rozpoczyna się interesująco: czytelnik powoli zapoznawany jest z najważniejszymi wątkami książki i nie może oderwać się od lektury, by nie mieć poczucia niedopowiedzenia. Potem atmosferę psują bohaterowie, którzy zachowują się coraz mniej racjonalnie. Swoim zachowaniem najbardziej irytuje Paquita, córka właściciela obrazu, która została przedstawiona jako niebywale rozsądna, ale jej zachowania zdecydowanie nie można określić tym przymiotnikiem.

Wbrew zapowiedziom wydawcy, zaskakująco małe znaczenie dla rozwoju akcji ,,Walki kotów" ma obraz Velazqueza. Sprawa zaginionego płótna, która miało determinować wszelkie poczynania Whitelandsa w rzeczywistości jest zaledwie pobocznym wątkiem powieści, w której najważniejsza okazała się Wielka Historia tocząca się na oczach i przy udziale bohaterów. Ważność tego wątku Mendoza podkreślił włączając do swojej książki postacie historyczne takie jak Francisco Franco, Manuel Azaña i José Antonio Primo de Rivera. Szczególnie ważną rolę odegrał w tej powieści ostatni z wymienionych panów. Primo de Rivera był przewodniczącym narodowo-syndykalistycznej partii Falanga, która co i rusz pojawia się na kartach tej powieści. Żaden inny ruch polityczny nie został przez Mendozę lepiej scharakteryzowany. Przy opisie spotkań członków Falangi, relacji między nimi i ich poglądów pisarz oddał nastroje panujące w Hiszpanii stojącej u progu wojny domowej. Nie jest przesadą twierdzenie, że ,,Walka kotów" jest wyrazem historycznych zainteresowań Mendozy.

Przypuszczam, że za sukcesem ,,Walki kotów" na Półwyspie Iberyjskim stoi to, że jest to książka, której atmosferę potrafią odczuć tylko ludzie emocjonalnie związani z hiszpańską wojną domową. Szczególnie dobrze widać to w prezentacji postaci młodego Primo de Rivery, który zmierza donikąd, co potrafi wyczuć przeciętny czytelnik, ale prawdziwy sens i sposób pojawienia się tego bohatera w powieści Mendozy zrozumie tylko ktoś, dla kogo lata 1936-1939 nie są tylko preludium do II wojny światowej. Mnie ta lektura nie uwiodła, ale nie dlatego, że sama w sobie jest kiepska, tylko dlatego, że zbyt wiele się po niej spodziewałam. Losy znawcy sztuki, który wpada na trop koalicji rządzących nie do końca wydają mi się wiarygodne. ,,Walkę kotów" traktuję raczej jako zjawisko socjologiczne (lub tekst o pewnym zjawisku socjologicznym), niż powieść, zaryzykujmy, rozrywkową. W pierwszej z tych kategorii, ,,najwybitniejsza powieść Mendozy" sprawdza się o wiele lepiej.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca